Jest zimno, ale spodenki kolarskie założone na zwykłe kalesony zaskakująco dobrze się spisują... ciepło, zero oporów. Razem z ponad setką innych bikerów oczekuję na rozpoczęcie wersji rowerowej Harpagana. Godzina 7:00. Mapa w ręku. W 10 minut ustalam taktykę na najbliższe 12 godzin. Z prognozy pogody wiem o w miarę silnym wietrze z południowego wschodu, więc decyduję, że najpierw jadę pod wiatr, aby zaliczyć punkty na południowym wschodzie, a potem, gdy opadnę już z sił, wrócę od północy, osłaniany lasami i wzgórzami nad samym zalewem.Które punkty zaliczyć? Nie ma sensu bawić się w żadne jedynki i dwójki.. najważniejsze są piątki i czwórki.. te wszystkie trzeba zaliczyć... a pozostałe, o ile wpadnę na nie po drodze:) Szybko więc dyskwalifikuję 1, 3 i 7 (najwyżej zaliczę je w drodze powrotnej, jak będę miał siły, czas i ochotę) i wyruszam do 4-ki.
Asfalt, pod górkę w lesie, temperatura w sam raz, przede mną i za mną rowery. Jest OK. Efektu stadnego nie ma...wszyscy trafiają do 4-ki. Zawracam, z powrotem do asfaltu, kieruję się ku 5-ce. Niewielu idzie w moje ślady. Do piątki przyjeżdżam jako pierwszy :) Za mną tylko jeden rowerzysta, ale on jedzie do 10-tki, a ja wybieram 6-tkę.
Kawałek za 5-tką pierwsza pułapka: droga stale skręca i po chwili jadę na zachód, zamiast na wschód. Na szczęście szybko się orientuję, zawracam i skręcam w boczną drogę... tę właściwą. Wiaduktem nad Berlinką... potem głębokimi koleinami, i bezbłędnie trafiam w 6-tkę. Znowu pierwszy :). Z kieszeni wyciągam drugiego Marsa i w drogę. Jak na razie jestem bardzo zadowolony. To mój drugi Harpagan, pierwszy był rok temu. Wtedy organizacja była o wiele słabsza. Spisać kod z kamienia. Nawet jak byłem na skrzyżowaniu na środku w lesie, to nie wiedziałem, czy to jest to właśnie skrzyżowanie. A tutaj chorągiewka, obsługa itd. Nie można przeoczyć, nie można oszukiwać.Czeka na mnie pierwsza trójka - 11-tka. Szybko do asfaltu, przez Młynary, droga na Pasłęk, 200 metrów za punktem wysokościowym jest droga prowadząca do lasu... wjeżdżam w las, odmierzam kilometr... i ostatni skręt w lewo ku punktowi. Może znowu będę pierwszy? Ale punktu nie ma... jest jeziorko.. to pewnie na drugim końcu jeziorka. Przebijam się na przełaj, pod górkę i z górki, okrążam całe jeziorko, ale punktu ciągle nie widzę. Pewnie ten kilometr to trochę za mało... jadę na przełaj na wschód, przez wąwozy, strumyki, zagajniki. W okolicy żadnego rowerzysty, pusto, cicho... Dlaczego ten punkt jest położony na zgięciu mapy, dlaczego moja mapa jest taka wytarta na zgięciu? Wiele pytań i przekleństw krążyło mi po głowie. Po 20-30 minutach błądzenia, cały pokaleczony i spocony poddaję się i odpuszczam sobie ten punkt. Po fakcie dowiedziałem się, że na tym punkcie były dziewczyny, pewnie jedyne wśród obsługi wszystkich punktów. Pech, to pech. Może potem będzie lepiej.
Na celowniku mam teraz 15-tkę.
Prawda, że pięknie położona? Wyspa na malowniczym jeziorku, do niej mostek, a na drugim końcu chłopak w żółtej koszulce przybijający pieczątki. Podobno jestem czwarty czy piąty.
Chwila zastanowienia. Co teraz? 12-tka, 20-tka, a może 17-tka?. Muszę zaliczyć wszystkie czwórki i piątki, więc wybieram 17-tkę. Na szczęście w porę dojrzałem na mapce rzekę Pasłękę w postaci jeziorka z rzadkimi mostami, więc decyduję się jeszcze na 12-tkę (bo z 20 trzeba wiele km nadłożyć), a dopiero potem 17-tka. Ruszam ku Staremu Siedlisku...lasek, polna droga, sił nie brakuje, dobrze jest. Sam punkt trochę schowany, ale nie daję się zaskoczyć. Za to zaskoczona jest obsługa... zaspana. Tak to jest, jak znowu jest się pierwszym.
Chwilkę odpocząć, napić się i w drogę. Teraz czeka mnie maraton do 17-tki... daleko, pod wiatr. Dojeżdżam do skrzyżowania w Nowicach, ale skrótu na przełaj na południe nie widać.. jadę więc na zachód, ku temu czemuś, co na mapie wygląda jak dobra droga z Księżna do Słobit. Zgadza się, droga bardzo miła, ale wkrótce zamienia się w bruk. Coś w bagażniku zaczyna mi brzęczeć, ale nie przejmuję się tym. Mijam Bronki i rozglądam się za jakimś skrótem na południowy wschód, ale żadnego nie widzę. Trudno, nadrobię jeszcze te kilka km i dojadę do Słobit. A na drodze jaki ruch. Co chwila wyprzedzam jakiegoś górala. Pokazuję, co potrafi trekking z lemondką w jeździe asfaltem pod wiatr :)
Ktoś mi siadł na koło, więc go podciągnąłem – „a niech mu będzie”. Całą drogę zagryzam czekoladą. W sumie na 17-tce jestem 5-ty. Pierwsi są kilkanaście minut przede mną. Nie czekam, aż dojadą Ci wszyscy, których wyprzedziłem... 16-tka mnie przyciąga. W drogę tym dziurawym asfaltem, ku słońcu, ku przygodzie...
Aż po chwili… następna pułapka. Dlaczego jadę na południe? Gdzie ta linia kolejowa i następny wiadukt? Szybkie spojrzenie na mapę... Bingo. Wszystko jasne. Mam na pewno o wiele więcej szczęścia od tych, co wyjechali za mapę... tylko 300 metrów wracałem. Droga marna, ale jest; potem kocie łby.. o rany, ale bagażnik dzwoni. Dojeżdżam do Gładysze, wyprzedzam jednego współzawodnika. Potem pięknie utrzymanym skrótem docieram do Bardyn, gdzie dogoniłem następnego rowerzystę. To Krzysiek z Warszawy, nr 656, trochę pojedziemy razem. Na moście okazuje się, że jesteśmy pierwsi... domyślam, się, że tych brakujących dwóch rowerzystów, co było przede mną na 17-tce wyjechało za mapę, albo zabłądzili w innym miejscu. Przecież musieli jechać do 16-tki. A nr mieli prawdopodobnie 659 i 660. Obsługa wyraźnie preferuje swoją łączkę w dole nad rzeką i ani myśli fatygować się na górę. Nie ma rady, musimy schodzić po stromym nasypie na dół. Ale chłopak częstuje nas kiełbasą, więc w sumie mu wybaczamy. Następnie razem ruszamy do 19-tki. W pewnym momencie Krzysiek odpada ode mnie i do punktu dojeżdżam sam. Pewnie zgadniecie - jestem pierwszy, znowu ;)Krzysiek dojeżdża. Zastanawiamy się co teraz? 18-tka, potem 20-tka, czy na odwrót. Ja stawiam na 20-tkę. Do 18-tki trzeba sporo kluczyć, a potem tyle samo kluczyć do 20-tki; i do tego pod wiatr („półwiatr”). Wolę już szybko dojechać do 20-tki, zrobić następny maraton do 18-tki, a potem dobrym asfaltem, z wiatrem przez Braniewo do 14-tki. Między Strubnem, a Płoskinią wyminąłem kolegę - Jowisza, z którym jeździłem rok temu (tak naprawdę, to siedziałem mu na kole, a on jechał i szukał punktów, za co jestem mu nieopisanie wdzięczny). Od rana świeci słoneczko, jestem już nieźle opalony, prędkość chwilowa: 40 km/h (z wiatrem po płaskim) ech... wynalazca roweru powinien dostać Nobla ;)
W 20-tce już tłok - już nie byłem pierwszy. Mam poza tym dobrą i złą wiadomość. Dobra: bagażnik przestał mi dzwonić - zgubiłem obie śruby mocujące do ramy przy siodełku. Na szczęście mam porządnie umocowany plecak do siodełka, więc nie przeszkadza mi to w jeździe. Złą wiadomością natomiast jest to, że zbliża się godzina 13-ta – godzina kryzysów.
Na 19-tce wypiłem resztkę wody, a po drodze do 20-tki tylko przeleciałem obok sklepów... tak miło się jechało. Słoneczko powoli chowa się za chmurkami, traci na tym moja orientacja w terenie. Jadę zygzakiem do 18-tki, co chwila pod wiatr, już zmęczony i spragniony, marsy ledwo wchodzą. Ale dojeżdżam. Obsługa nieco zdziwiona kierunkiem, z którego przyjechałem, przecież wszyscy przyjeżdżają od Lipowiny. Zmęczeni, zmarnowani kilkunastoma kilometrami pod wiatr. Super - myślę sobie, będę jechać z wiatrem. I faktycznie, droga do Braniewa jest krótka, łagodna i miła. Tankuję w sklepiku i w drogę.14-tka, 13-tka, wyraźnie zaznaczone, wzdłuż dobrych dróg. Będzie dobrze. Zaliczam je bez problemów. Na 14-tce chłopak już nieco zmęczony tym, że co chwila przerywają mu
sen. Za to na 13-tce tłok. Spotykam Krzyśka, który z 20-tki pojechał na 12-tkę. Zostały nam 3 godzinki. Na pewno jeszcze 10-tka, na 99% 9-tka, a potem się zobaczy. Z wielu wariantów dróg, jakie wzięliśmy pod uwagę wybraliśmy chyba ten najlepszy i bez problemów odnaleźliśmy 10-tkę (najpierw na południe, potem słabo widocznym skrótem na zachód do asfaltu, asfaltem 3 km i od północy do 10-tki). Tu był też jedyny odcinek (poza okolicami jedenastki), gdzie musiałem prowadzić rower z powodu piasku. Potem przez Krzyżewo do szosy. I co teraz? Ja chcę jechać cały czas asfaltem, na około, przez Podgrodzie, Tolkmicko, do 9-tki.. Krzysiek woli skróty. Wjeżdżamy w las, ale po n-tym rozwidleniu zawracamy i już nie schodzimy z asfaltu. Najpierw trochę pod górkę do Podgrodzia, ale potem, z górki, z wiatrem. Ja bym przyznał co najmniej dwa noble. Chmurzy się. Poczułem nawet kilka kropel, ale na szczęście przechodzi i do końca wyścigu będzie sucho, choć już bez słońca.
Do samej 9-tki była ostra wspinaczka, przynajmniej tak mi się wydawało, w końcu trwała już 11-ta godzina na rowerze. Na szczęście siły i czas jeszcze były, więc z uśmiechami na twarzy przywitaliśmy kolegę przy czerwono białej chorągiewce. Została nam nieco ponad godzina czasu. Do 8-mki nie widzę na mapie żadnej drogi, a wiem, że teren ciężki, same górki, wąwozy, lasy i jary. Nie ma sensu jechać zabłądzić, tracić czas i siły. Więc sobie odpuszczamy.
Nastawiamy się jeszcze na 2-ke. Jedziemy razem, ale pomiędzy Kadynami, a Suchaczem, zatrzymuję się, bo zgubiłem 3-cią śrubkę od bagażnika, tym razem przy kole. Bagażnik zrobił się niestabilny i zaczął ocierać o koło. Na szczęście miałem wolne śrubki, więc szybko uporałem się z awarią. Gonię Krzyska, ale już nie dogoniłem... on wybrał wariant trasy prosto do Elbląga, przez Próchnik. Ja jeszcze przejechałem obok 2-ki, ale wybaczcie.. odpuściłem sobie i o 18:44 zameldowałem się na mecie. 14 punktów wartych 50, 200.5 km ze średnią 20.5 km/h.
Z całej imprezy jestem bardzo zadowolony. Cała trasa robiona jakby pode mnie. Zdecydowana większość trasy robiłem szosami, albo dobrymi drogami polnymi (nie skracałem na siłę, wolałem nadłożyć kilometrów). Na takie trasy trekking z lemondką jest znacznie lepszy od górala. Punktów nie trzeba było specjalnie szukać o ile ktoś w miarę sprawnie posługuje się mapą, licznikiem i kompasem (słońcem).
Pogoda idealna, błota nie było. Nie mam prawie żadnych zastrzeżeń do organizacji. Punkty dobrze widoczne i obsadzone, choć słyszałem, że w niektórych miejscach podobno rowerzyści byli przed obsługą (np punkt 3-ci). Co do mapy, to mogę mieć zastrzeżenia tylko do punktu 11-tego, który w moim przypadku był bardzo słabo czytelny na zgięciu mapy. Podobno organizatorzy przymierzali się, aby rejestrować odwiedzane punkty w sposób elektroniczny. Szkoda, że z tego nic nie wyszło. Zawsze traci się te kilka minut wyjmując kartkę, stemplując, wpisując godzinę, chowając, czasem trzeba stać w kolejce, albo zejść z roweru i pofatygować się osobiście do obsługującego. Także miejsce startu i mety znajdowało się w miejscu, do którego łatwo trafić. Udało się uniknąć zamieszania podczas startu i mety (choć wydawanie map strasznie długo trwało). Oby tendencja zwyżkowa organizacji utrzymała się. Dorzucę jeszcze parę swoich groszy. Zawsze jest jakieś ale. Gdybym tylko znalazł tę 11-tkę... miałbym o 3 punkty więcej, a także więcej sił i czasu, których w sam raz wystarczyłoby na 2-ke i 8-mkę (bo do 8-mki prowadzi dobra droga o długości 1.5 km, wzdłuż strumienia, bez żadnych poziomic - czytam po fakcie z innej mapy). 17 punktów o wartości 56 było jak najbardziej w moim zasięgu. Może za rok, bo na jesień chcę spróbować wersji pieszej.
Wyniki z Harpagana 25 znajdziecie TUTAJ.