Zakończone w niedzielę Mistrzostwa Świata miały być teatrem jednego aktora – Fabiana Cancellary. Tak się jednak nie stało, choć Cancellara i tak odegrał w nich jedną z ważniejszych ról. Pojawili się za to aktorzy drugoplanowi.
Takiej dominacji podczas jazdy indywidualnej na czas nie widzieliśmy chyba nigdy. Nawet za czasów Armstronga wygrywającego Tour de France w swoich najlepszych latach, czy Induraina, który wygrywał, jak tylko chciał. Fabian Cancellara to fenomen, jeśli chodzi czasówki.
Szwajcar, który na swoim koncie miał już tytuły Mistrza Świata z 2006 i 2007 roku, przed czempionatem w Mendrisio był murowanym faworytem do zwycięstwa, a swojemu celowi, jakim było zdobycie dwóch tęczowych koszulek, podporządkował ostatnie tygodnie swoich przygotowań. To, że jest w znakomitej formie pokazał już podczas Vuelty, gdzie nie miał sobie równych na etapach jazdy na czas.
Jednak Cancellara musiał nie tylko zmagać się z własnymi słabościami i rywalami. Na Szwajcarze ciążyła ogromna presja, którą sam poniekąd wytworzył. Mimo to pokazał, że jest w stanie poradzić sobie w każdych warunkach, nawet przy tak dużych oczekiwaniach swoich kibiców.
Już po pierwszych paru kilometrach nikt chyba nie miał wątpliwości, kto zostanie nowym Mistrzem Świata w jeździe na czas. Spartakus, niesiony dopingiem tysięcy kibiców, zdawał się zaprzeczać prawom fizyki, które innym kolarzom jedynie utrudniały jazdę. Wjeżdżając na metę Cancellara zrobił chyba coś, co jeszcze nigdy nie zdarzyło się podczas jazdy na czas. Już na kilkaset metrów uniósł ręce do góry, zaczął pozdrawiać kibiców i cieszyć się z odniesionego zwycięstwa. To znakomity przykład jego przewagi nad pozostałymi kolarzami.
Na jednym zwycięstwie Szwajcar jednak nie chciał poprzestać. Pamiętając, jak blisko podwójnego triumfu był w Pekinie, Cancellara zapowiadał walkę o dwa złote medale. I to było chyba największym błędem Szwajcara. Bo to, że znajdował się w znakomitej, żeby nie powiedzieć życiowej formie, nie ulega wątpliwości. Podobnie jak to, że był najmocniejszym kolarzem podczas tych Mistrzostw i miał realne szanse na zrealizowanie swojego celu. Jednak jego zapowiedzi odnośnie dwóch złotych krążków mocno zaniepokoiły Hiszpanów (Włochów pewnie też, ale nie dali tego po sobie pokazać trakcie wyścigu), którzy nie odstępowali ani o krok lidera Szwajcarów, uznając go za jedynego rywala do złota. A to się na nich zemściło, gdyż zamiast atakować i walczyć o pierwsze miejsce woleli (w szczególności Valverde i Sanchez) nie dopuścić do złota Cancellary.
A to właśnie wykorzystał Cadel Evans. Australijczyk, zdobywając Mistrzostwo Świata, pozbył się wreszcie przypinanej mu od dawna łatki wiecznie drugiego i zamknął usta krytykom. Evans swój tytuł wywalczył w bardzo dobrym stylu. Może nie wyszarpał go, atakując nieustannie swoich rywali, jednak zaatakował w odpowiednim momencie i w odpowiednim miejscu, czym udowodnił, że nie do końca prawdziwe jest stwierdzenie, że jest kolarzem pasywnym i wcale nie atakuje.
Evans nie miał jednak nic do stracenia. To na Włochach, Hiszpanach i Cancellarze ciążyła presja i na kolarza z kraju kangurów, mimo iż był wymieniany w gronie faworytów, niewielu stawiało. A on niezdecydowanie rywali skrzętnie wykorzystał.
Po raz kolejny, niczym z pod ziemi, wyrósł niezbyt widoczny przez cały sezon Aleksander Kolobnev. Rosjanin wydaje się specjalizować w wyścigach o wielką stawkę - jego drugie miejsce jest powtórką ze Stuttgartu, kiedy to także zdobył srebro, a i na Olimpiadzie potrafi uplasować się wysoko, z czwartym miejscem w Pekinie i dziesiątym w Atenach. Całkiem możliwe więc, że za rok o Rosjaninie także będzie głośno dopiero z okazji Mistrzostw Świata.
Osobną sprawą z wyścigu ze startu wspólnego jest postawa Hiszpanów, którzy Mistrzostwa te przegrali na własne życzenie i Włochów, którzy z nadmiaru bogactwa nie wiedzieli jak wyścig rozegrać. Hiszpanie zamiast złota, mają „jedynie” brązowy medal Joaquina Rodrigueza, natomiast Włosi ledwie 8. miejsce Cunego.
Honor Azzurich uratowały jednak panie, które wywalczyły trzy medale. Dwa z nich zawdzięczają Noemi Cantele która na czas była druga, a w wyścigu ze startu wspólnego zajęła trzecie miejsce, jednak swoją mądrą jazdą wydatnie przyczyniła się do zwycięstwa swojej koleżanki z reprezentacji, Tatiany Guderzo. I tu koledzy z reprezentacji mogą brać przykład z pań, choć nie można powiedzieć, że nie próbowali.
Podobnie jak Fabian Cancellara, tak wśród pań Kristin Armstrong miała ochotę na podwójne złoto. Amerykanka rozpoczęła znakomicie, pokonując rywalki w jeździe na czas, jednak w wyścigu ze startu wspólnego, którego była zdecydowaną faworytką, zabrakło jej sił w końcówce i musiała zadowolić się czwartym miejscem. Jest sukces, ale pozostaje i niedosyt, bo czy można sobie wyobrazić piękniejsze zakończenie kariery, niż zdobycie dwóch złotych medali Mistrzostw Świata. Amerykanka zapowiada, że kończy z kolarstwem, jednak nie można wykluczyć, że będzie chciała spróbować jeszcze raz powalczyć o dublet.
Z kolei, wyścigi młodzieżowców – co by nie mówić zaplecza elity – pokazały, kto w przeciągu najbliższych kilku lat może zastąpić liderów światowego peletonu. Jack Bobridge to talent, którym zachwyca się nawet Lance Armstrong. Australijczyk, mimo zaledwie 20 lat ma na swoim koncie dwa tytuły Mistrza Świata juniorów na torze i kilka tytułów Mistrza Australii. A teraz, mimo dość mocnej stawki rywali, dołożył tytuł Mistrza Świata w jeździe na czas. W przyszłym sezonie będzie reprezentował barwy ekipy Garmin – Slipstream, która wie, jak rozwijać młode talenty. Bardzo możliwe więc, że w najbliższym czasie usłyszymy jeszcze o młodym kolarzu z Antypodów.
Podobnie jak o zwycięzcy wyścigu ze startu wspólnego. Francuz Romain Sicard, mając za sobą mocną i podporządkowaną drużynę, potwierdził, że jest obecnie jednym z lepszych kolarzy młodego pokolenia. A zasygnalizował to podczas wygranego Tour de l’Avenir – wyścigu, który w przeszłości wygrywali Felice Gimondi, Joop Zoetemelk, Greg LeMond, Miguel Indurain, Laurent Fignon czy Denis Mienszow, a więc zwycięzcy Wielkich Tour’ów. Podobnie jak Bobridge, tak i Sicard w przyszłym sezonie zasili szeregi ekipy Pro Tour. Urodzony w baskijskiej wiosce Hasparren na południu Francji w roku 2010 ścigać się będzie w koszulce Euskaltel – Euskadi.
A Polacy? Źle nie było, jeśli wziąć pod uwagę miejsca w czołowej dwudziestce Pauliny Brzeźnej w wyścigu ze startu wspólnego, Adriana Honkisza w wyścigu orlików i Jarosława Marycza w jeździe indywidualnej na czas do lat 23. Pozostaje jednak mały niedosyt. Niedosyt, że Sylwester Szmyd, który znajdował się w bardzo dobrej formie mógł być wyżej, niż na 24. pozycji, bo szansa na to była, tym bardziej, że Piotr Wadecki skompletował naprawdę silny skład, który był w stanie powalczyć o pierwszą dziesiątkę. Także z występem naszych czasowców wiązaliśmy większe nadzieję, jednak na nadziejach się skończyło. Bartosza Huzarskiego z walki o przyzwoite miejsce wykluczył upadek, natomiast Maciej Bodnar był cieniem samego siebie z hiszpańskiej Vuelty, gdzie na czasówkach dwukrotnie plasował się w czubie. Na lepsze wyniki pozostaje nam więc czekać kolejny rok, do Mistrzostw Świata w Melbourne.
FOTO: Sirotti
Teatr niejednego aktora
Podsumowanie Szosowych Mistrzostw Świata w Mendrisio
Zakończone w niedzielę Mistrzostwa Świata miały być teatrem jednego aktora Fabiana Cancellary. Tak się jednak nie stało, choć Cancellara i tak odegrał w nich jedną z ważniejszych ról. Pojawili się za to aktorzy drugoplanowi.<br />