Dolomiti di Brenta Bike Project cz. I

Drukuj

Prawdę powiedziawszy sposób w jaki dotarłem na Okęcie nadawałby się przynajmniej na odcinek "Nie do wiary" i głowę daję sobie uciąć, że gdybym próbował wytłumaczyć dlaczego, połowa z Was by mi nie uwierzyła.

Więc sobie daruję... Najważniejsze, że po ok 10h podróży siedziałem w poczekalni na lotnisku w Weronie i oczekiwałem zagubionego bagażu - początek wyjazdu bombowy no, ale po kolei.



Lago di Garda, Val di Sol, Tione di Trento, Madonna di Campiglio, Pinzolo - wszystkie te nazwy nie raz odbijały się szerokim echem w mojej głowie, wiele razy o nich słyszałem i wiele razy powtarzałem sobie, że "kiedyś się tam wybiorę" by pojeździć na rowerze i poczuć ten wysokogórski klimat. Tym bardziej zaskoczył mnie dzień, w którym dowiedziałem się że przyjdzie mi zrealizować owe marzenie...




...wraz z czwórką dziennikarzy sportowych z różnych mediów i różnych części Polski zostałem zaproszony przez przedstawicieli Trentino SpA, których projekt i zadanie polega na promocji regionu Trentino oraz masywu Dolomitów Brenta (m. in. w taki sposób), reprezentowałem enduroriderz.pl jako medium internetowe.




Po ustaleniu dokąd mają trafić nasze zagubione bagaże ruszamy z lotniska do Tione di Trento, zwiedzanie regionu zaczynamy dość szybko, bo z busa :). Oto Castel di Tobolino (jak sądzę), w którym swojego czasu żył biskup ruchający na lewo i prawo - głównie nocą pod osłoną której, dziewczęta docierały do jego komnat specjalnym wejściem od strony jeziora - cwany spryciarz ;)




W planach wyjazdu były 3dni jazdy na rowerach i dzień raftingu, dlatego zaraz po zalogowaniu w hotelu ruszamy w teren, problem w tym, że w ubraniach, w których wylądowaliśmy na lotnisku - wciąż nie mieliśmy swoich bagaży, mimo to ruszamy na krótką przejażdżkę i test przygotowanych dla nas rowerów...

 





...trudno mi się jednak skupić na jeździe rowerem, te miejsca, te szczyty, te widoki! Nie wiedziałem na co patrzeć i co fotografować jako pierwsze. Nawiasem mówiąc Dolimity zawdzięczają swoja nazwę francuskiemu naukowcowi (Deodat de Dolomieu), który w 1789 roku jako pierwszy zajął się badaniem ich składu chemicznego.




Davide - nasz Włoski przewodnik w chwili, w której wyjaśniał nam info. z oznakowania Projektu Dolomiti di Brenta Bike - 30m przewyższenia w górę na odcinku 10,2km - jak miło :)




Odcinki szlaków Brenta, których jest w ponad 200km zostały wyznaczone w taki sposób, by każdy kolarz, zarówno początkujący i zaawansowany mógł czerpać maksymalną przyjemność z jazdy, na którą oprócz wysiłku fizycznego składają się oczywiście zapierające dech w piersi widoki - osobiście miałem problem z jazdą non-stop... Wciąż zatrzymywałem się by robić zdjęcia ;)




Wieczorem po dniu pełnym emocji kolacja i wino, którego prowincja Trentino jest producentem, fermentowane jak nakazuje tradycja z winogron suszonych od Świąt Wielkanocnych.




Dzień drugi. Startujemy z Pinzolo nowoczesnego ośrodka turystycznego, którego historia sięga średniowiecza, dzięki dwóm wyciągom (szybko) dostajemy się na szczyt Doss del Sabion i wysokość ponad 2100mnpm. Po raz pierwszy w życiu pojawiłem się tak wysoko z rowerem, teraz czekał nas zjazd jednym z odcinków "DdBB", tym razem miał być to odcinek o profilu "ekspert" - co zapowiadało emocje, najpierw jednak chwila dla fotoreporterów ;)




Po raz kolejny wśród tych przestrzeni poczułem się zdezorientowany, co fotografować najpierw? Trzaskać panoramy czy zoomy? Po chwili konsternacji odpowiedź pojawiła się sama - najlepiej trzaskać wszystko na raz! :) Więc trzaskam...




...lodowce i szczyty po 3000 metrów, skała to element dominujący w otaczającym krajobrazie i środowisku, czuję się jak w górskim raju.




Widok na dolinę Rendena i część miasteczka Pinzolo oraz ścianę 3500 metrowych gigantów objętych terenem Parku Przyrody Adamello - widać również lodowiec o tej samej nazwie.




Szybki rzut palcem na mape czyli objaśnienia Davide co, gdzie, jaki i dlaczego właśnie tam - dziś jedziemy do miasteczka Spormaggiore, które jest jednym z głównych producentów wina - dobrze - myślę sobie :) Ruszajmy więc! I ruszamy...




...by kilkaset metrów dalej znów się zatrzymać na robienie zdjęć - po raz drugi na przestrzeni ostatnich 15minut...

 






...szlak głównie z racji wysokości po raz kolejny serwuje nam widoki z innej planety, tym razem z ciut innej perspektywy i z "rybiego oka" redaktora Drozdowicza (BikeAction).




Ponieważ tą relacje pisze z kilkutygodniowym poślizgiem trudno mi w tej chwili powiedzieć na jakie szczyty patrzyłem robiąc to zdjęcie, prawdopodobnie to masyw Adamello i część lodowca.




Jednak wrażenia ze zjazdu i najciekawszego odcinka w terenie pozostały we mnie nietknięte - widok na Mt.Irone (1864m) i dolinę Rendena, poniżej widać drogę wiodącą wzdłuż łąki, którą będziemy jechać za chwilę. Co ciekawe rzeźba terenu w Dolomitach na wysokości 2100m znacznie różni się od polskiej normy...




...jest łatwiej, mniej kamieni i "żywego drewna" coś na kształt tego co dzieje się w PL Beskidach na wysokości 1400-1500mnpm. Wspomniany wcześniej najciekawszy i prawdziwie górski fragment trasy wiodący ze szczytu...




...Doss del Salbion kończy się niestety po 2-3km. Na zdjęciu Marek (Extremium) oraz ubezpieczający tyły, nasz lokalny GPS w postaci Davide ;)




Chwilę później zaczyna się kraina szutrów i tak już niestety zostaje, pisze niestety, bo jako zwolennik enduro wole odcinki na których dużo się dzieje, ew. jest szybko i dużo się dzieje :) a tu odkąd wpadamy na szuter było co najwyżej tylko szybko, oczywiście bywają odcinki czystego terenu ale bardzo krótkie.

 





Główny producent mleka w regionie :)




Prawdziwa chwila zapomnienia po której mamy pierwszą ofiarę tego dnia, niejaka Katarzyna W. ;) nie wytrzymała napięcia związanego ze zjazdem i zapragnęła bliższego kontaktu z Matką Ziemią. Na szczęście skończyło się na (nie) małych siniakach i podbitym oku oczywiście jechała dalej - twarda sztuka.




Drugą ofiarą (losu chyba:) ) byłem ja, a glebą lot OTB - konsekwencja zmiany roweru na zjazd, wylosowałem ten bez tylnego hamulca i z 80mm headshokiem - fok ;)




Na szczęście z Cannondale'a udało mi się szybko wymiksować i przesiadłem się na Specialized'a XC w rozmiarze XL - o ironio jeździło mi się na nim dużo wygodniej, pewnie dlatego, że zaraz po zjeździe z Salbion czekały nas już głównie płaskie, interwałowe odcinki, najpierw jednak czekał na nas...




...prawdziwy Włoski obiad, czyli orgia smaków zapijana czerwonym lub białym lokalnym winem - chętnie kontynuowałbym tę piękną, tradycję jakkolwiek na co dzień w porze obiadu pracuje w biurze... Chyba nadszedł czas by przenieść się i osiąść na stałe gdzieś w okolicy.




Zróżnicowane środowisko regionu Trentino sprzyja produkcji oliwek oraz wyjątkowego sera Spressa DOP Giudicarie produkowanego z surowego mleka.




Do obiadu glebę zaliczyła większość z uczestników wycieczki, jak widać na zdjęciu szutrowe fatum zbiera swoje żniwo.




Koleżanka Warszta również leczy swoje rany, miętko nie jest ale trzeba robić swoje - co prawda jesteśmy w trakcie lunchu ale jednak w pracy, cóż za poświęcenie, brawo! ;)




Rośnij i rumień się rubaszną czerwienią swojej słodyczy... Pomimo iż Trentino jest prowincją górską jest tam na tyle ciepło, iż produkcja wina trwa prawie cały rok, temperatura w nocy latem spada tu do ok.13-15stopni C - tej odmianie winorośli to nie przeszkadza.

 






Po bardzo sytym obiedzie, 1,5h nasiadówce i kilku kieliszkach wina, powoli :) ruszamy dalej, ostatnie kilka km to głównie zjazd więc teraz zaczyna się seria podjazdów, kierunek - Lago di Molveno...




...nad które docieramy zaskakująco szybko, wstęp (jeziorko) do głównego zbiornika wyglądał bardzo zachęcająco, czysta lazurowa wręcz woda w otoczeniu stromych zboczy dwóch grzbietów tworzących dolinę w której rozlało się jezioro...




...i szarańcza :) Kawał mięsistego, zielonego bydlaka.




Jezioro Molveno - widok jeziora robi niesamowite wrażenie, prawdziwe piękno natury w swojej czystej praktycznie nieskażonej postaci... praktycznie, bo trochę poniżej, nad samym jeziorem leży turystyczno-wypoczynkowa miejscowość Molveno i chociaż jest piękna sama w sobie, masa w niej niemieckich turystów ;)




Byłaby fajna pamiątka ale... jakiś gościu w lycrze wtargnął mi w kadr, stary Satyr z Warszawy ;P




Woda, góry, wiatr, słońce - wymarzona miejscówka na wakacje dla każdego, koszta wbrew pozorom nie są wygórowane, doba pobytu ze śniadaniem w sezonie (w 2-3gwiazdkowym hotelu) waha się w granicach 30-60 euro za pokój 2 osobowy - czyli koszta dzielimy przez 2 głowy, od razu brzmi lepiej.




Dzień powoli dobiegał końca, trudno powiedzieć ile km pokonaliśmy - brak liczników. Jakkolwiek nie to się liczyło ważne było te kilka chwil i kilka dni na miejscu, możliwość zobaczenia, poczucia, doświadczenia a także opisania tego co widzieliśmy i jak to czuliśmy, wciąż próbuje chociaż wiem że żeby zrozumieć trzeba zobaczyć te cuda na własne oczy.




Docieramy do Spormaggiore to cel naszej dzisiejszej tułaczki, kraina piwem i winem płynąca, szybki przepak i ruszamy na regenerację członków do lokalnego SPA, co jak co ale sauna doskonale relaksuje po takim tyraniu.




Zregenerowani i po kolacji w 3'osobowym składzie ruszamy na mały rekonesans miasteczka. Po 22 poza kilkoma zdjęciami wiele tu nie zrobisz. Przed nami kolejny dzień jazdy, tym razem czeka nas wizyta w Parku Przyrody Adamello Brenta, w którym hodowane są niedźwiedzie brunatne, a także zjazd z 2000m - innymi słowy dzień zapowiadał się ciekawie, ale o tym w następnej relacji - pozdrawiam!



Więcej fotorelacji na https://www.enduroriderz.pl/

Obserwuj nas w Google News

Subskrybuj