Dzień pierwszy 13.07.2006 Zaczęło się jak zazwyczaj, no może prawie, bo tym razem się nie spóźniłem, za to spóźnił się Maciek wiec przynajmniej jeden z nas utrzymuje tradycje.
A więc umówiliśmy się na 7.05, o 7.20 Maciek już był, a autobus mieliśmy o 7.25, zdążyliśmy bez problemów. Cel -Szczawnica.
Przeglądnęliśmy mapę i ruszyliśmy, zanim jednak w góry to wpierw do sklepu po banany na drogę żeby nie paść gdzieś na szlaku. Jak się okazało bananki to był bardzo dobry pomysł i stanowiły one podstawę naszej diety tego dnia. A wiec zaczęliśmy się wspinać na pierwsza z gór - Durbaszkę. I po 5 minutach przestaliśmy...a właściwie przerwaliśmy podjeżdżanie nieprzejezdna droga i poszukaliśmy innej lepszej, która Maciek znał, bo kiedyś już nią jechał, no i udało się. Znaleźliśmy szlak rowerowy i zaczęło się prawdziwe wspinanie, w upale i pełnym słońcu, bo niestety szlak biegł prawie wyłącznie po łąkach, w odsłoniętym terenie i próżno było szukać cienia, ale co tam twardzi jesteśmy w końcu. I tak dysząc i sapiąc (a jak się później okazało to były tylko przedbiegi) osiągnęliśmy schronisko pod Durbaszką gdzie skonsumowaliśmy po bananie i pojechaliśmy dalej, znaczy się wyżej:).
Dokładnie 100 m wyżej znajdował się szczyt, z którego udaliśmy się pod inna górę o wdzięcznej nazwie "Wysoka", ale na sam szczyt nie wjeżdżaliśmy. Za to zjazd spod tej góry to czysta poezja - poza pierwszymi kilkudziesięcioma metrami, gdzie sprowadzaliśmy, było miodzio, trochę technicznie, a reszta pełnym (niemal) gazem wąską ścieżka przez łąkę - coś fantastycznego!! W każdym razie było super i zaliczyłem na tym zjeździe moja jedyna glebę, niegroźna zresztą, nie doceniłem stopnia śliskości trawy po prostu, i jak już mnie obróciło, to hamowałem plecakiem po trawie, a ludzie siedzieli i uśmiechali się tylko do mnie kiwając mądrze głowami, jaka to trawa jest śliska i jak trzeba uważać...jakbym nie wiedział ;). Chwilkę dalej Maciek wyrzucił swój rower w krzaki... (tak dla uspokojenia nic mu się nie stało).



Zjechaliśmy do Jaworek i kupiliśmy banany kolejne i kubusia a także uzupełniliśmy zapasy płynu w bidonach. A było co uzupełniać, bo w tym upale bardzo dużo piliśmy. Skoro pierwsza góra była już za nami, to trzeba było ruszyć na podbój drugiej - Przehyby. Byliśmy tam już parę razy tj. ja 3 a Maciek chyba z 7 razy, ale pierwszy raz jechałem tą droga. Zdecydowaliśmy nie kierować się szlakiem tylko droga leśna, bo była łagodniejsza i w 90% przejezdna... Podjazd nie był wielkim problemem, chociaż nie powiem, zmęczyliśmy się i zasapaliśmy znowu, ale problem pojawił się na samym dole, bo nas nie chciała pani leśnicza przepuścić! Mówiła, że zakaz jazdy, że prowadzą jakieś roboty i jest niebezpiecznie i że nam nie pozwoli....no, ale pozwoliła, w końcu jak moglibyśmy jej nie przekonać :]. W każdym razie dotarliśmy na szczyt bez problemu i pojechaliśmy czerwonym szlakiem, znanym nam już z wcześniejszych wypraw (dokładnie to z jednej i to z 2001r :D, ale pamiętaliśmy ja). Następnie całkiem fajnym i na końcu bardzo szybkim zjazdem dotarliśmy do Krościenka. Tam naładowaliśmy baterie w delikatesach w centrum i mimo iż była godzina 17.30 i rozsadek, nakazywał nigdzie dalej się już nie ruszać, szczególnie ze zdychaliśmy... to ambicja podpowiedziała nam ze musimy wyjechać jeszcze na Lubań i potem super zjazdem zjechać do Ochotnicy gdzie nocowaliśmy już rok temu i teraz też tam chcieliśmy. No i nie będę się tu rozwodził, powiem tylko, że dojechaliśmy na ten Lubań, była już godz 20 z minutami...więc spiesznie odnaleźliśmy szlak w dol. i zjazd!!!:) Było super. Za pięć dziewiąta jeszcze zrobiliśmy zakupy i ok. 21.15 dotarliśmy do domu, w którym nocowaliśmy. Wykąpaliśmy się i zjedliśmy kolacyjkę a potem lulu. Jeśli pisałem, że w Krościenku zdychaliśmy to tu już byliśmy po prostu nieżywi - zmasakrowaliśmy się jak rzadko kiedy... jedząc kolacje nie mogliśmy wręcz siedzieć.. za to jak się położyliśmy to padliśmy jak muchy:D.
Kilka faktów z tego dnia:
1. liczba kilometrów - Ok 60 (po 50 licznik mi się zepsuł, Maćkowi
zepsuł się też...pół roku temu albo jeszcze dawniej)
2. liczba wypitych płynów 5 bidonów plus Kubusiem = 4 litry na głowę
(nie licząc kolacji)
3. liczba zjedzonych bananów - 4
4. liczba wywrotek - 3 (2 Maciek, 1 ja)
5. liczba zerwanych łańcuchów - 1.
Dzien. drugi 14.07.2006
7.30 dzwoni budzik. Jemy szybko śniadanko i zbieramy się, wczoraj wieczorem zaplanowaliśmy trasę i właśnie mamy zamiar na nią wyruszyć. Żegnamy się z panią gospodynią i w drogę! Bolą nogi, pupa, trochę ręce, ale jedziemy, z uśmiechem na twarzy niczym banda młodzieży ZMS:). Pierwszy problem - podjazd na Gorc w pierwszej swojej fazie okazał się podejściem, no wiec wypychamy nasze rumaki, w końcu teraz my je, ale one będą nas wiozły w dół. Po tej pierwszej (dość długiej) fazie podjazdu, zaczął się dość przejezdny odcinek. Pogoda świetna, humory dopisują, wspinamy się... I tak docieramy do bazy namiotowej pod Gorcem, gdzie spożywamy... banana, a jakże inaczej i uzupełniamy zapasy wody, która następnie wzbogacamy tym czymś zielonym:>. Tu pierwszy raz słyszymy grzmoty i widzimy ze pogoda zaczyna się zmieniać. Ale ruszyliśmy dalej pod Gorc (na sam szczyt nie wjechaliśmy), a stamtąd na świętą górę rowerzystów - Turbacz.



Tak jak wyznawcy islamu do Mekki, tak każdy prawdziwy rowerzysta powinien udać się na Turbacz:) My jesteśmy prawdziwi, bo byliśmy tam na rowerach już piąty raz (bez roweru nie byłem tam ani razu). Na górze zjedliśmy posiłek i przeczekaliśmy lekki deszczyk. Stamtąd udaliśmy się na Kulon, bardzo fajną i ciekawą drogą, którą raz już częściowo jechaliśmy, ale było to w maju 2005 i była całkowicie pod śniegiem i wtedy nam się nie podobała - teraz zupełnie inaczej ją odebraliśmy. Z Kudłonia wybraliśmy czarny szlak w dół. Miał być fajny ostry i hardcorowy czyli taki jakie lubimy.. Okazał się zbyt fajny i przez spory kawałek sprowadzaliśmy rowery uważając, żeby samemu się nie wywalić, bo po deszczu było ślisko. Na szczęście od pewnego momentu dało się jechać i zjazd był momentami ciekawy, a momentami taki sobie, ale miał podstawowa zaletę każdego zjazdu - był w dół - więc nam się podobało :D.
Ponieważ nic się nam dzisiaj jeszcze nie stało wiec kiedyś musiało - złapałem gume pod koniec zjazdu i to tak, że sporo przeciąłem sobie oponę.... "Dzięki temu" złapała nas totalna ulewa na drodze z Lubomierza (wieś, do której zjechaliśmy) do Mszany Dolnej. Lało tak, że musieliśmy przymykać oczy, żeby coś widzieć, krople takie duże, że aż bolało no i przemoczyło nas całkiem, dawno tak przemoczony nie byłem. Zresztą jechaliśmy po drodze, po której płynęła wręcz rzeka. Mieliśmy na sobie tylko podkoszulki rowerowe! Lało się na nas z góry, dołu i z lewej - to ostatnie to auta jadące z naprzeciwka, które raczyły nas prysznicem spod kół. Koniec końców dojechaliśmy do Mszany na dworzec PKS i spóźniliśmy się 5 minut na autobus, wiec na kolejny czekaliśmy równo godzinę... i to jeszcze nas nie zabrał, bo powiedział, że rowerów nie weźmie i nie dał się przekonać. Na szczęście 10 minut po nim jechał kolejny i okazał się bardziej łaskawy. Oczywiście, wcześniej musieliśmy osuszyć siebie i rowery, bo inaczej byliśmy bez szans na powrót do domu.
Kilka faktów z tego dnia:
1. liczba kilometrów - Ok 40 (w deszczu licznik, który rano naprawiłem
zalał się i zgasł wiec dokładnej liczby nie znamy)
2. liczba wypitych płynów - 4 bidony + jakaś kolorowa woda już
w PKSie
3. liczba zjedzonych bananów - chyba tylko 2
4. liczba wywrotek - 1-Maciek
5. liczba PKSów, które nie chciały nas zabrać do domu - 1.