Sierpniowa pętla w Beskidach

Nieoczekiwana zmiana planów

Drukuj

Licho mieszka w górach. Od dłuższego czasu licho nie dawało mi spokoju. Budziło mnie w nocy i zupełnie nie pozwalało się na czymkolwiek skupić <br />

Licho mieszka w górach. Od dłuższego czasu licho nie dawało mi spokoju. Budziło mnie w nocy i zupełnie nie pozwalało się na czymkolwiek skupić…
Nie mogłem przez nie usiedzieć w rozgrzanym przez sierpniowe słońce mieście. Moje myśli ciągle odpływały w kierunku zielonych lasów, ciszy i bezkresnych krajobrazów. Każdego wieczora, palcem po mapie, pokonywałem beskidzkie szlaki i ścieżki. Jedno tylko trzymało mnie na duchu. Długi weekend zbliżał się wielkimi krokami.

Bez problemu znalazło się jeszcze dwóch świrów z podobnymi do moich objawami. Wspólnie opracowaliśmy trasę. Chcieliśmy dojechać autobusem do Zakopanego, stamtąd górami, w ciągu trzech dni wrócić do domu. Wydawało się, że wszystko dopięliśmy na ostatni guzik i nic nam już nie będzie w stanie przeszkodzić. Prognoza znakomitej pogody, tylko nas w tym utwierdzała. Start zaplanowaliśmy bardzo wcześnie, bo o 6:00 na Dworcu Głównym w Krakowie, dnia 13 sierpnia…





Niedziela 4:45 rano – rozumiem, że o tej porze można chodzić spać, ale, żeby wstawać, tym bardziej, że na oknie rozbijają się krople okropnej ulewy… Jakiej ulewy?! Myślałem, że to zły sen, ale nic z tego. Można było co prawda jechać, ale takich brudnych i mokrych rowerzystów kierowca na pewno nie wpuściłby do autokaru. Cały misterny plan rozpadł się w jednej chwili. Na szczęście plany są jednak po to, żeby je zmieniać…





Spotkanie przełożyliśmy na 11:00 (przynajmniej wyspani) i ruszyliśmy na spotkanie przygody, rezygnując przy tym z pomocy autobusu. Przez Dobczyce szosą dojechaliśmy do Mszany Dolnej. Stamtąd, po uzupełnieniu wody w bidonach, tudzież bukłakach i wymianie uprzejmości z lokalnymi żulami ruszyliśmy w kierunku Koninek. Pomyliłem jednak drogę i skręciliśmy za wcześnie w nie ten co trzeba zielony szlak. W efekcie znaleźliśmy się w okolicach Kotelnicy (to znaczy wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy gdzie jesteśmy). Na szczęście spotkaliśmy młodego górala orającego łąkę tylnią oponą swojego krosowego motoru, który uświadomił nam nasz błąd. Okazało się, że zrobiliśmy niepotrzebnie kilka kilometrów trudnego podjazdu. Nie ma jednak tego złego… miejsce, w którym się przez przypadek znaleźliśmy okazało się szczególnie ładnym. Rozpościerał się z niego wspaniały widok na Luboń i leżącą u jego podnóża Rabkę. Nie było jednak zbyt wiele czasu na zachwyty. Dzień się powoli kończył, a my mieliśmy przed sobą jeszcze całkiem spory kawałek drogi.









Zielony szlak prowadzący z Koninek w kierunku Obidowca, jest do górnej stacji kolejki krzesełkowej prawie nie do podjechania. Większą jego część musieliśmy pokonać z buta. Na szczęście nie nudziliśmy się, bo mieliśmy całkiem miłe towarzystwo. Obsiadły nas hordy much, którym chyba spodobały się nasze zapachy – „w sumie lubię muchy, bo tylko one na mnie lecą…”. Później jednak jechało się całkiem przyjemnie. Szlakiem rowerowym omijającym Obidowiec dojechaliśmy w końcu do Schroniska Stare Wierchy. Okazało się, że przypadkowo trafiliśmy na niezłą imprezę, na którą zjechali się okoliczni górale uczestniczący wcześniej w corocznej Mszy pod Turbaczem. Mając na uwadze ambitne plany na dzień następny nie skusiliśmy się jednak na gorzałę i kulturalnie poprzestaliśmy na dwóch piwkach. Mieliśmy też okazję obejrzeć wspaniały zachód słońca. Ehhh… aż się łezka w oku kręci na takie wspomnienia.





Kolejny dzień rozpoczęliśmy od świetnego zjazdu czerwonym szlakiem przez Maciejową do Rabki. Widoki były boskie, ale nikomu już nie chciało się co kawałem zatrzymywać i cykać fotek. Grzaliśmy za to w dół ile fabryka dawała. Było dość wcześnie, dlatego ruch na szlaku niewielki. Dzięki temu mogliśmy wykorzystać całą szerokość niezbyt skomplikowanej technicznie trasy i rozwinąć całkiem przyzwoite prędkości. Uwielbiam zapach palonych klocków o poranku!





Po wrzuceniu na ruszt drugiego śniadania w centrum Rabki, przez otwarte pola, łatwą ścieżką, czerwony szlak powiódł nas aż do skrzyżowania z Zakopianką. W międzyczasie mieliśmy okazję podziwiać przed nami otulone białymi, niegroźnymi chmurami szczyty Beskidu Żywieckiego. Idealna do jazdy temperatura, lekki wietrzyk i cykanie świerszczy wśród traw tworzyło niesamowitą, wręcz sielankową atmosferę. Za wspomnianym skrzyżowaniem sytuacja diametralnie się jednak zmieniła. Nie dość, że od razu zgubiliśmy szlak (trzeba kierować się w lewą stronę, a nie tak jak my w prawą), to po jego odnalezieniu okazało się, że jest zupełnie nieprzetarty i zarośnięty. Osobiście lubię jednak takie wyzwania, bo czuje się wtedy smak prawdziwej przygody. I tak było w tym przypadku. Co prawda kolce dzikich malin pocięły, a pokrzywy poparzyły nasze ręce i nogi, ale zabawa była przednia. Trzeba było manewrować między zwalonymi drzewami, omijać głęboki kałuże i uważać na śliskie kamienie. Na szczęście w stronę, w która jechaliśmy był w większości zjazd, dlatego poradziliśmy sobie z tym odcinkiem całkiem sprawnie. Nagrodą za walkę w lesie była czekająca na nas prowadząca grzbietem zboczą wśród złocistych łanów zboża ścieżka, zakończona smakowitym, stromym zjazdem do szosy. Trzeba jednak zaznaczyć, że odcinek ten jest kiepsko oznakowany i najlepszym rozwiązaniem, pozwalającym uniknąć błądzenia na rozdrożach jest jazda na wprost. Dopóki nie będzie to oznaczone nie należy zjeżdżać z grzbietu.









Przy skrzyżowaniu z drogą 28 porzuciliśmy czerwony szlak i skręciliśmy asfaltem w prawo, by po ok. 500 m odbić w lewo i szosą prowadzącą przez Naprawę dojechać do żółtego szlaku. Początkowo było prosto, łatwo i przyjemnie, ale gdy tylko zaczął się podjazd (to słowo jest raczej nie na miejscu) pod Zębalową zrobiło się dość ciężko. W takich chwilach zawsze żałuję, że nie jedzie się w przeciwnym kierunku. Zapewne byłby to bardzo emocjonujący zjazd;).





W okolicach szczytu zrobiło się całkiem znośnie, a gdy tylko droga zaczęła prowadzić w dół wręcz przyjemnie. Zrobiło się nam miło do tego stopnia, że w pewnym momencie zgubiliśmy szlak (chyba czas kupić GPS :] ) i ostatni odcinek pokonaliśmy nie oznakowaną dróżką. Koniec końców dojechaliśmy jednak tam gdzie chcieliśmy, czyli do Lubnia. Jakaś miła pani zaprosiła nas tam do swojego ogrodu, żebyśmy zerwali sobie trochę jabłek. Poza tym kupiliśmy po pół kilograma kiełbasy na głowę na planowane na wieczór ognisko. Tak wyposażeni ruszyliśmy w dalszą drogę, tym samym co wcześniej, żółtym szlakiem. Droga była dość urozmaicona i ciekawa, ale byliśmy już trochę zmęczeni trudami podróży i nie mieliśmy za dużo siły, żeby cieszyć się z jazdy, tak jak na początku dnia. Poza tym w oddali słyszeliśmy grzmoty, a nie koniecznie uśmiechało się nam jechać przez góry w ulewie i wśród uderzających piorunów.









W końcu dowlekliśmy się do Łysiny, zmieniliśmy żółty na czerwony szlak i pojechaliśmy prosto do schroniska na Kudłaczach. Świadomość bliskości celu drugiego dnia wycieczki pozwoliła na chwilę zapomnieć o bolących mięśniach i pustym żołądku i oddać się jedynie przyjemności z technicznego i bardzo szybkiego zjazdu. Na Kudłaczach jak zwykle zostaliśmy miło powitani. Wielka porcja bigosu, prysznic i świeże ciuchy – to jest to! Później tylko ognisko, kiełbasa, rowerowe i nie tylko opowieści i… zrobiło się bardzo późno. Niepewnym krokiem , po ciemku wróciliśmy więc do pokoju i pospaliśmy aż do 10:00.





Rano nikt już nie miał specjalnie ochoty na jakieś wielkie wyczyny. Dlatego zjechaliśmy czerwonym szlakiem w kierunku Przełęczy Granice. Chwilę po tym spotkaliśmy na szlaku naszego sekcyjnego kolegę Tomka, jadącego samotnie na Luboń (!kliknij, żeby przeczytać jego relację!). Po krótkiej rozmowie Tomek pojechał w swoją, a my w swoją stronę. Obraliśmy zielony szlak, którym dojechaliśmy na górę Chełm. Za złotówkę można tam wyjść na wieżę obserwacyjną, z której szczytu rozpościera się dookoła wspaniały widok na okolicę. Co ciekawe, widać było stamtąd dużą część trasy, którą do tamtego momentu pokonaliśmy i tą, którą dopiero mieliśmy zamiar jechać.





Zwieńczeniem naszego trzydniowego wyjazdu był zjazd z Chełmu. Woleliśmy nie ryzykować na trasie downhillowej, więc pojechaliśmy dalej zielonym szlakiem. Mimo to emocji było co niemiara! Dobrze, że było w miarę sucho, bo moje prawie pozbawione bieżnika opony ledwo się trzymały. Na dole ochłonęliśmy po adrenalinowym zastrzyku nad brzegiem Raby, a później przez Myślenice i Siepraw wróciliśmy do domu. Mimo początkowych problemów wycieczka nadspodziewanie się udała. Moją radość mąciła tylko myśl o końcu długiego weekendu i powrocie do roboty… Licho nie pozwoliło mi jednak za długo usiedzieć w mieście…


Punkt po punkcie 1 Dzień: Kraków – Dobczyce – Kasina Wielka – Mszana Dolna – Koninki – Schronisko Stare Wierchy (983 m npm – nocleg)

2 Dzień: Stare Wierchy – Rabka-Zdrój – Antałówka – Naprawa – Zębalowa (854 m npm) – Lubień – Łysina (891 m npm) – Schronisko na Kudłaczach (742 m npm – nocleg)

3 Dzień: Schronisko na Kudłaczach – Przełęcz Granice – Chełm (613 m npm) – Myślenice – Siepraw -  Kraków
Dystans ~190 km (80+60+50)
Data 13-15.08.2006
Skala trudności (1-5) 3.0 (miejscami 4.0)
Mapa



Jeżeli sami chcielibyście przejechać opisywana trasę lub zorganizować inną wycieczkę w tych okolicach polecamy mapy GORCE (wydanie 5, rok 2006 skala 1:50000) oraz BESKID WYSPOWY (wydanie 3, rok 2006 skala 1:50000) wydawnictwa Compass/Galileos. Na pierwsza z nich znajdują się całe Gorce, od przełęczy Sieniawskiej i Raby Wyżnej na zachodzie, po dolinę Dunajca i Krościenko nad Dunajcem na wschodzie. Od południa mapę ogranicza Nowy Targ i Jezioro Czorsztyńskie, zaś od północy - Mszana Dolna. Druga mapa obejmuje swym zasięgiem jeden z ciekawszych, choć rzadko odwiedzany, rejonów Beskidów oraz Pogórze Wiśnickie i wschodnią część Pogórza Wielickiego.

Więcej informacji na stronie firmy Compass: https://compass.krakow.pl .


Foto: Michał Lubecki, Grzesiek Chrząszcz & Ampi

Obserwuj nas w Google News

Subskrybuj