Z pamiętnika zawodniczki

Drukuj

No i stało się wczesną wiosną zrobiłam licencję. Dołączyłam do składu jednego z Małopolskich klubów... przestałam być amatorką. Witaj profesjonalny świecie kolarstwa górskiego! Poprzeczka idzie bardzo w górę. Hmmm... i od razu wątpliwości: czy sobie poradzę? Czy zaistnieję w tym świecie, czy będę tylko tłem dla innych, czy może najem się wstydu, dowiem się, że do niczego się nie nadaję pozostanie mi ucieczka z podwiniętym ogonem. Morze wątpliwości, morze możliwości, morze pracy.

Lang w Polanicy.
Pierwsze naprawdę poważne zawody. Profesjonalne ekipy, wielkie międzynarodowe widowisko. O! Galiński ! Na szosówce. Orbea...jest na co popatrzeć. Lotto się rozłożyło: rząd trenażerów, na nich topowe modele Scottów. Uwijają się mechanicy, masażyści, sponsorzy. Jakaś konferencja prasowa. Gwar międzynarodowych rozmów: Czesi, Niemcy, Austriacy... Ale rower!!! Wszędzie tłumy. Telewizja. Widać czerwone dresy Optexu i napisy CCC.

W tej całej kolorowej karuzeli taki nikt - ja. Ja w jednym wyścigu z Szafraniec i Włoszczowską...i prawie całą reprezentacja narodową Czech czy Słowacji. Jakieś to wszystko nierealne.

Jedziemy na objazd trasy... brutalny powrót do rzeczywistości. Ratunku!!! Ja przecież nie startuję w zjeździe!! Ja... ja mam tędy zjechać?? Kamieniste dno jakiegoś potoku...stromo jak cholera. Nie, kamieniste to mało powiedziane...kamerdolce wielkości sporych telewizorów. Patrzę jak ludzie zjeżdżają. Ja tak nie potrafię... Nie ma mowy. Nie zjadę. Najwyżej kibice mnie wygwizdają, a cała Polska dowie się z relacji telewizyjnej, że sprowadzałam... chcę w jednym kawałku dojechać na linie mety. Patrzę na innych trenujących: ale ci ludzie świetnie jeżdżą technicznie! A ten ekspres, co to właśnie koło mnie przemkną... kobieta, Niemka chyba sądząc z napisów na koszulce.

Następny zjazd: single-track, wąziutko, stromo, po trawersie, korzenie, po prawej stronie urwisko. No dobra, to tak żeby nie wyjść na kompletnego kurczaka... to spróbuje zjechać. Powoli, powoli...

Stres. Ostatnie rady Kierownika: „Uważaj na Panią W. Jak dojdzie do jakiejkolwiek spornej sytuacji, to po prostu zjedź jej z drogi. Odsuń się, bo ona naprawdę może Ci zrobić krzywdę”

Matko, gdzie ja jestem??

Stres. Podpisanie listy startowej, znakowanie roweru. Stres. Krótki wywiad z Szafrańcową... i start.

Jak było? Lał deszcz, było zimno i ślisko. Oczywiście wywaliłam na zjeździe. Kibice pomogli mi wyciągnąć rower, który spadł w dół tego urwiska. Na 500 metrów przed metą złapałam gumę w przednim kole. Na osłodę dostałam brawa od kibiców zgromadzonych na deptaku, gdy przekraczałam na piechotę linie mety. Ciekawskie kamery obmacywały swoimi szklanymi oczami moje stłuczone udo i zakrwawione kolano. „Witaj w Wielkim Świecie, Złotko.”


Kolejny Lang.
Przynajmniej wiedziałam, czego mam się spodziewać. Trasa bardziej przystępna: z wieeelką górą do podjechania w połowie okrążenie i sekcją techniczną w dalszej jego części... i tak trzy razy. Bez bardzo ostrych zjazdów, ale technicznie dla mnie i tak spore wyzwanie. Na starcie śpiewany wszystkie „100 lat” dla Pana Langa. Miły akcent.

Tym razem bez defektu. Czuję się moralnym zwycięzcą... wygrałam finisz o trzynaste miejsce (ale sukces, niech mnie gęś kopnie...) Sam wyścig był fantastyczny. Pojechałam technicznie lepiej niż się spodziewałam... pod górę bez problemów (kibicom się podobało, o czym nie omieszkali mnie poinformować odpowiednimi okrzykami...), no i naprawę się ścigałam. Walczyłam zawzięcie z Czeszką, momentami jechałam nawet na 9 pozycji... Wiele z siebie dałam. No ale cóż... przyjechały trzy dziewczyny z Pucharu Świata i nasza Wielka Trójka musiała narzucić odpowiednie tempo by je pogubić, więc i tak dostałam dubla.

Potem wylosowali mnie do kontroli antydopingowej. Kiedy ostatni raz ktoś wam kazał zrobić siusiu na życzenie i na dodatek wlazł z wami do łazienki :/ ???

Więc dwie godziny siedziałam na korytarzu z Maja Włoszczowska, którą także wylosowali i piłyśmy wodę mineralną. Jedną, druga, trzecia butelkę. Rozmawiałyśmy.

Maja też studiuje matematykę, więc szybko znalazłyśmy wspólny język (Nawiasem mówiąc jedyna naprawdę inteligentna osoba jaką spotkałam pośród całej tej sportowej menażerii). Jeśli na rowerze nawet nie mogę marzyć o pokonaniu jej...to tu mi się udało: wyszłam stamtąd pierwsza, a ona została... dalej sącząc wodę mineralną.

Całe wrażenie z wyścigu zepsuła mi niestety podróż do domu... w grobowej atmosferze narzekań Kierownika....


Potem był fatalny wyścig w Tarnowie. Tydzień wcześniej się rozchorowałam: łóżko, antybiotyki, rower tylko w formie trenażera przez pół godzinki dziennie. W ogóle nie powinnam była stawać na starcie. Ale stanęłam. Przejechałam pół okrążenia i...dosłownie zaczęłam się dusić!

Nie mogłam złapać powietrza. Spanikowana zastanawiałam się, co się ze mną dzieje. Miałam uczucie jakbym poruszała się w smole...wszyscy zaczęli mnie wyprzedzać. Powietrza! Dojechałam na łąkę...i tam już zostałam. Mój organizm mnie pokonał, bo próbowałam zrobić z nim coś czego nie powinnam.

To był niepotrzebny start. Mogło się skończyć gorzej niż totalnym zgonem. Czegoś się wtedy dowiedziałam o sobie – potrafię sama sobie zrobić krzywdę. Ambicja i wszystkie te rzeczy pchają mnie naprzód i naprzód i naprzód....

W kolejnym tygodniu był maraton w Krakowie. Wyścig w rodzinnym mieście - startuje cały znany światek rowerowy, cóż za wstyd pojechać jak ostatnia oferma.

Udało się stanąć na drugim stopniu podium. Ale jedyne co z tego wyścigu pamiętam, to rosnący z każdym kilometrem opór mojego organizmu i suchy kaszel dręczący mnie z taką intensywnością, że aż się wszyscy za mną oglądali.


Kluszkowce – Mistrzostwa Małopolski w XC
Świetna, choć trudna trasa: taka, jakie lubię, dużo pod górę, zjazdy nie aż tak okropnie trudne technicznie. Miła atmosfera, sporo znajomych, piękne widoki, muzyka nadająca rytm pod górę. Góralska kapela grająca „do medalu”. To był ciężki wyścig, ale dał mi bardzo dużo satysfakcji. Tym bardziej ciężki, że w tym samym tygodniu broniłam egzamin magisterski, co oznaczało mnóstwo stresu, kucia po nocach i rozpaczliwego dopinania pracy na ostatni guzik.

I udało się : stanąć na pudle Mistrzostw Małopolski i skończyć studia na UJ-ocie z wyróżnieniem.

Nie pytajcie mnie, czy było trudno.


Najważniejsza impreza sezonu: Mistrzostwa Polski w Maratonie.
Prawie tysiąc zawodników na starcie. Cała polska czołówka. Wszystko, było tak jak trzeba: forma, nastawienie psychiczne. Wreszcie miałam pokazać, na co mnie stać. Tu nie ma karkołomnych zjazdów, do których przejechania trzeba mieszkać w górach, lub mieć wiele sezonów startowych za sobą.

Gorąco. Bardzo gorąco. Zaraz po starcie runda wokół miasteczka: pędzący tłum, tumany kurzu, przekleństwa, gdy ktoś komuś drogę zajechał, szybko, szybciej. Szczęk zmienianych przełożeń. Asfaltowy podjazd...rozgrzana smołówka lepi się do kół.

Ale widok...cała panorama! Chrzanić widok, pędzimy dalej! Mijam kolejne konkurentki. Jadę w czołówce swojej kategorii. Czwarta, trzecia, druga.

Po zmianach z facetami, szybciej, szybciej. W połowie trasy... ból kręgosłupa. Zaczynam marzyć o zwaleniu się w przydrożny rów. Jakby mnie ktoś rozpalonym prętem walił po plecach! Położyć się... i już tak zostać.

Zostać? I stracić taką szansę? Zaprzepaścić tyle przygotowań? Zawieść tyle nadziej własnych i moich przyjaciół... O nie! Ale to tak boli... Zwalniam.

Nie poddać się, nie poddać się, nie poddać się. Mija jedna zawodniczka, teraz jadę trzecia. I do wszystkich diabłów... dalej już nie spadnę! Chwila po płaskim. Muszę wziąć się w garść. Jedziemy. Długi zjazd...wiem że już jej nie dogonię, teraz muszę utrzymać swoją pozycję. Przyspieszam. Znowu pod górę po smołówce – mijam kolejne osoby... spróbuj mi się utrzymać na kole!

Dalej boli, ale ożywia mnie myśl, że do mety niedaleko. Jeszcze sekcja techniczna... i już wpadam na metę.

O Boże...jestem trzecia. Stanę na podium Mistrzostw Polski! Nie mogę w to uwierzyć!

To niesamowite uczucie: tłum kibiców, znajomych i przyjaciół, błyskają flesze. Puchar, medal. Zerkam na biało - czerwoną koszulkę zwycięzczyni... poczekaj za rok! :D


Potem był maraton w Szklarskiej. Festiwal, wielkie rowerowe święto. Muzyka, imprezy, wygłupy, czas spędzamy z przyjaciółmi, spacery pod gwiazdami. Zabawa. Musiałam ze względu na przepisy jechać duży maraton - ponad sto kilometrów. Średnio mi to pasowało, ale cóż ...nie było wyjścia. Pokonała mnie Austriaczka. Szybka była, to jej trzeba przyznać. Za wygraną kupiłam korbę z pakietem – dobra inwestycja na przyszły sezon.


Wczoraj były ostatnie zawody tego sezonu – Ogrodzieniec. Trzeba wreszcie odpocząć. Niestety nie ukończyłam wyścigu. Miałam dobry dzień, po około pół godziny od startu jechałam ze sporą przewagą nad konkurentkami. Było szybko, polar twierdził że nawet bardzo szybko. Jechało mi się świetnie.

Jadę. Słyszę komentarz:
- O... patrz - baba!
- O k... z blatu!!!

A tak, z blatu. Baba też potrafi jeździć! Niestety nie o wszystkich da się to powiedzieć. Parę minut później jakiś nieodpowiedzialny kretyn wjechał we mnie na zjeździe – dosłownie mnie staranował. Wylądowałam lotem koszącym przez kierownicę na drodze, a on pojechał dalej. Krzyk bólu. Zwijam się na poboczu, mija mnie rozpędzony peleton. Ktoś się zatrzymał. Nie dam rady jechać dalej – krew, głęboko rozcięta ręka, obite biodro, stłoczony mięsień czworogłowy w prawej nodze.

Boli!!

W ranach pasek i kamyki. Strażacy zwieźli mnie do biura zawodów, gdzie dostałam ciepły koc i aspirynę, ale karetki niestety nie było. (Zjawiła się po trzech godzinach) Ale mnie boli... czuję się jak kupka nieszczęścia. Niech ktoś mnie przytuli, proszę...

Zazdrośnie zerkam na podium – mogłam tam stanąć, a tak... ech szkoda mówić.


Dużo się przez ten rok nauczyłam. Pozbyłam się paru iluzji - szczególnie tych a propos „profesjonalnego” sportu u nas w kraju. Wiele rzeczy wygląda zupełnie inaczej, niż sobie to wyobraża ktoś jadący rowerem, patrząc na zawodnika w „teamowej” koszulce. Musiałam przełknąć parę gorzkich pigułek upokorzenia ale też mogłam delektować się smakiem ciężko zarobionego sukcesu.

Parę dni temu ktoś zapytał mnie, czy warto. Czy warto tak się męczyć, robić to wszystko? Każde pieniądze wydawać na nowy sprzęt i leczenie kontuzji, zamiast na nową sukienkę. Przeżywać stres przed startem, wywracać się, obijać. Znosić wieczne nieprzyjemności od Kierownika ekipy. Zmuszać się do coraz to większego wysiłku. Przełamywać granice strachu i możliwości własnego organizmu... Wiecznie nie mieć czasu... Chyba wiecie, co odpowiedziałam.

Dlaczego? To już jest temat na inne opowiadanie.

Do zobaczenia w przyszłym sezonie: na szlaku lub na wyścigu!

Obserwuj nas w Google News

Subskrybuj