Test: JOBOBIKE Robin - elektryczny fatbike

Sprawdź, jak w praktyce spisuje się elektryczny rower trekkingowy typu fatbike - poznajemy model JOBOBIKE Robin.

Jobobike Robin Michał Kuczyński

JOBOBIKE Robin to konstrukcja skupiająca w sobie kilka pierwiastków - jest rowerem elektrycznym, posiada komplet praktycznego wyposażenia, ale co najbardziej rzuca się w oczy - jest też fatbikem. Jak dokładnie radzi sobie w praktyce? O tym piszemy w teście!

Galeria
Galeria: Elektryczny fatbike Jobobike Robin Zobacz pełną galerię

Styczeń i luty 2021 przyniosły nam zimę, jakiej dawno w Polsce i Europie nie widziano - nie tylko poczuliśmy na twarzach siarczysty mróz, ale i pod nogami oraz kołami naszych rowerów pojawiło się sporo białego puchu. Każdy, kto uprawia sporty zimowe, miał spore powody do zadowolenia. Dzieciaki masowo odkurzyły sanki i przeprowadziły szturm na każdą, nawet najmniejszą miejską górkę. Każdy właściciel psa też pewnie może potwierdzić, że czworonogi (nie licząc soli wysypanej na chodniki), oszalały na widok takiej ilości śniegu. Inaczej sprawa miała się z rowerzystami - Ci w większości wypadków musieli zrezygnować ze swojego codziennego środka transportu, a jeśli już na rowerze zdecydowali się jechać, to musieli przeprawiać się przez srogo zasypane drogi rowerowe, które często też niestety stanowiły przestrzeń do zepchnięcia śniegowej brei z szos. Łatwo nie było, co potwierdzał grymas na twarzy każdego z mijanych na ulicy dostawcy jedzenia z charakterystycznymi prostopadłościanowymi torbami. 

Luty 2021 przyniósł też do naszej redakcji typ roweru, jakiego nie widzieliśmy równie długo co tak srogiej zimy. Mowa o konstrukcji stojącej na oponie typu fatbike. Tegoroczny atak zimy i wizyta fatbike'a w naszych progach to oczywiście przypadek, co nie zmienia faktu, że nie mogliśmy sobie wymyślić lepszego scenariusza do testu właśnie tego typu roweru - spotkaliśmy w nim nie tylko pierwiastek fatbike'a, ale także elektryka oraz roweru o pełnym użytkowym potencjale oraz charakterze, który najogólniej moglibyśmy zaklasyfikować jako trekking. Konstrukcja ta wydawała się wręcz stworzona, żeby poradzić sobie z trudami komunikacji w zasypanym i sparaliżowanym komunikacyjnie mieście.

Mowa o modelu JOBOBIKE Robin, czyli konstrukcji producenta (JOBO Europe) specjalizującego się od A do Z w budowie rowerów elektrycznych - obecnie firma może pochwalić się 6 różnymi modelami swoich e-bike'ów, a wszystkie z nich możecie zobaczyć na oficjalnej stronie: jobobike.pl. Tę markę mogliście poznać bliżej przy okazji naszego ubiegłorocznego testu modelu Henry, czyli flagowego elektryka JOBOBIKE. Co zasługuje na dużą uwagę – JOBOBIKE swoje rowery produkuje w Polsce, we własnym zakładzie zlokalizowanym w Sokołowie nieopodal Warszawy. Robina katalogowo wyceniono na 6999 zł - taką kwotę w świecie e-bike'ów klasyfikujemy jako całkiem przystępną. Co w powyższym budżecie oferuje nam JOBOBIKE i do jakich dokładnie zastosowań Robin może okazać się dobrym wyborem? Na to staramy się odpowiedzieć poniżej.

Fatbike Robin – do jakich celów?

Nie odkryjemy Ameryki pisząc, że opony typu fatbike, które cechuje duży rozmiar i szerokość aż 4”, pozwalają na łatwe prowadzenie roweru i stabilną jazdę. Opony tego typu swoją pełnię potencjału pokażą w określonych warunkach - jest to kopny piasek, nawet taki jaki spotykamy na plażach oraz oczywiście śnieg. Na tego typu podłożach fatbike da radę jechać, podczas gdy rower z cieńszą oponą po prostu będzie się zapadał. Dzięki powyższym cechom fatbike może być dobrym wyborem dla osób mieszkających np. w terenie górskim, które potrzebują roweru do jazdy zimą.

Robin zapowiada się jednak jako konstrukcja bardziej wszechstronna - jest przecież elektrykiem, zatem większe opory toczenia szerokich opon na swoje barki bierze tu system wspomagania pedałowania. Do tego trzeba mieć na uwadze, że Robin nie jest typowym fatbikem zbudowanym na kanwie roweru MTB, a raczej trekkingiem z pierwiastkiem opony fatbike - czyli rowerem o bardzo dużym użytkowym potencjale, o czym świadczy długa lista wyposażenia dodatkowego. Seryjnie mamy tu montowany bardzo solidny bagażnik, a co więcej – JOBOBIKE Robin pozwala też na montaż dedykowanego bagażnika przedniego. Do powyższych producent stworzył też dedykowane kosze z systemem szybkiego montażu, w które można doposażyć rower. Fabrycznie mamy też na pokładzie pełne błotniki i oświetlenie zasilane z centralnej baterii. Spotykamy zatem komplet elementów, pozwalających traktować Robina nie tylko w kategoriach rekreacyjnej jazdy, ale także jako model gotowy do tego, żeby zawieźć nas do pracy, na zakupy, itd.

 

 

 

Rama i charakter

Tradycyjnie zaczniemy od omówienia samej konstrukcji roweru. Bazuje on oczywiście na aluminiowej ramie, która z takich ważnych standardów posiada taperowaną głowę sterową, poprawiającą sztywność przodu roweru. Pod względem pozycji zajmowanej na nim Robina klasyfikujemy jako trekkinga – mamy tu na myśli, że jest po prostu super wygodny, siedzimy na nim wyprostowani i w bardzo komfortowej pozycji. Taka specyfika geometrii ramy zresztą idealnie pasuje nam do użytkowej strony Robina. Jeśli wycięlibyśmy z niego pierwiastek fatbike'a, to otrzymalibyśmy podręcznikowy przykład roweru trekkingowego.

System wspomagania

Tu płynnie przechodzimy do elementów systemu e-bike – zaczniemy od tematu baterii, która jest częściowo zintegrowana z dolną rurą ramy – mówimy częściowo, bo nie znajdziemy tu akumulatora zabudowanego całkowicie, jak miało to miejsce m.in. we wspomnianym modelu Henry. Nie zmienia to faktu, że sam mechanizm mocowania akumulatora jest dopracowany i łatwy w obsłudze. Baterię demontujemy od boku, przekręcając klucz blokady i zwalniając dźwignię. Konstrukcja jest dopracowana i trzyma się stabilnie, nie generuje żadnych niepokojących stuków nawet podczas jazdy po dużych wybojach. Sam akumulator można ładować oczywiście kiedy jest zamontowany w ramie, nie trzeba go demontować.

JOBOBIKE w Robinie stosuje akumulator litowo-jonowy zbudowany na ogniwach Samsunga. Co ważniejsze – pojemność akumulatora wynosi w tym przypadku 14,5 Ah, co daje nieco ponad 500 Wh. W efekcie przekłada się to na osiągnięcie zasięgu maksymalnego 120 km na jednym ładowaniu, przy czym mowa o jeździe w oszczędnych trybach wspomagania. Co jest ciekawe, to fakt zastosowania gniazda USB w akumulatorze, z którego możemy doładować urządzenia zewnętrzne. Gniazdo USB zlokalizowano też w wyświetlaczu - wystarczy zastosować w nim dedykowany adapter, który znajduje się w zestawie z rowerem.

 

 
 

 

 

Do dyspozycji w Robinie jest 5 trybów wspomagania, które uruchamiają się w momencie ruchu korbą, czyli dokładnie tak, jak w rowerze elektrycznym być powinno. Programami sterujemy za pomocą manetki po lewej stronie – nią też uruchamiamy cały system, przełączamy pomiędzy informacjami na wyświetlaczu, możemy też włączyć tryb walk-assistance, który uruchamia delikatnie silnik pomagając nam np. przy wepchnięciu roweru pod górkę. Ciekawostką w Robinie jest jeszcze manetka "gazu" po prawej stronie, która uruchamia silnik bez konieczności pedałowania - nie rozpędza jednak silnika do maksymalnych 25 km / h, dlatego nie traktujemy tego elementu jako "nielegalnego". Widzimy w nim raczej kolejny wspomagacz w operowaniu rowerem, kiedy na nim nie jedziemy - w przesuwaniu, wprowadzaniu, itp.

Ogromny plus dla JOBOBIKE należy się za sam wyświetlacz – jest bardzo czytelny, posiada duży kontrast i robi po prostu świetne wrażenie wizualne. 

W końcu pora na silnik - jak w przypadku wielu innych modeli JOBOBIKE sięga w Robinie po jednostkę produkcji popularnego Bafanga – tym razem spotykamy silnik ulokowany w miejscu tylnej piasty, czyli rozwiązanie zupełnie inne (i bardziej przystępne cenowo), niż centralnie montowane silniki, cenione nie tylko za wysoką kulturę pracy, ale i za zlokalizowanie masy silnika bliżej środka ciężkości roweru. Silnik w Robinie działa jednak jak najbardziej poprawnie, cechuje się mocą zgodną z obowiązującymi przepisami, czyli 250 Watt, ale posiada niezbyt wysoki moment obrotowy na poziomie 32 Nm – to wartość spotykana właśnie w e-bike’ach do rekreacyjnych zastosowań, jak trekking, cross i rowery miejskie.

Wyposażenie użytkowe

Kilka słów więcej warto poświęcić na dodatkowe wyposażenie Robina - seryjnie zamontowano w nim super solidny bagażnik, na który możemy załadować ładunek o masie 25 kg. Przestrzeń ładunkowa w Robinie może być rozszerzona poprzez dodatkowy bagażnik przedni, który mocujemy do głowy sterowej roweru. Takie rozwiązanie jest ciekawe - ewentualny bagaż nie oddziałuje na skręcanie kierownicą. Musimy natomiast przyznać, że nieruchomy względem ruchu kierownicą bagażnik, zanim się do tego przyzwyczaimy, początkowo trochę zaskakuje. W zestawie z Robinem dostaliśmy też dedykowane dokładnie do tego roweru kosze - posiadają one bardzo wygodny, szybki i solidnie trzymający system montażu. W pełnym rynsztunku Robin robi wrażenie jeśli chodzi o ładowność. Przy tej okazji warto wspomnieć, że łączne obciążenie roweru wynosi tu aż 140 kg. 

 

 
 

 

 

W Robinie mamy też seryjnie montowane oświetlenie, zasilane z centralnej baterii. Działa jak najbardziej dobrze i spełnia swoją funkcję - dba o widoczność, a przednia lampa potrafi doświetlić odpowiednio szosę. Zauważyliśmy jednak drobny problem występujący na linii lampa przednia - bagażnik przedni. Otóż lampa w Robinie montowana jest na dość długim metalowym stelażu, który lampkę podnosi do góry. Kiedy do Robina dokręcimy przedni bagażnik, to w momencie ugięcia amortyzatora bagażnik dobija o lampkę. Jesteśmy pewni, że JOBOBIKE ten problem szybko wyeliminuje, bo wystarczy w Robinie zastosować nieco krótszy wysięgnik do lampki. Pewnie nawet każda domowa złota rączka problem szybko wyeliminuje. 

Oczywiście Robina nie moglibyśmy traktować jako roweru do codziennej jazdy, gdyby nie występujące tu seryjnie błotniki - są solidne i elegancko pasują do całości, a zarazem dobrze chronią przed wodą.

Waga cięższa

Mamy w Robinie tłuste opony, pełne wyposażenie użytkowe, silnik, baterię – to wszystko odbija się na masie roweru, która jest po prostu bardzo duża. Nasza waga redakcyjna wskazała wynik na poziomie 34 kg, co jest zgodne z wyliczeniami producenta, które deklarują nawet 200 g więcej). Dzięki asyście silnika masa ta nie wpływa na komfort jazdy, szczególnie kiedy Robina traktujemy w typowo trekkinowo-użytkowych kategoriach i jeździmy nim w łatwiejszym terenie. Warto natomiast zadbać o odpowiedni sposób przechowywania roweru, bo wnoszenie go do mieszkania – może z wyłączeniem niskiego parteru z podjazdem – odpada.

 

 

 

 

Pozostałe wyposażenie

W kwestii pozostałego wyposażenia Robin bazuje na podstawowych podzespołach, wpisujących się w nasz obraz wyposażenia rowerów rekreacyjno-użytkowych. Po pierwsze zatem spotykamy w nim amortyzator o 80 mm skoku – to model ze sprężyną i hydrauliczną blokadą skoku, w którym spotykamy też regulację odbicia. Jego dużym plusem jest taperowana sterówka, które zdecydowanie podnosi sztywność połączenia z ramą, co w przypadku rowerów kalibru Robina jest wyjątkowo ważne. Warto odnotować, że w Robinie nie spotkamy sztywnych osi kół. Działanie widelca oceniamy jak najbardziej pozytywnie – jest czuły jak na sprężynę.

W standard klasy rekreacyjno-użytkowych modeli wpisują się także elementy napędu – nie sposób narzekać na działanie chociażby tylnej przerzutki Acera. Napęd w Robinie to konfiguracja 1x7.

 

 
 

 

 

Warto zwrócić uwagę na hamulce. Spodziewaliśmy się, że fatbike tego kalibru będzie miał zainstalowane hamulce hydrauliczne, a na pokładzie mamy hamulce tarczowe w wersji mechanicznej – mowa o modelu Tektro Aries operujących na tarczy 180 mm. Biorąc pod uwagę, że Robin jest dość ciężkim rowerem, chętnie zobaczylibyśmy tu hamulce hydrauliczne operujące na tarczy 200 mm. Wybrane przez producenta hamulce są za to proste w obsłudze i regulacji, dzięki czemu każdy użytkownik jest w stanie je wyregulować w razie potrzeby.

Robin ma jeszcze kilka ciekawych detali – jednym z nich jest np. siodło – bardzo wygodne i dedykowane do elektryków, bo spotykamy w nim rączkę do unoszenia roweru. Element prozaiczny, ale naprawdę w codziennym użytkowaniu pomocny. 

 

(czytaj dalej)

Podobne artykuły