
Można by rozpocząć od tego ze plan wyjazdu zrodził się już w naszych głowach kilka miesięcy temu, kiedy to siedząc w szkole z grubsza opracowywaliśmy plany podróży i wybieraliśmy cele. Padło na Wilno z przeróżnych powodów: mili ludzie, którzy w większości rozumieją nasz język i lubią Polaków, nie jest za daleko (w odniesieniu do innych większych miast) i koszta życia są porównywalne z cenami z naszego kraju. Początkowo zdeklarowało się kilka osób na wyjazd, jednak z biegiem czasu ekipa się wykruszała. Pierwszy termin wyprawy (w połowie czerwca) również nie wypalił i dlatego wybrana została druga data 13 lipiec. I tak oto z kilku osobowej grupy ludzi zdecydowali się pojechać tylko Paweł z Kosakowa i ja (Domin).
Dzień I, Elbląg-Lidzbark Warmiński- Bisztynek- Reszel- Św. Lipka 137km
Nasz wyjazd rozpoczął się w Gdyni głównej osobowej skąd kolejką SKM pojechaliśmy o 4.33 do Elbląga. W pociągu spotkaliśmy 2 kolegów rowerzystów, którzy również z sakwami wybierali się pojeździć po Mazurach. Na jednym z przystanków wsiadł również niepozorny człowieczek na tandetnym rowerku, który jak się później okazało z rozmowy, zwiedził kawał Europy na bardzo profesjonalnym jednośladzie. I tak tez 1,5 godzinna podróż szybko zleciała. Zdziwiła nas tylko jedna rzecz: dlaczego do toalety w pociągu konduktorzy wchodzili parami?? (to tak na marginesie). Ale w końcu nadszedł ten moment, w którym trzeba było wsiąść na nasze pojazdy. Podczas pierwszych kilku kilometrów panowała mgła, ale w końcu się rozpogodziło. Niestety niedługo potem zmuszeni byliśmy do wymiany mojego lewego pedału (bo się rozpadł na pół). Na szczęście miałem jeden zapasowy ze sobą, także z naprawą nie było większych problemów. I tak ruszyliśmy dalej w świat. Pierwszego dnia przejeżdżaliśmy przez takie miejscowości jak: Orneta, Lidzbark Warmiński(krótkie zwiedzanie zamku krzyżackiego), Bisztynek, Reszel. W poszukiwaniu noclegu skierowaliśmy się ku Św. Lipce. Tam jednak organizowany był zjazd młodzieży Jezuickiej i ciężko było znaleźć miejsce noclegowe na oficjalnym polu namiotowym przy sanktuarium. Dwóch gospodarzy i nawet ośrodek wczasowy odmówili nam możliwości rozbicia namiotu na ich terenie. Jednak, jak to się mówi do 4 razu sztuka, i kolejny gospodarz powiedział, że możemy się rozbić gdzieś koło jeziorka. Tak też zrobiliśmy. Podczas gdy Paweł pojechał po baniak wody, ja robiłem drobne porządki z naszymi rzeczami. Po zjedzeniu zupek i kiśli (tudzież budyni - nie rozwodnić za mocno!!!) poszliśmy spać, a rowerki władowaliśmy do namiotu.
Dzień II Św. Lipka- Kętrzyn- Giżycko- Olecko- Suwałki- Stary Folwark 154 km

Dzień nr 2 rozpoczął się jak zwykle o godz. 5.00, zebraliśmy się do kupy jak zwykle w 1,5 godz. i jedziemy dalej (problem polegał jednak na tym, że miałem mokre ciuchy, bo wyprałem je dzień wcześniej, a one zapomniały wyschnąć). Kolejne kilometry szły jak po maśle i tak dojechaliśmy do Kętrzyna gdzie z zewnątrz z grubsza obejrzeliśmy kolejny zamek. Z Kętrzyna do Giżycka gdzie przystanęliśmy na drugie śniadanko w klimatycznej twierdzy Boyen. Ruszyliśmy dalej na wschód. Kilka kilometrów przed Oleckiem nastąpiła awaria sprzętu a konkretnie lewego pedału w moim rowerze. Za 5 złociszów zakupiliśmy część zamienną, Paweł ją zamontował, po czym sprzedawca powiedział: "Do Wilna na tym dojedziecie". Ucieszeni podjechaliśmy do pół parku pól cmentarza i tam uciąłem sobie krótką drzemkę. Podczas snu przyszli policjanci i spytali się Pawła ze zdziwieniem: "czemu on się nie rusza?" (gdyż próbowali mnie obudzić, ale nie dali rady). Po krótkich wyjaśnieniach opuścili nas, ja się obudziłem i ruszyliśmy dalej. W Suwałkach kolejna pauza gdzie zjedliśmy duże lody włoskie za 2,50 (naprawdę się opłacało) i w informacji turystycznej zaczerpnęliśmy wiedze o istniejących polach namiotowych. Przejechaliśmy jeszcze 10 km i na nocleg zatrzymaliśmy się w Starym Folwarku. Bardzo miła miejscowość nad jeziorkiem Wigry, nad którym to swego czasu spędzał noc Jan Paweł II.
Dzień III Stary Folwark- Sejny- Ogrodniki- Lazdijai- Leipalingis- Merkine- Varena- Valkininkai 130 km
Rano, gdy wszyscy na polu namiotowym jeszcze spali, wsiedliśmy na rowerki, aby pokonywać kolejne kilometry. Drugie śniadanko miało miejsce w Sejnach (rodzinnej miejscowości Madzi, którą przy okazji serdecznie pozdrawiamy) gdzie dosiadł się do nas sympatyczny osobnik, który zaczął gadać coś o sanatorium w Drusdennikach i o ładnych, "cycatych" panienkach, z jakimi kąpał się w basenie. Jedna jego sentencja zajmuje u nas w pamięci szczególne miejsce: "ten kościół jest bardzo k… ładny". Na granicy nie było żadnych problemów i podążyliśmy na Wilno. I tak jechaliśmy sobie aż do miejscowości Merkine, gdzie po dosyć sporym podjeździe padliśmy razem na trawkę i leżeliśmy chyba z pół godz. Dosyć pomocne wydawać by się mogły informacje turystyczne, tylko ze w tamtych okolicach generalnie nic nie ma (żadnych kempingów, pól namiotowych). Na mapce dla turystów ponaznaczane były tylko same leśne drogi. Ruszyliśmy dalej i kolejny nocleg na dziko spędziliśmy w miejscowości Valkininkai gdzie rozbiliśmy się nad małą rzeczką.
Dzień IV Valkininkai- Pirciupiai- Paluknys- Wilno 60km
Rankiem zostały nam tylko 60 km do stolicy Litwy i około 10.30 wjechaliśmy do centrum Wilna. Przy wjeździe do Wilna zaczął skrzypieć i trzeszczeć znów lewy pedał mojego roweru. Przypomniałem sobie wtedy słowa sprzedawcy "do Wilna na tym dojedziecie"- no właśnie, ale my chcielibyśmy również wrócić. W jednej z licznych pizzerii spotkaliśmy się z panem Leonem i dzięki Jego uprzejmości mogliśmy za darmo przenocować w Jego biurze, za co chcieliśmy serdecznie podziękować. W sobotę zostaliśmy również oprowadzeni przez bardzo miłą panią "przewodnik" na Stare Miasto. Serdecznie dziękujemy za poświęcony nam czas!!!
Dzień V Wilno 0km
Kolejny dzień (niedziela) poświęciliśmy na zwiedzanie reszty ciekawych obiektów (pałac w Werkach), pójście na msze, do Ostrej Bramy no i oczywiście gwóźdź programu, czyli tradycyjne litewskie danie: Zeppelin.
Dzień VI 250km

Poniedziałek jednak nie był tak różowy. Pobudka o 4.00 i szybki wyjazd z miasta. Po 30 km zatrzymaliśmy się, aby zwiedzić Zamek w Trokach (w tym zamku gościli często polscy królowie, miejsce wypoczynku licznych dawnych głów państw, miejsce urodzin księcia Witolda). Dalej ruszyliśmy bocznymi drogami ku miastu Alytus. Tam spotkał nas pierwszy deszczyk i zrobiliśmy dłuższy postój. Po uzupełnieniu zapasów wody i drożdżówek skierowaliśmy się ku granicy w Ogrodnikach. Przez 50 km (aż do granicy) wiał nam w twarz dosyć mocny wiatr, co znacznie utrudniało jazdę. Po przekroczeniu granicy zaryzykowaliśmy i pomimo ostrzegawczego znaku o robotach drogowych podążyliśmy tą trasą do Augustowa. Jak się później okazało, roboty drogowe polegały na odmalowywaniu pasów na jezdni, także nie mieliśmy żadnych kłopotów z przejazdem. Po przystanku w parku na ciepłą zupkę trzeba było ruszać dalej do Ełku, skąd odjeżdżał nasz pociąg do Gdyni. Tak też zrobiliśmy i o godz. 21.30 z zakupionymi biletami przeczekaliśmy (tudzież przysypialiśmy) w poczekalni na dworcu. Trochę przygód było z osobnikami, którzy lekko mówiąc nie żałowali sobie alkoholu i w ich słowniku nie ma takiego słowa jak "mydło", a poczekalnie traktowali jak sypialnie (pospolicie zwanych żurami); ale jakoś żeśmy przetrwali.
Dzień VII (342km, ale to już pociągiem)
Po całonocnym oczekiwaniu wsiedliśmy do pociągu o 7.46 i do Gdyni dotarliśmy koło 14.00. Oczywiście podczas podróży w głowach zrodziło się już kilka innych wyjazdów. Mocno zmęczeni, ale zadowoleni wróciliśmy do domów.
Ogólne podsumowanie i praktyczne wnioski
• Teren po stronie Litewskiej płaski, bardzo mało wzniesień i zjazdów.
• Niektóre wioski, które mieliśmy zaznaczone na mapie nie istnieją lub są prawie niezauważalne (czasami planowaliśmy w niektórych wioskach kupić wodę do picia, a tych wiosek po prostu nie było)
• Ceny w sklepach są porównywalne z cenami w Polsce
• Hotele albo hostele w Wilnie lepiej zarezerwować sobie wcześniej
• Ludzie w większości rozumieją język polski, lecz nie potrafią w nim nic powiedzieć. Im bliżej Wilna tym łatwiej się dogadać z ludnością w naszym języku. Prawie wszyscy umieją po rosyjsku. Po angielsku można się dogadać tylko w informacjach turystycznych albo hotelach. Niemieckiego nikt nie używa.
Statystyka
• Nie posiadamy żadnych statystyk np: średnia prędkość, czas jazdy itp., ponieważ nie dysponowaliśmy licznikiem rowerowym. Ilość kilometrów jest podana w oparciu o mapę.
• Całkowity przemierzony dystans to 731 km przejechane w 5 dni
• Średni dzienny przejechany dystans to 146.2 km
Ogólne koszta
• 50 złotych i 80 litów wydanych podczas podróży
• 50-60 złotych na jedzenie, które zabrałem z Gdyni
• 50 złotych na bilet powrotny z Ełku(wraz z rowerem)
Całkowity koszt na moją skromną osobę wyniósł około 250 zł.
Wrażenia - bezcenne:-)