No i zaczęło się...
Start – Warszawa Okęcie – samolot do Genewy.
Genewa-Bonneville
Wylądowałem. Szybkie rozpakowanie roweru i w drogę... Genewa nie spodobała mi się podczas poprzedniej wizyty i zdania nie zmieniłem. Może to po prostu niechęć do dużych miast?
Zacząłem bardzo nieśmiało, z respektem. Desant z powietrza bezpośrednio w serce Alp oznaczał bardzo trudny początek. Trudny, bo najtrudniejsze są zawsze pierwsze dni adaptacji do ogromnego wysiłku. Wynik setek godzin treningów miało teraz zweryfikować życie...(ale zabrzmiało!)
Bonneville-Beaufort
W końcu w górach. Ośnieżony Mont Blanc, nieskazitelnie błękitne niebo – już dla tego widoku warto było jechać, a to dopiero początek.

Beaufort-Seez
Krótki odcinek, ale dwie przełęcze 1600 i 1968 m n.p.m. – w pamięci szczególnie utkwiła mi ta druga – Cormet de Roselend. Kilka kilometrów przed właściwą przełęczą, na wysokości około 1800 metrów wjechałem w cichą, spokojną kotlinę. Soczysta zieleń trawy, po której leniwie przesuwały się cienie obłoków, szum strumyków... Czas mógłby się zatrzymać. Teraz, pisząc te „wspomnienia z podróży”, znów tam jestem. I znów czas mógłby się zatrzymać. Z niechęcią ruszyłem dalej. Na przełęczy czekała na mnie miła niespodzianka – stragan z lokalnymi specjałami. Kupiłem bagietkę i ser pleśniowy. Nie mogłem się oprzeć pokusie... Cudowny smak i zaostrzony przez wysiłek apetyt sprawiły, że po chwili ser i bagietka znikły. W doskonałym nastroju ruszyłem dalej, a po kilkunastokilometrowym zjeździe dotarłem do Bourg-St.Maurice. Tuż przed Seez, gdzie miałem zatrzymać się na nocleg powiało grozą. Przez dobrą minutę gapiłem się na tablicę z napisem „Col de l’Iseran”, pod którą zawieszono czerwoną tabliczkę „Ferme”. Dziesiątki razy widywałem tabliczki pod nazwami przełęczy. Tylko, że zawsze było to zielone ”Ouvert”!!!. Czyżbym musiał zrezygnować z jednego z trzech głównych punktów wyprawy? Nic z tego, choćbym miał nieść cały rowerowy majdan na plecach, nie zrezygnuję! Iskrzy się także nadzieja, że „może jutro otworzą?”. Lekko podłamany docieram do kempingu. W recepcji pytam z niepokojem czy to prawda, że Col de l’Iseran jest zamknięta. Mimo, że pytałem angielsku w odpowiedzi słyszę potok francuskiego. W końcu słyszę upragnione angielskie „today” i „open”. Uffff...

Seez-Landslevillard
Cel dnia i jeden z trzech głównych punktów wyprawy: Col de l’Iseran – 2764 m n.p.m. (lub jak to przedstawia znak na przełęczy 2770 m n.p.m.). Długi, bo liczący ponad 40 km, umiarkowanie stromy podjazd. Tyle wiedziałem przed. Jak było? Niestety pogoda postanowiła pokazać, co potrafi. Już po kilku kilometrach pojawił się przelotny deszczyk, a po kilkunastu przyszła porządna ulewa. Wymuszony postój wykorzystałem na posiłek i po godzinie mogłem ruszyć dalej. Po dotarciu do Val d’Isere zacząłem szukać sklepu, w którym mógłbym uzupełnić znacznie uszczuplone podczas weekendu zapasy. Niestety poza sezonem narciarskim większość turystycznych miejscowości zupełnie zamiera. Zapewne, dlatego trzy napotkane sklepy sieci SPAR były zamknięte. Zirytowany ruszyłem dalej, mając nadzieję, że uda mi się zrobić zakupy po pokonaniu przełęczy. Po minięciu ostatniej wioski złapałem dobry rytm i szybko piąłem się w górę. Szło bardzo dobrze, do czasu... Tuż przed przełęczą, na wysokości 2600-2650, trafiłem na deszcz ze śniegiem. Zerwał się wiatr i zrobiło się bardzo zimno. Aby nie zmarznąć ostro ruszyłem. Z wrażenia nie zwróciłem uwagi, kiedy przestało padać. Udało się! Col de l’Iseran zdobyta! Przez chwilę stałem z zamkniętymi oczami rozkoszując się tą chwilą. Jak na zawołanie chmury się rozstąpiły i na kilka minut wyszło słońce. Właśnie wtedy uwierzyłem, że wszystko się uda.

Po krótkim odpoczynku ruszyłem w dół. Ostry zjazd. Niestety porywisty wiatr i zimno nieco psuły radość z „darmowego” pędu. W Bessans przypomniałem sobie o konieczności zarobienia zakupów. Wkrótce zobaczyłem napis „Fromagerie”. Po przekroczeniu progu znalazłem się w niewielkim sklepiku. Przez okno można było podziwiać urządzenia do produkcji serów. Po chwili przywitała mnie właścicielka (?). Przede mną piętrzyły się stosy serów, z których kilka dostałem do spróbowania. Bajka. Wszystkich, których spróbowałem kupiłem po kawałku. Całe szczęście, że nie próbowałem wszystkich. Bogatszy o całą kolekcję serów i świeży chleb ruszyłem do Landslevillard gdzie zaplanowałem nocleg. Po rozbiciu namiotu szybko zabrałem się do przygotowania kolacji. To była prawdziwa serowa uczta...
Landslevillard-Valloire


Tego dnia pogoda miała rozdawać karty. Kląłem zwijając mokry namiot w krótkiej przerwie między kolejnymi falami deszczu. W Modane okazało się, że nie tylko tunel Frejus jest zamknięty (pożar), ale także droga, którą zamierzałem jechać. Objazd był poprowadzony bocznymi drogami ostro pnącymi się po okolicznych zboczach. To dodatkowe kilka kilometrów podjazdu. Oczywiście prawie cały czas pada. W końcu rozpoczyna się podjazd na Telegraphe. Jest całkiem ostry, a i ja chyba w nienajlepszej formie. W połowie drogi na przełęcz wjechałem w chmury. Były tak gęste, że nawet krótkie momenty, gdy nie padało nie przynosiły zmian. To chyba jedyny podjazd w czasie całej wyprawy, na którym jechałem bez muzyki. Jedynie słuch dawał nadzieję na zorientowanie się, że nadjeżdża samochód. Nic, ale to nic nie było widać, czasami tylko złowrogą pustkę i wierzchołki drzew za krawędzią jezdni. Na zjeździe rozpadało się na dobre, prawdziwe oberwanie chmury. Przemoczony i zmarznięty dotarłem w końcu na kemping. Tego dnia chciałem jeszcze zaliczyć Col du Galibier, ale nie puściło...

Valloire-Bourg d’Oisans
Stał się cud. Po wczorajszych ulewach, od rana było tylko lekko pochmurnie. Galibier czekała na mnie! Pozbierałem się do kupy dopiero przed 10. Znowu mokry namiot – padało przez pół nocy. Kolejne marzenie udało się zrealizować jeszcze wieczorem - jak tradycja nakazuje – suszarką do rąk. Shimano robi solidne buty, ale suszą się tygodniami. Ruszyłem. Szybko się przekonałem, że nie tylko w Polsce są kiepskie drogi. Francuzi też sporo mają na sumieniu. A przecież tędy co roku jeździ Tour de France. Podjazd zdecydowanie trudniejszy niż Col de l’Iseran. Tym razem pogoda jest jednak po mojej stronie. Lekko zachmurzone niebo było miłą odmianą po wczorajszej ulewie.

Na cztery kilometry przed przełęczą minąłem odpoczywających Niemców. Z tą parą widziałem się już kilkakrotnie, pierwszy raz trzy dni wcześniej na Cormet de Roselend. Ruszyli za mną. Hmm... odebrałem to jak wyzwanie. Ostatnie kilometry były więc ostrym wyścigiem, przynajmniej z mojej strony. Z przełęczy obserwowałem jak rywale z trudem podjeżdżają ostatni, stromy kilometr. Zdążyłem się ubrać, gdy zadzwonił telefon... Kumpel - jasnowidz? Zjazd ostry, trochę adrenaliny... Niestety miejscami nawierzchnia była pełna dziur i kiepskich łat. Jak w domu!
Bourg d’Oisans – Serres
Zdobycie najwyższych alpejskich przełęczy na zaplanowanej trasie pozwoliło mi nabrać zaufania do własnej dyspozycji. Już nie musiałem się więcej oszczędzać. Nadszedł czas odrabiania strat. Tego dnia brakowało spektakularnych przełęczy, ale cztery czy pięć nie przekraczających 1500 metrów. Piękne widoki w wąwozie Drac, alpejskie miasteczka z wąskimi, ciasnymi uliczkami i architekturą chyba z początku wieku na długo utkwiły mi w pamięci. Kolejne miejsce, w którym ile by się nie było, zawsze żal odjeżdżać. Może kiedyś tu wrócę by spokojnie chłonąć leniwą atmosferę górskich miasteczek. Ale czy wtedy tak samo je odbiorę? Może lepiej zostawić w pamięci idealny obraz?
Straty prawie odrobione, pierwszy raz podczas tej wyprawy przekroczyłem 130 kilometrów.
Na kempingu poznałem niemieckiego kolegę po fachu. Cudowne rzeczy opowiadał o Nowej Zelandii. Koniecznie trzeba będzie ją odwiedzić...

Serres – Avignon
Kolejna piękna dolina przed Nyons, zaczynam chyba się uodparniać na piękne widoki. Skały sprawiały często wrażenie utworzonych ludzką ręką, zbudowanych z wielkich, regularnych cegieł. Za Nyons praktycznie skończyły się górki, przyszedł czas na niziny. Tempo jazdy znacznie wzrosło. Szybko dotarłem do Avignon. Przyznam, że z niechęcią wjeżdżałem do dużego miasta, gdyby nie ochota zobaczenia słynnego mostu ominąłbym je szerokim łukiem. Warto było błądzić w gąszczu dróg. Most zadziwiający, cudownie wyglądający w promieniach zachodzącego słońca. Może warto czasem zostawić coś nieskończonego? Czy most w Avignon nie miał właśnie taki być? Mogłem do woli rozkoszować się jego widokiem.
Avignon – Aigues Mortes
Podróż z Avignon do Aigues Mortes była ekspresowa. Lekki wiatr w plecy i moc w nogach sprawiły, że 90 kilometrów trasy pokonałem już po czterech godzinach od startu. Aigues Mortes to niewielkie miasteczko z główną atrakcją: średniowieczną fortecą, z której wyruszały wyprawy krzyżowe. W całości zachowane mury, wewnątrz których funkcjonuje współczesne miasteczko. Miasto miało zapewne niegdyś dostęp do morza, lecz mierzeje przyczyniły się do utraty jego świetności. Sympatyczny kemping

położony na farmie pozwolił na zasłużony odpoczynek, a basen solidnie rozleniwił.
Aigues Mortes – Capestang
Niedziela była dniem solidnej pracy. Wiatr zmienił kierunek na południowy i południowo-zachodni. Oznaczało to, że od praktycznie cały dzień miałem czystej postaci „wmordewind”. Na niebie dwie chmurki skutecznie uciekały przed słońcem. Żar był nieznośny. Postanowiłem wcześniej wstawać, a podobnie jak na Korsyce między 13 a 15 robić sjestę. Mimo trudności udało się zrobić 130 km.
Capestang-Quillan

Jak sobie postanowiłem tak i zrobiłem. Pobudka o 6.00. Ależ mi się nie chciało! Miałem nadzieję, że może przynajmniej z rana wiatr będzie mniejszy... Nic z tego! Zostało mi około 50 km do Carcassonne. Sądziłem, że dwie, no ostatecznie trzy godzinki i zasłużona laba w cieniu średniowiecznych murów... A tu prędkość 22 km/h, po chwili 20, potem 18,17 – a pot zalewał mi oczy. Wmordewind w czystej, najdoskonalszej swej postaci! Zrozumiałem, że to nie przypadek, gdy na pobliskich wzgórzach wyrosły dziesiątki wiatraków. To po prostu lokalna specjalność! Motywację wywiało... Do Carcassonne dotarłem po południu. Humor mi się poprawił, gdy w sklepie znalazłem długo poszukiwane wędzone banany. W końcu padło hasło: Na zamek! Bajka, jakby świat się zatrzymał! Ominąłem oblegane przez tabuny turystów uliczki z pamiątkami. Cisza, spokój, historia na wyciągnięcie ręki – między pierwszą a drugą linią murów obronnych mogłem spacerować z rowerem do woli. Jeżeli będziecie w okolicy zobaczcie koniecznie, jeżeli nie, zaplanujcie wyjazd specjalnie by to miejsce odwiedzić.

Na koniec dnia trochę sobie poszalałem. Minąłem jakiegoś „sakwowicza”. A on ruszył za mną w pogoń. Jak nic chciał się ścigać... Miałem jakieś 10 km do Quillan gdzie zaplanowałem nocleg, więc reakcja mogła być tylko jedna. Ogień! Podjazdy z sakwami z prędkością 30 km/h tego wcześniej nie robiłem. Ostro było... Gonił prawie do końca. A może chciał pogadać? Hmmm... widać nie wiedział, że ja jestem małomówny z natury.
Na kempingu pogadałem za to z Holendrem, który wraz z żoną zwiedzał południową Francję. Wyprawa miała im zająć 6 tygodni, właśnie kończyli. I może nie było w tym nic niezwykłego gdyby nie to, że mieli po 56 lat! Chylę czoła. Żebym ja miał taką kondycję w takim wieku, a przede wszystkim ochotę na wojaże.
Quillan – L’Hospitalet pres l’Andorre
Kolejny dzień, według pierwotnych planów, miał być podjazdem w okolicę przełęczy Port d’Envalira. Stwierdziłem jednak, że miło by było w końcu gdzieś pomieszkać dłużej. Andora wyglądała bardzo kusząco. Aby było to możliwe musiałem „nieco” nadgonić. „Nieco” to najwyższa przełęcz Pirenejów do zdobycia na koniec dnia. Byłby to niezły wynik, bo nocowałem na wysokości 289 m, po drodze czekały na mnie trzy inne przełęcze. Na śniadanie dostałem 600 metrów podjazdu. Potem kolejny na 1253 m n.p.m., krótki zjazd, i w górę na 1431 m n.p.m. następnie długi zjazd na 750 do Ax-les-Thermes. Piękne widoki, ale idealnie wyprofilowana droga zachęcała szybkiego zjazdu. Stąd i zdjęć brak. Prędkości w okolicach 60 km/h, cudownie gładkie zakręty, wiatr we włosach...

Około pierwszej byłem w Ax. Obiecałem sobie, że jeżeli będę tam przed drugą to zaatakuję Port d’Envalira. Po chwili odpoczynku ruszyłem dalej. Za Merens, gdzie udało mi się uzupełnić wodę, zatrzymałem się żeby coś przekąsić przed decydującym podjazdem. Zaczęło lekko kropić z niewielkiej chmurki i po chwili przestało. Ruszyłem. Po pięciu minutach znowu zaczęło kropić, ale raczej nie zamierzało przestać. Po chwili stałem w zatoczce, starając się nie zbliżać do metalowej barierki. Dookoła uderzały pioruny, po którymś błysku zacząłem liczyć. Nie zdążyłem skończyć. Jed... Traach! ...en. To była upojna godzina. Ulewa powoli przechodziła, zrobiło się bardzo zimno, więc postanowiłem jechać dalej. Nie zajechałem daleko, kolejna fala zmusiła mnie do zatrzymania się. Tym razem przynajmniej miałem daszek baru nad głową. Kolejna godzina minęła. Chłód i głód wywiały ze mnie ochotę na dalszą jazdę. Około szóstej dotarłem do ostatniej miejscowości przed granicą. Zaciągnęło się porządnie, ciągle siąpiło. Nie lubię zmieniać planów, ale pogoda już zdecydowała – dziś nie będzie Port d’Envalira.

L’Hospitalet pres l’Andorre - Oliana
Kolejny raz przekonałem się, że pogody należy się słuchać. Podobnie jak na Col du Galibier, od rana piękna pogoda po deszczowym wieczorze. Gdybym próbował zdobyć Port d’Envalira straciłbym okazję do podziwiania zielonych stoków Pirenejów w pełnym słońcu. Pełne kwiatów górskie łąki, chłód poranka, konie z wielkimi dzwonami(!) – kapitalny początek dnia. Hello! – Hello! Czyli odprawa graniczna. Pierwsza miejscowość w Andorze, choć powinienem raczej napisać: pierwsze centrum handlowe w Andorze. Koszmar! Nie zatrzymując się pojechałem dalej. Przełęcz - najwyższa w Pirenejach: Port d’Envalira 2407 m n.p.m.. Krótki odpoczynek i jazda!!! Szybki zjazd psuły ostre podmuchy wiatru. W którejś z mijanych miejscowości trafiłem na stojący tuż przy drodze kościółek, jakby przeniesiony w czasie ze średniowiecza. Podobno takich niesamowitych pomników przeszłości jest w Andorze sporo, ale przytłaczają je niestety pomniki handlu. Z ciekawości wpadłem do sklepu rowerowego,

ale ceny nie zachęcały do zakupów. Praktycznie nie zatrzymując się przejechałem przez stolicę, mijając kolejne centra handlowe mknąłem ku granicy hiszpańskiej. Gdy do niej dojechałem okazało się, że czeka mnie przynajmniej godzina w kolejce. Zrezygnowany zatrzymałem się na końcu sznura samochodów. Z tyłu dobiegło mnie psssst! Odwróciłem się. Mijał mnie jakiś kolarz. Pokazał na puste przejście dla autobusów, pomachał zachęcająco ręką. Ruszyłem za nim. Dojechaliśmy do celników, mój przewodnik rzucił do nich kilka słów po hiszpańsku. Nie zwalniając pojechaliśmy dalej. Gestem podziękowałem za pomoc. Rowerowa solidarność, wciąż mnie mile zaskakuje...
Po kilkudziesięciu kilometrach w Hiszpanii wjechałem do pięknego kanionu. Sztuczne jezioro ciągnące się kilkanaście kilometrów otoczone było czerwonymi zboczami skalnymi. Natychmiast skojarzyło mi się z Wielkim Kanionem.
Oliana – kemping, jakich wiele, niczym się nie wyróżniający. Liczyłem, że ceny będą nieco niższe niż we Francji, podobno to tańszy kraj. Zrobiłem duże oczy, gdy okazało się, że mam zapłacić o 50% więcej niż na najdroższym francuskim kempingu.
Oliana – Cambrils
Od samego rana zbierałem dowody na to, że Hiszpania nie jest krajem nizinnym. Sporo górek, wmordewind i temperatura dały nieźle w kość. Z tego gorąca zapomniałem o jedzeniu. Po śniadaniu kolejny posiłek zjadłem dopiero około trzynastej. Za to solidny. Odpocząłem godzinę. Po przejechaniu kilkunastu kilometrów nagle dopadł mnie kryzys, kompletny brak siły, szybkie tętno. Dodatkowe pół godziny odpoczynku przywróciły moc. Rowerowe podróże uczą wiele o własnym organizmie, jego możliwościach i ograniczeniach. Nigdy więcej nie zapomniałem o regularnych mini-posiłkach, a solidnie najadałem się jedynie wieczorami.
Kolejne kłopoty zaczęły się na drodze Montblanc – Rous. Silny wiatr, sznury TIR’ów i wąski pas pobocza ograniczony betonowym korytem głębokim na 70-80 cm. Sam wiatr miotał mnie na wszystkie strony. Miałem dość. Kolejne analizy mapy tylko potwierdzały wyrok – innej drogi nie ma. Ruszyłem ostrożnie, praktycznie stając, gdy mijał mnie kolejny TIR. Znaki nakazywały ograniczenie prędkości do 110 km/h i sądząc po potężnych podmuchach kierowcy wykorzystywali je maksymalnie. Jeden z najtrudniejszych odcinków na całej trasie. Po kilkunastu kilometrach, po minięciu pasma wzgórz, wiatr przycichł. Nauczyłem się też jak ustawiać się do przejeżdżających TIR’ów tak, aby wykorzystać potężne podmuchy. Już po kilku próbach okazało się, że tą moc można wykorzystać! Na podjazdach taki podmuch dawał nawet kilka dodatkowych km/h. To była kolejna lekcja tego dnia: nigdy, ale to nigdy się nie można się poddawać bez walki!

Cambrils – Torra de la Sal - Xativa
Dwa dni, a jakby jeden: płasko, nuda turystycznego wybrzeża. Do historii przejdą tylko spalone plecy. Tą lekcję mogłem sobie darować, ale głupich nie sieją. Byłbym zapomniał - pierwsze w życiu pomarańcze prosto z drzewa! Rozkosz, kolosalna różnica w stosunku do tego, co oferują nasze sklepy. Nowy dzienny rekord odległości – 180 km.
Czas też napisać o niezbyt przyjemnej rzeczy. Hiszpania nie należy do czystych krajów, oj nie. Wzdłuż dróg pełno było odpadków, puszek, PET’ów. Na drogach leżały przejechane zwierzęta – nikt ich nie sprzątał. W temperaturze nie spadającej w dzień poniżej 30 stopni powodowało to paskudny fetor... Dotyczyło to także miast, głównych dróg. Feeeee....
Xativa – Jumilla
Najciekawszy był odcinek między Yeclą a Jumillą. Znowu zaczęły się górki. Po pokonaniu jednej z nich wyjechałem na rozległą kotlinę. Obraz jak z westernu: wypalona ziemia, pustkowie, palące słońce... Tylko czekałem aż pojawią się Indianie.
Po koczowaniu w namiocie pierwszy raz mogłem rozkoszować się luksusami w hotelu. Klimatyzacja i wanna – cywilizacja bywa tak przyjemna!

Jumilla – Cestril
Po przekroczeniu granicy między Murcią a Andaluzją znikły wypalone, jałowe ziemie. Zastąpiły je ciągnące się po horyzont łany zbóż. Zmienił się także wiatr. Na gorsze. Na zjeździe wiał tak mocno z boku, że przy prędkości powyżej 30 km/h nie można było zapanować nad rowerem. Pomyślałem przez chwilę, że już nawet lepiej by było jakby wiał wmordewind. Na głupszy pomysł nie mogłem wpaść. A tu jak nigdy życzenie spełniło się natychmiast! Kompletny brak drzew, płaski teren otoczony górami, nic nie hamowało rozpędzonego powietrza. Tego dnia wyrównałem niedawny rekord 180 km,

ale biorąc pod uwagę spore górki i piekielny wiatr był to rekordowy dzień. Olbrzymie przestrzenie, praktycznie tylko kilka miejscowości, nieliczne samochody sprawiły, że poczułem się prawdziwie wolny... Chciałbym tam kiedyś wrócić...

Castril – Guadix
Piękne widoki i totalne bezdroża – to zapamiętałem z tego dnia. Cztery godziny objeżdżałem 30 kilometrów autostrady. Niestety budując ją nikt nie pomyślał o równoległej drodze lokalnej. Starałem się jechać drogami gruntowymi, ale często było to bardzo trudne. Bliskość pasma Sierra Nevada dawała się we znaki w postaci ostrych zjazdów i podjazdów. Moje asfaltowe opony zadziwiająco dobrze radziły sobie na ciężkich szutrach. Solidnie obciążone tylne koło miało świetną przyczepność. Niestety przednie nie zawsze. Na jednym ze zjazdów „straciłem kontrolę nad pojazdem”, uślizg przedniego koła i gleba. Na szczęcie nic poważnego. Wracając do opon – Schwalbe Marathon to był hit wyprawy – żadnej gumy przez 2500 kilometrów! Niesamowite! A drogi bywały kiepskie...
Kolejna noc w hotelu (brak kempingu).

Guadix – Guajar Sierra
Pierwszy raz sobie pospałem. Ruszyłem leniwie po 11. Tego dnia miałem jedynie podjechać w pobliże Grenady, aby zająć dogodną pozycję do ataku na główny cel wyprawy: PICO VELETA 3398 m n.p.m.. Tak dobrze mi się jechało, że oczywiście pomyliłem drogi. Mapa też się czasami myliła, autorzy zapomnieli o przełęczy 1300. Całe szczęście, że nie był to dzień z cyklu 180 km do najbliższego kempingu.
Pierwotnie chciałem nocować w Pinos Genil, ale kemping znalazłem dopiero w Guajar Sierra.

Guajar Sierra – La Zubia
D-Day. Wstałem wcześnie i ruszyłem jeszcze przed 8.00. Według wstępnych oględzin mapy dziwne kreskowane oznaczenie drogi rozpoznałem jako „road in bad condition”. Zapytałem o ten odcinek kierowniczkę kempingu, po chwili wahania potwierdziła.

Ruszyłem. Jechało mi się świetnie, w końcu dojechałem do rozstajów dróg. Jedyne znaki to informacja o czterech restauracjach w lewo i dwóch w prawo. Uznałem, że tam gdzie jest ich więcej tam jest i główna droga. Jechałem piękną doliną, wzdłuż górskiego potoku. Niestety po pół godzinie trafiłem na jej koniec. Na szczęście zdążyłem się przyzwyczaić do swojego gapiostwa i tylko trochę zły ruszyłem z powrotem. Nie tak miał się zacząć ten dzień. Gdy już ruszyłem prawdopodobnie dobrą drogą przyszedł czas by dowiedzieć się o drugiej pomyłce. Znalazłem właściwe wyjaśnienie dziwnego oznaczenia na mapie. „Difficult or dangerous section of road” – prawdopodobnie autorzy zadowolili się tym oznaczeniem i poniechali wszelkich innych. Być może, dlatego droga nie miała w ogóle oznaczenia nachylenia. Ta pomyłka była brzemienna w skutkach. Po pokonaniu kolejnego zakrętu ujrzałem pionową drogę. To oczywiście przesada, ale miała zdecydowanie ponad 15%. Po raz pierwszy na tym wyjeździe widziałem takie wartości na pulsometrze. Zdenerwowany całą sytuacją postanowiłem zapytać czy na pewno jest to właściwa droga. Pytam dziewczę zrywające czereśnie. Pradollano??? i macham ręką. W odpowiedzi słyszę potok hiszpańskiego. Jeszcze raz, powoli... Pokazuję na mapie. Ona pokazuje na kierunek, z którego przyjechałem. Guajar Sierra? Kiwa głową. Ok. jest punkt wyjścia. Pokazuję w kierunku przeciwnym – Pradollano? Ten kierunek wyraźnie nie budzi jej aprobaty. Zniechęcony do dalszej dyskusji ruszam

dalej. Dalej było jeszcze gorzej. Gdy zatrzymałem się na odpoczynek, nie mogłem ruszyć dalej. Skatowałem się okrutnie. A nie osiągnąłem nawet 1500 metrów. Trudna lub niebezpieczna droga... Zapamiętam ją na długo. Po godzinie dotarłem do głównej drogi z Grenady. Po chwili zobaczyłem znak 1750 m n.p.m. – a ja już dostałem porządnie w kość. Mogłem zapomnieć o szybkim podjeździe. Musiałem się oszczędzać, czekając aż wróci „moc”. Regenerować się podjeżdżając na 3400? Jednak się udało. Do 2750 starałem się oszczędnie gospodarować siłami. Na szczęście nie miałem żadnych problemów z wysokością, które mogą się pojawić powyżej trzech tysięcy. Ostatni odcinek (około kilometra) był szutrowy, choć trzeba pamiętać, że od szlabanu zamykającego wjazd dla samochodów asfalt był często bardzo umowny. Na ostatnich metrach musiałem ciągnąć obładowany sakwami rower, bo jechać już się nie dało. Szczyt! Udało się!!! Podziwiając widoki siedziałem tam blisko godzinę. Pojawił się smutek, że to już koniec. Jeszcze dwa dni do Malagi i powrót. I co dalej? Może Nowa Zelandia lub Australia? A może jednak Wielki Kanion?

Odpowiedź znalazła mnie tydzień po powrocie. Ogródek przyjaciół, piwo, opowieści... A wiesz, że jedziemy w Andy? Andy?!!! Jeszcze tego samego wieczoru wiedziałem, że to jest to!
Zapraszamy na stronę domową Czarka Matulewicza
https://www.cybike.pl!!!