Garmin Edge 305, więcej niż licznik. Cz.1

Drukuj

Konkurencja na rynku zaawansowanych liczników i pulsometrów wcale nie jest taka duża. Stąd też pojawienie się najwyższego modelu Garmina przeznaczonego dla rowerzystów nieco burzy zastany porządek.

Rozbudowane opcje treningowe, licznik bazujący na pomiarze GPS oraz nawigacja to główne atuty tego urządzenia.

Urządzenie.
Wyglądem Garmin Edge 305 przypomina niewielką mydelniczkę ;-). No dobrze, niech będzie – mały telefon komórkowy. Mieści się na dłoni, waży 79g, czyli niewiele – Polar 710i z materiałowym paskiem Timexa waży 52g, z oryginalnym gumowym, nieco więcej. Już na początku robi dobre wrażenie – duży, czytelny wyświetlacz z możliwością regulowania kontrastu zapewnia dobry odczyt nawet pod kątem.

Całość, choć lekka, sugeruje, że Garmin to sprzęt do użytkowania w każdych warunkach. Zalane gumą przyciski po bokach, tylko jedno, solidnie zabezpieczone gniazdo (USB), służące zarówno do ładowania jak i połączenia z komputerem. Sprzęt odporny i ergonomiczny, o czym przekonałem się podczas MTB Trophy, gdzie Edge dzielnie zniósł traktowanie beskidzkim błotem. Znawcy odbiorników GPS chwalą zastosowanie, w miejsce klasycznych baterii, wbudowanego akumulatora. Podobno takie rozwiązanie dużo lepiej się sprawdza i jest bardziej niezawodne. Oczywiście pod warunkiem, że nie zapomnimy o naładowaniu. Podczas wspomnianego MTB Trophy bateria wystarczyła mi na prolog i dwa etapy, czyli zupełnie przyzwoicie.
Należy jeszcze wspomnieć o mocowaniu na kierownicy lub mostku. W komplecie znajdziemy dwa uchwyty oraz kilka przejściówek. Całość jest ekstremalnie prosta w konstrukcji a zatem lekka i skuteczna. Początkowe obawy o skuteczność takiego połączenia legły w gruzach w konfrontacji z beskidzkimi kamieniami, które nie wypięły Garmina z uchwytu na mostku. Mocowanie jest przy tym bardzo stabilne, nie wpada w drgania i trzyma Edge'a "na sztywno". Przy kształcie urządzenia to właśnie wspornik kierownicy wydaje się być najwygodniejszym sposobem transportowania odbiornika.

Pulsometr.
Pomiar tętna wraz z dużymi możliwościami zaprogramowania treningów, pomiar kadencji oraz, oczywiście, szybkości, wraz z możliwością zgrania danych do komputera i analizy wykresów sugeruje, że

Edge 305 może być konkurencją dla najwyższych modeli Polara . Większość funkcji treningowych jest taka sama – możliwość zaprogramowania wyrafinowanych interwałów, rejestracja średniego i maksymalnego tętna z poszczególnych okrążeń – Garmin to urządzenie, którego nie powstydzi się nawet najlepszy profesjonalista a amatorowi ułatwi kontrolowanie postępów prowadzonych przygotowań. Jak na sprzęt wysokiej klasy przystało, w Garminie otrzymujemy rzecz niezwykle cenną: kodowaną transmisję z nadajnika do odbiornika, w związku z czym nie złapiemy tętna rywali stojąc na starcie maratonu. Edge jest również dość odporny na zakłócenia powodowane przez np. linie tramwajowe. Opaska, choć wyglądem przypomina raczej te z tańszych pulsometrów, ma wymienną baterię i jest solidnie wykonana. Jest również wygodna a do tego, by ją uruchomić wystarczy kilka kropel wody. Raz dopasowana nie ma tendencji do zsuwania się a pasek nie rozregulowuje się. Ciekawostką jest, że kodowanie Garmina jest inne niż kodowanie Polara – oba systemy nie współpracują ze sobą, dlatego też podczas testu jeżdżę… z dwiema opaskami, które na szczęście wzajemnie się nie zakłócają.

 


Zgrywanie danych do komputera odbywa się via USB (kabel w komplecie). Podłączony odbiornik auomatycznie uruchamia Garmin Training Centem, który pobiera stosowne pliki. Tu następuje pewien zawód, ponieważ możliwość analizy danych jest ograniczona do oglądania wykresu i odczytu parametrów dowolnych punktów. W górnej tabeli znajdziemy szczegółowe dane dotyczące okrążeń, jednak jeśli zapomnieliśmy w czasie jazdy nacisnąć „lap”, na wykresie okrążenia dodać już nie możemy.

Licznik.
Tak! To jest to! W końcu mam licznik, który nie tylko jest dokładny i niezależny od wpisanego obwodu koła, którego ustalenie nie jest tak oczywiste, jakby się wydawało. Główną zaletą Garmina jest to, że nie korzysta z czujników zewnętrznych.

Żegnajcie pourywane kable, żegnajcie pozalewane speedsensory . Żegnajcie przekręcające się magnesy. SIRF Star III, który przez większość czasu korzysta z pięciu satelitów skutecznie dba o to, by pomiar szybkości i odległości był prowadzony precyzyjnie, bez przerw i zakłóceń. W razie potrzeby możemy zamontować czujnik rezerwowy, który będzie wspomagał GPS, gdy system straci zasięg. Czujnik nietypowo zakłada się na dolne rurki tylnego trójkąta – pełni on bowiem równocześnie funkcję licznika kadencji.
Przy okazji funkcji licznika nie można nie wspomnieć o wielkiej zalecie Edge’a. Jest nią możliwość pełnej konfiguracji ekranu licznika a właściwie dwóch liczników. Do wyboru mamy od 1 do 8 pól (to wszystko razy dwa), na każdym z nich możemy zaprogramować dowolną funkcję dostępną w urządzeniu. Dowolny rodzaj prędkości, dystansu, stopera, timera, o tętnie czy wskazaniach altimetru nie wspominając. Idealna sprawa przy jeżdżeniu interwałów, ale również przy wycieczkach z mapą. Całość jest czytelna a zmiana ustawień, nawet w czasie jazdy, wygodna i intuicyjna.

Nawigacja.
Tę kwestię pozostawiłem na koniec, ponieważ nie została do końca należycie przetestowana. Zabawy z zapisywaniem śladu na krótkich treningach czy też na trasach miejskich co najwyżej pokazują dokładność urządzenia. GPS w znanym terenie jest co najwyżej drogą zabawką. Faktycznie potrzebny jest podczas wycieczek i jazdy w nowym terenie. Możliwość wgrania śladu (np. ze strony bikebrother.com) z wykresem wysokości docenią z pewnością maratończycy, którym Edge będzie na bieżąco podawał nie tylko punkt trasy, w którym się znajdują, ale również szacunkowy czas dojazdu do mety a także rysował wykres wysokości ze spodziewanymi podjazdami. W połączeniu z opcjami pulsometru jest to dość ciekawa propozycja.

Co do samej nawigacji, planuję sprawdzić ją podczas Jura Maratonu , gdzie liczę na pomoc Garmina.
Kolejne wrażenia z jazdy z Edge 305 już wkrótce, ze szczególnym uwzględnieniem właśnie nawigacji.

Obserwuj nas w Google News

Subskrybuj