Pierwszą rzeczą, jaka pojawiła się we mnie kiedy zacząłem nieomal jeszcze na gorąco z notatnika zapisywać poprzednią relację, było ogromne zdziwienie. Ile potrafi dokonać ludzka determinacja. Nie byłem przygotowany do prowadzenia takiej wyprawy ani do bycia chociażby jej uczestnikiem. Owszem kondycja zawsze była moim atutem. Owszem byłem wcześniej w górach. Lecz nigdy do tej pory nie musiałem polegać tylko i wyłącznie na sobie, nie byłem zdany tylko na siebie, nie ponosiłem odpowiedzialności za inne osoby. Nie byłem przygotowany do tej odpowiedzialności i samotności którą niesie. Zawsze miałem problem z liczeniem lat. Wiedziałem co się wydarzyło podczas każdego z nich, lecz ile upłynęło zawsze stanowiło zagadkę. Trzy. Wychodzi, że to trzy lata. Raz, dwa, trzy. A ile ja sam mam? Nigdy nie pamiętam. Pamiętam za to każdy dzień, prawie każdą chwilę. Od niedawna, bardzo niedawna wspomnienia te na powrót stały się miłe, widoki, które mogę sobie wywołać w myślach nie powodują warczenia i pokazywania kłów. Bardzo lubię takie zwierzęce manifestacje.
Hmmm, zbyt osobiście. W sumie nie powinienem – przecież to o rowerach, prawda? Trudno. Ja tak piszę, tak wspominam. Naginać mogę szprychy. Będzie to odnowiona relacja z mojej pierwszej wyprawy rowerowej, która tego roku prowadziła przez Alpy. Poprzednia relacja powstała na kolanie w przeciągu trzech nocnych godzin. Na zamówienie, które nigdy nie zostało zrealizowane. Ostatnio pojawiały się głosy, że jest to okropnie nieuczesane. W zasadzie bez zakończenia, bo nie dla wszystkich otwarte stanowi puente. Dla mnie chyba także nie.
Będzie ciekawym doświadczeniem. Rozprawić się z własnymi lękami i przeżyciami nad którymi juz dawno zapanowałem. Pozostaje je oswoić.
Wspominam tak przygotowania jak i pierwsze dni uśmiechając się do siebie. Jedyne słowo jakie pasuje do tych poczynań to “nieopierzony”. Lecz tak jest zawsze kiedy marzenia, dążenia spotykają się z rzeczywistością. W maju z Gorców zeszliśmy w kierunku Tatr. Od tego momentu po prostu nas opętało. Bajkowo i wręcz dziecinne. Wydawało się to tak proste. Trudności zaczęły się piętrzyć, jednakże zapatrzeni ślepo w obrany punkt po prostu zbywaliśmy je wzruszeniem ramion. O poranku w którym wyruszyłem z domu nagle przekonałem się, iż zapakowany rower zachowuje się dziwnie. Pakowanie zajęło calutka noc. Spałem ok. 2 godzin. Byłem nieprzygotowany.[...] Czy to po raz pierwszy się gdzieś wybierałem? Skąd więc widzę te same błędy? Dwie godziny snu, ponieważ o 3 nad ranem skończyłem upakowanie roweru. Tkwiły na nim sakwy i dodatki. Bez sprawdzenia i przygotowania. Czułem się jakbym znów po raz pierwszy wyjeżdżał w góry. Z za dużym plecakiem, bez świadomości. Uciekałem. To nie był wyjazd. To była ewakuacja. Za mną nie było już nic prawie, przed - tylko wielka niewiadoma. Sprowadziłem rower po schodach. Jego ciężar przerażał mnie. Pierwsze przebłyski słońca gdzieś tam za horyzontem, za lasami. Rower tak ciężki i nieporęczny. Wilgotno po deszczu, który spadł podczas mego krótkiego snu. Wiatr, kałuże i las. [...]
Nad całą relacją wówczas dominowały uczucia. Pomimo tego, iż pamiętam obrazami starałem się zawrzeć przede wszystkim to co czułem. To co najszybciej mi uciekało... tymczasem ewakuowałem się. Zostawiałem wszystkie lęki przed niepowodzeniem za sobą i pchałem się na przekór byle do przodu. W Monachium pierwszy szok. Z auta wypakowano nasze sprzęty, wcześniej orżnąwszy nas w dodatkowych opłatach za przejazd [zawsze śmiałem się z ludzi nie czytających klauzuli dopisywanych małym druczkiem pod umowami...] i tak zostaliśmy pozostawieni sami sobie z rozkręconymi rowerami, z bagażami porozkładanymi wokół. Wszędzie pusto, brudno, stosy śmieci we wszelkich możliwych miejscach. Wieczór, wzmagający się wiatr.[...] Dojeżdżamy około 20. Jeszcze tego nie wiem ale na złożenie rowerów mam jakieś 70 minut. Później zacznie siąpić. Skręcam rowery, bagażniki, umieszczamy sakwy. Od ulicy nadciąga ciemna chmura. Wieje. Robi się chłodno . W czasie tej przejażdżki miałem poznać znaczenie wielu zwrotów tak często spotykanych w książkach. Tak, wraz z wiatrem chłód wkradł się w nasze serca. Trzy tysiące km od domu. Byliśmy tu sami a okolica nie wydawała się przyjemna. [...]
W mieście gubimy się kilkakrotnie, już po ciemku zwiedzamy stare miasto [mimochodem], dworzec centralny, jakiś hotel gdzie ociekający wodą, z rękoma w smarach, pozwoliłem stłoczonym oficjelom poczekać, aż obsługa hotelu powieli mi mapkę i znajdzie najłatwiejszy wyjazd z miasta. Zacząłem się oswajać. Wszędzie gdziekolwiek nie skierowałem moich kroków spotykałem dobrze ubranych, zadowolonych z siebie i swego życia ludzi, którzy z przyjemnością służyli mi pomocą, nie denerwowali się jeśli musieli kilka minut poczekać...
[...] musimy oszczędzać baterie. Jadę z przodu więc używam tylko białego światła. Co chwilę zatrzymujemy się aby coś doregulować. A to klocki, a to coś klekoce... ale też robi się nam tak jakoś weselej i raźniej. [...]
15 km w mieście, 30 km poza jego granicami, po omacku. Cały czas pada. Początkowo chce się nam płakać. Przecież jak tu się rozbić namiotem w takich warunkach? Później nieco odzyskujemy animusz, deszcz jest tak delikatny, czasem tylko rzuci szczodrze krople. Przejeżdżamy przez małe miejscowości, wreszcie jesteśmy daleko od miasta. Noc pod dachem na wolnym miejscu parkingowym. Wieje, chłodno i w ogóle jakoś humory nie dopisują.
Ale gdzież obiecane Alpy? Sam zastanawiałem się wówczas nad tym pytaniem, zaczynam się domyślać, iż Ty także czytelniku zaczynasz się niecierpliwić. Także niecierpliwiliśmy się i podobnie jak dziś Tobie wydawało się nam, iż nigdy tam nie dotrzemy. Wyobraź sobie teraz szalone wysiłki by jak najszybciej podążać ku zamierzonemu celowi. Dzienne przerzuty po 120 km dziennie. “W siodle” bywaliśmy jednakże maksymalnie po 5-6 godzin. Zaczęła się kończyć dobra pogoda [w całej europie panowały wcześniej katastrofalne upały] i każdego ranka przebudzeni czekaliśmy po kilka godzin na przejście deszczu. Zszarpane nerwy koiły się jednak w momencie kiedy wsiadaliśmy na rowery. Kierowaliśmy się na Salzburg. Gubiliśmy się wielokrotnie w małych miejscowościach, kierując się tylko intuicją w wyborze drogi. Ambicja nie pozwoliła udać się bezpośrednio do Innsbruck, chcieliśmy poznać jak najwięcej, bez skrótów.
Skierowaliśmy się na Wasserburg aby pośród pól spokojnie zdążać do przodu. Teren troszkę pofałdowany, lasy, zielenie, pola i wioski. Czasem jakaś miła rowerzyście ścieżka obok drogi. W pewnym momencie deszcz przelotnie straszący podróżnych i dalej słońce chylące się nad ziemię. Zawsze je goniliśmy, każdego dnia a ono ścigało się z nami. Póki wieczór pomarańczem nie nakazaywał zakończenia pościgu zostawialiśmy za sobą lasy by zdobyć jeszcze 2, 3 kilometry. W końcu zaszywaliśmy się na górze, pośród jodeł i rozbijaliśmy namiot. Pichciłem kolację walcząc z komarami i zastanawiając się co przyniesie kolejny dzień szliśmy spać. Cały czas walczę z chęcią rozwleczenia tych opisów podzielenia się kolorem namiotu w świetle latarki, oczekiwaniem na zupę, aż ostygnie, dzieleniem kawałków chleba. Kolorem trawy na pierwszym leśnym obozie – o poranku z deszczem. Poszukiwanie miejsc na rozbicie namiotu, przypinanie rowerów do drzew i mówienie im dobranoc. Słowa, które wypowiedziałem i myśli niewypowiedziane – a miałem na to mnóstwo czasu po drodze. Na to już jednak nie mamy czasu ani ja Czytelniku, a ni Ty. Może któregoś dnia napiszę o tym książkę?
Nieokiełznana chętka do “zobaczenia” nakazuje wybranie trasy nad jeziorem Chiemse. Samo jezioro jest nagrodą za obranie takiej właśnie trasy. Przypomina morze. Posiada nawet latarnię dla zagubionych we mgle i wietrznej nocy statków. Na przeciwległym brzegu piętrzą się góry. Dla nas wówczas wydawały się wielkie i bliskie. Lecz minęło jeszcze kilka długich dni nim dotarliśmy do im podobnych. Tymczasem podążaliśmy brzegiem jeziora udeptanym traktem. Z drugiej strony wyrastała potężna skarpa kryjąca nas przed wiatrem. Dął cały dzień i pogoda zaczęła się zmieniać na naprawdę nieprzyjemną. Było ciemniej niż zwykle o tej porze dnia i te dwadzieścia parę kilometrów które przebyliśmy nad brzegiem porośniętym drzewami schodzącymi do samej wody spędziliśmy w zielonym tunelu nad którym przetaczał się wiatr. Chmury zaczęły kłębić się coraz niżej i wiadomo już było, iż należy znaleść miejsce na nocleg. Gdzieś daleko od jeziora znalazło się takie. Deszcz zabębnił o namiot. Drzewa zaczęły przepuszczać krople deszczu który rozpoczął się na długą chwile zanim rozbiliśmy się na dobre. Pozostało jednak nie dające o sobie zapomnieć podniecenie. Przez długą część dnia widzieliśmy góry. Daleko i ledwo wyrastające z chmur lecz były tam.Teraz wraz kolejnym dniem zmierzaliśmy w kierunku granicy niemiecko-austryjackiej. Drogi zaczęły coraz częściej się krzyżować i w końcu dotarliśmy nad granicę. Tu mały szok dla mieszkańców niedawno komunistycznego kraju. Granica jest tylko umowna. Za chwilę byliśmy w Austrii. Nad głową zaczęły przelatywać samoloty i zabudowania pokryły zielone dotąd przestrzenie. Dotarliśmy do Salzburga. Zbłądziliśmy nad stare miasto położone nad rzeką i później posługując się mapką zajechaliśmy pod skałę z otoczona domami i później z miasta w kierunku gdzie chcieliśmy się udać kolejnego dnia. St. Gilgen i St. Wolfgang. Jeziora w górach.
Wracaliśmy się. Od poprzedniego dnia schronienia mieliśmy szukać w górach. Choćby trzeba było nadrabiać kilometrów. Z zachodniej strony miasta od której przyjechaliśmy lotnisko i jakieś łąki. Spaliśmy schowani w dalekim lesie po wschodniej stronie. Deszcz kapał przez liście i jeśli docierała do nas łuna znad miasta nad którym biwakowaliśmy – nie widziałem jej. Więc zjechaliśmy jeszcze raz tą samą drogą do miasta. Urzekło nas wczorajszego dnia i zagłębiliśmy się w jego smak i zapach bez reszty na kilka godzin. Później walcząc ze znakami na ścieżce rowerowej rzeką i jej odnogami wyjechaliśmy z miasta patrząc jak zmienia się jego architektura. Nie dojrzeliśmy na szczęście blokowisk. Tu zmieniał się jedynie czas małych uliczek oraz wystaw sklepowych. Taki otwarty antykwariat...Podążaliśmy gubiąc się znów ku jeziorom. Tego i kolejnego dnia mieliśmy je ujrzeć tam, w górach. Omijaliśmy bokiem tę, na zboczu której spaliśmy zeszłej nocy. Zaczynała się przygoda o jakiej nigdy nie śniłem. Miałem ogromne szczęście tam być i doświadczyć widoków oraz zdarzeń których przedsmak dopiero wydawało mi się iż zaczynam odczuwać - jakże się myliłem.