Ostatnich 11 lat nie było

Drukuj

1996 Bjarne Riis, 1997 Jan Ullrich, 1998 - Marco Pantani, 1999 -Lance Armstrong, 2006 Floyd Landis, 2007 Alebrto Contador. Od czasu ery Miguela Induraina nie było zwycięzcy Tour de France, który nie miałby w swojej kartotece dopingowego wpisu.<br />

1996 – Bjarne Riis, 1997 – Jan Ullrich, 1998 - Marco Pantani, 1999 -Lance Armstrong, 2006 – Floyd Landis, 2007 – Alebrto Contador. Od czasu ery Miguela Induraina nie było zwycięzcy Tour de France, który nie miałby w swojej kartotece dopingowego wpisu.
Czy wraz z zakończeniem kariery przez kolejną z wielkich postaci ostatnich lat, Alexandre Vinokourowa zakończy się w kolarstwie epoka najsilniej dotknięta niedozwolonym wspomaganiem.

Czarna lista

Dlaczego ograniczać się tylko do Tour de France? Do wspomnianych we wstępie nazwisk, warto dołączyć jeszcze kilka. Znajdziemy wśród nich m.in. zwycięzców Vuelty: Roberto Herasa i Aitora Gonzaleza, a także zawodników, którzy stali na podium hiszpańskiego wyścigu: Santiago Pereza, Alejandro Valverde i Oscara Sevillę. Nie wolno zapomnieć również o Giro d’Italia, gdzie dopingowe wpadki mieli m.in. Stefano Garzelli, Gilberto Simoni oraz Danilo di Luca i Ivan Basso. Wykraczając poza krąg kolarzy specjalizujących się w wyścigach etapowych, przypomnijmy też jednego z największych kolarzy klasycznych przełomu wieków, Johanie Musseuwie czy też królu sprinterów końca lat dziewięćdziesiątych, Eriku Zabelu. Aby nie zacieśniać grona gwiazd tylko do zwycięzców, przypomnijmy jeszcze nazwiska takie jak Francesco Casagrande, Dario Frigo, Angel Casero, Francisco Mancebo, Michele Scarponi, Tyler Hamilton, Eddy Mazzoleni, Oscar Camenzind, Iban Mayo, Andrei Kaschechkin, Richarde Virenque, Alex Zulle, David Millar, Danilo Hondo, Jorg Jaksche i wielu, wielu innych.

Nie do końca oczywiste
Nie wszyscy wymienieni z imienia i nazwiska zawodnicy są jednak winni „oszustwa sportowego”, jak klasyfikowane jest wedle włoskiego prawa stosowanie dopingu. Sztandarowym przykładem może być tu postać Marco Pantaniego, który nigdy nie został bezpośrednio przyłapany na stosowaniu dopingu. Z drugiej strony, wartości hematokrytu, jakie przybierała krew włoskiego górala, za co zresztą został relegowany z Giro d’Italia 1999, mówią same za siebie. O ile w przypadku Pantaniego a także np. kolarzy Festiny, którzy sami przyznali się do stosowania EPO przed sądem można mówić o niedoskonałości testów antydopingowych, które nie wykazywały obecności stosownych substancji, o tyle im bliżej czasów współczesnych, tym trudniej. Po pierwsze doping sam w sobie cały czas się rozwija. Nowe leki znajdują nowe zastosowania, na skutek czego można być nadal „czystym” w oczach prawa. Po drugie, pojawiła się nowa linia obrony kolarzy, których próbki zostały uznane za pozytywne. Aby uciec od odpowiedzialności, szuka się uchybień proceduralnych, na skutek których można podważyć nie tyle wynik testu, co rzetelność laboratorium lub testu samego w sobie. Dzięki temu zawodnik, choć bez wątpienia doping stosował, nie może być uznany za winnego stosowania niedozwolonego wspomagania. Tu należy nisko ukłonić się osobie Lance Armstronga, którego próbki z Tour de France 1999 były jednoznacznie pozytywne, lecz nie można było tego właściwie zaprotokołować. Najwięcej kontrowersji budzi problem najbliższy czasowo – zawodnicy są dyskwalifikowani, karani lub przynajmniej czasowo zawieszani lub poddawani ostracyzmowi nie tyle za sam udowodniony doping, co za próbę jego stosowania. Wystarczy więc telefon lub SMS do niewłaściwej osoby, by pożegnać się z licencją i startami w ważnych zawodach. Tu oczywiście świetnym przykładem jest sytuacja Danilo di Luca’i, który w ten właśnie sposób pożegnał się z wygraną w tegorocznym cyklu Pro Tour. Problem pojawia się w sytuacji, gdy różni zawodnicy podlegają jurysdykcji różnych systemów prawnych. W ten sposób zdyskwalifikowano lub pośrednio zmuszono do zejścia ze sceny m.in. Ivana Basso, di Lucę czy Ullricha a Valverde czy Contador nadal startują i wygrywają.

Nie wszyscy biorą?
Fakt, że można kogoś zawiesić tylko za kontakty z podejrzanym (nawet nie skazanym) o podawanie dopingu lekarzem sam w sobie jest skandaliczny. Andrei Kaschechkin chcąc odrzucić pozytywny wynik świadczący o tym, że stosował niedozwoloną transfuzję krwi powołuje się na łamanie praw człowieka tym samym daje przykład cynizmu i zakłamania. Z drugiej strony, w sytuacji która dotyczy Danilo di Luca’i jest już mocno kontrowersyjna właśnie w takim kontekście. „Na prosty chłopski rozum”, tak ostatnio popularny, biorąc pod uwagę analogię z innymi przypadkami, Di Luca nie ma racji. Aby wygrać Giro _musiał_ stosować podejrzane chwyty. Kontakt z lekarzem, który takie praktyki na swoich pacjentach stosuje lub tylko je sugeruje, dodatkowo to potwierdza. Tak jak potwierdzały kontakty Armstronga z Ferrarim czy Basso z Fuentesem. Jest jednak pewna różnica. Basso sam przyznał się do tego, że zamierzał zastosować przygotowane przez Fuentesa środki. Armstrongowi niemal udowodniono nielegalne wspomaganie a całość rozbiła się o proceduralne kruczki. Di Luca natomiast ani się nie przyznał, ani nie miał pozytywnego wyniku testu antydopingowego. Wniosek? Zgodnie z prawem jest czysty a mimo to zabrano mu licencję. Walka z dopingiem – tak. Paranoja – nie.

Eufemiano Fuentes – wyrocznia
Paradoksalnie po poradę można udać się do człowieka, od którego całe to zamieszanie oczywiście się nie zaczęło, ale zdecydowanie przybrało na sile. Eufemiano Fuentes ma niestety tego pecha, że przydomek „doktor zło” wcześniej przylgnął do kogoś innego. Sam określa siebie jako „sławnego kolarskiego przestępcę”, jednak z drugiej strony, śledząc jego wypowiedzi z ostatniego roku można śmiało stwierdzić, że z kolarstwem nie jest tak źle, jak podają to media. Mając w pamięci to, co mówił Fuentes, ale także wyznania kolarzy Telekomu czy wreszcie spowiedź Villego Woeta, masażysty Festiny sprawa prezentuje się w miarę jasno. Podobne wnioski nasuwają się po wysłuchaniu Jorga Jaksche, jednego ze „skruszonych” kolarzy. Zeznania lekarzy Telekomu potwierdziły de facto to, co pisał Voet a Eufemiano Fuentes potwierdził w ostatnim wywiadzie dla La Gazzetta dello Sport. Każdy z nich, wedle specyficznie pojmowanej moralności, niósł pomoc i dbał o zdrowie zawodników. System zorganizowanego dopingu nie tylko jest bardziej skuteczny, ale i zdecydowanie bezpieczniejszy. O tym, że jest skuteczny, mogliby np. opowiedzieć Marion Jones czy też fińscy biegacze narciarscy, którzy uczestniczyli w podobnych strukturach. O tym, że jest bezpieczny, przekonują logiczne argumenty. Pod opieką fachowca, ci którzy chcą, mogą „brać” bez większych obaw o swoje zdrowie a przynajmniej nieustannie je monitorując. Jakby na to nie patrzeć, nowoczesne środki dopingujące ingerują w organizm dość mocno, m.in. w gospodarkę hormonalną, zatem nadzór jest co najmniej wskazany.
A że nie biorą wszyscy? Dowód jest jeden, ale za to silny. Ci sami spece, którzy aplikują EPO, hormon wzrostu i testosteron wielkim mistrzom (?), twierdzą, że podają go tylko im. Albo tym, którzy chcą wejść na ich miejsce.

P.S.: Tekst celowo nie zawiera zdjęć. Mogłyby one komuś coś zasugerować a tak robić nie wolno.

Obserwuj nas w Google News

Subskrybuj