W maju 2004 roku poskładałam mój pierwszy prawdziwy rower Author Vision. Był śliczny ale... tylko pierwszego dnia. Szybko dostrzegłam jego niedoskonałości i równie szybko chciałam je poprawić, co nie zawsze było możliwe. Wraz z Michałem i przyjaciółmi poznawałam tajniki rowerowego świata. Pierwsza wyprawa w Beskidy jeszcze bardziej podrażniła mój wilczy głód do pedałowania. Pojawiły się dłuższe wycieczki w tym nawet ponad 200km, pomysł wystartowania w maratonie, jazda w spdach, próby pierwszych skoków. Często samej ciężko było mi nadążyć za tempem pojawiających się pomysłów i nowo wytyczonymi celami. I stało się. Po czterech miesiącach stanęłam na starcie maratonu krakowskiego, a po kilku godzinach od jego startu na podium. Ciężko opisać moje zadowolenie, zaskoczenie i entuzjazm. Pamiętam dobrze jedną myśl. Chciałam przeżyć to ponownie. Powiem więcej, móc stanąć na wyższym stopniu podium, w trudniejszym wyścigu ze świadomością ciężkiej pracy, jaka się kryje za tą chwilą szczęścia
W maju 2004 roku poskładałam mój pierwszy prawdziwy rower – Author Vision. Był śliczny ale... tylko pierwszego dnia. Szybko dostrzegłam jego niedoskonałości i równie szybko chciałam je poprawić, co nie zawsze było możliwe. Wraz z Michałem i przyjaciółmi poznawałam tajniki rowerowego świata. Pierwsza wyprawa w Beskidy jeszcze bardziej podrażniła mój wilczy głód do pedałowania. Pojawiły się dłuższe wycieczki w tym nawet ponad 200km, pomysł wystartowania w maratonie, jazda w spdach, próby pierwszych skoków. Często samej ciężko było mi nadążyć za tempem pojawiających się pomysłów i nowo wytyczonymi celami. I stało się. Po czterech miesiącach stanęłam na starcie maratonu krakowskiego, a po kilku godzinach od jego startu na podium. Ciężko opisać moje zadowolenie, zaskoczenie i entuzjazm. Pamiętam dobrze jedną myśl. Chciałam przeżyć to ponownie. Powiem więcej, móc stanąć na wyższym stopniu podium, w trudniejszym wyścigu ze świadomością ciężkiej pracy, jaka się kryje za tą chwilą szczęścia.
W zeszłym roku zaplanowaliśmy wspólnie wstępny kalendarz startów. Postanowiłam wziąć udział w całym cyklu maratonów, co staram się realizować. Jednak to wciąż było za mało. Brakowało w tym wszystkim imprezy, która wyróżniałaby się szczególnie na tle innych. Znalazłam coś dla siebie - TransCarpatia.
15 sierpień
Do startu pozostało jeszcze kilka dni, jednak już teraz czuć narastający poziom adrenaliny. Nie obawiam się ciężkiej trasy, trudnych warunków atmosferycznych, bólu zmęczonych mięśni czy otartej pupy. Świadomie podjęłam decyzję, a niedawno zakończony BikeChallege ujawnił prawdę o wyścigach wieloetapowych. Jedziemy tam by zmierzyć się z trasą, by pokonać słabości własnego organizmu i po siedmiu dniach rywalizacji stanąć na podium w klasyfikacji mixtów.
Po maratonie w Danielkach Michał się przeziębił, infekcja przerodziła się w zapalenie górnych dróg oddechowych i nie obyło się bez antybiotyku. Później mnie dopadła choroba. W tygodniu, w którym rozpoczynał się maraton, nasz start stał pod znakiem zapytania, głowy mieliśmy spuszczone, a spokoju nie dawała nam kwestia ewentualnej formy lub jej brak. Ja na szczęście, mimo przeziębienia, czułam się bardzo dobrze. Dość chaotyczne treningi układane pod dyktando pracy i studiów pozwoliły przygotować szczyt formy w odpowiednim momencie.
17 sierpień
Ponieważ wybraliśmy pakiet bez jedzenia nadszedł czas zakupów. Na naszą decyzję złożyło się kilka spraw, przede wszystkim chcieliśmy być niezależni od ustalonego przez organizatora harmonogramu posiłków i móc ułożyć własne menu na najbliższy tydzień. Specjalnie na wyjazd kupiliśmy palnik gazowy z kartuszem i garnek do gotowania. Wielkość zapasów wprawiła nas w lekkie zdumienie. Jak się późnej okazało to tylko cześć z wielu kilogramów rzeczy, które musieliśmy ze sobą zabrać.
Jedzenie trzymaliśmy w torbie termicznej. Początkowo ważyła ponad 15kg! Zapasy makaronu, dżemów, miodu, przecierów owocowych, mleka, sosów do spaghetti, serków i cała masa innych rzeczy. I my to mamy wszystko zjeść? Prawdę powiedziawszy nie dość, że to zjedliśmy to jeszcze kupowaliśmy jedzenie na miejscu.
Nasze menu było dość schematyczne. Rano bułki z dżemem, miodem lub serkiem białym. Czasami udało nam się kupić ciasto drożdżowe z owocami, co było wręcz rarytasem. Przed samym startem batonik energetyczny lub banan i na rower. Podczas jazdy żywiliśmy się praktycznie tylko żelkami, a na bufetach korzystaliśmy głównie z izotoników. Codziennym rytuałem stało się picie napoju regeneracyjnego z mlekiem i jedzenie batonika recovery, zaraz po przejeździe na metę. Zazwyczaj wypaprani błotem w mokrych ciuchach siedzieliśmy na trawie i popijając z bidonu koktajl mówiliśmy „pij mleko będziesz zigał”. Po południu standardowo porcja makaronu z sosem. Te na szczęście kupiliśmy w różnych smakach, a to kurczak z curry, a to pomidorowy, innym razem słodko-kwaśny czy neapolitański. Ostatnim rzutem na taśmę spakowaliśmy białą ceratkę, która przez cały wyścig służyła nam jako obrus. W tych iście spartańskich warunkach potrafiliśmy urządzić wraz z ekipą Bikeboardu i Krową prawdziwy piknik na trawie. Ciepła herbata z cytryną, bakalie, ciastka, stos map rowerowych, niekończące się opowieści o sprzęcie i przeżytych przygodach. Wtedy tak właściwie zapominaliśmy, że jesteśmy na maratonie. Kolacje były dość urozmaicone. Poza pieczywem z serkami i pomidorami, jedliśmy ryż z jabłkami, kuskus z Frutelką, kisiele, owoce czy kotlety z sałatkami u pana Blańdy w Krynicy ;)
18 sierpień
Dzień pakowania, a właściwie noc. Rzeczy, które pęczniały w tempie logarytmicznym i nie chciały się same spakować. Żele, batony, izotonik i recovery zapakowany w foliowe woreczki strunowe niczym porcjowana amfetamina. Lekarstwa, apteczka, śpiwory, materace, zapasowe części do roweru, kosmetyki. Tego już było mnóstwo, a gdzie ubrania? Optymalną wersją było zabranie 7 kompletów ubrań rowerowych. Pewnie niektórzy spytają po co albo skąd tyle wziąć. Odpowiedź jest prosta. Na TC brakuje czasu i chęci na pranie, a rzeczy nie chcą schnąć, bo jest albo zimno albo wilgotno albo pada deszcz albo... Do tego jeszcze wypadałoby przewidzieć każde warunki pogodowe czyli pakujemy kurtkę i spodnie przeciwdeszczowe, nogawki, rękawki, rękawiczki z długimi palcami. Polary, spodnie, buty, bielizna, koszulki i obowiązkowo czapka na głowę. Czasami obserwując z boku nasze przygotowania dochodzę do wniosku, że chyba łatwiej wyjechać z małym dzieckiem na wakacje. Skończyliśmy około 1 w nocy. W sumie prawie 100kg bagażu, na szczęście cześć zostaje u rodziców Michała w aucie i przyjedzie do nas w trakcie wyścigu. Ten dzień był już dla nas pierwszym etapem wielodniowego maratonu.
19 sierpień
Wyjeżdżamy z Krakowa. Dwie godziny jazdy to czas maksymalny jaki jestem w stanie znieść w bezczynności. Potem zaczynam się wiercić, kręcić i denerwuje mnie fakt marnowania czasu. Stajemy na małe co nieco i herbatę. Po drodze zabieramy mamę Michała z sanatorium w Iwoniczu, w Sanoku u Szwejka zjadamy pizzę i trochę straszymy ludzi jeżdżąc na rowerach po deptaku. Dojeżdżając do Ustrzyk mijamy rowerzystów z numerkami na plecach. Po krótkim namyśle okazuje się, że to uczestnicy rozgrywanego właśnie Imagisu. Jadą ze Świnoujścia. Jeden z uczestników startował później w TransCarpatii. A jednak istnieją ludzie niezniszczalni. W Ustrzykach mamy zarezerwowany hotel. Zostawiamy rzeczy, przebieramy się w ubrania rowerowe, jedziemy do biura zawodów, a potem na lekki trening. Długie bieszczadzkie szosy, lasy wokół i piękna pogoda. Czuć w powietrzu zapowiedź niesamowitej przygody, która już niedługo się rozpocznie.
Mamy czipy, numery startowe i zapłaciliśmy ubezpieczenie (obyśmy nie musieli z niego korzystać). Wieczorem oficjalne otwarcie TransCarpatii i pierwsza odprawa. Tłum ludzi z trudem mieści się w sali. Wszyscy z ciekawością oglądają pierwsze mapy. Słychać głosy o ewentualnych możliwościach modyfikacji trasy. Jak się okazuje nawigacja będzie niezbędnym elementem późniejszej walki z trasą. Marcin Rygielski długo mówi, a właściwie straszy i ostrzega, o niebezpieczeństwach na trasie, zdradliwych warunkach atmosferycznych, wypadkach, konieczności posiadania apteczki. Co chwilę ktoś wybucha śmiechem lub popada w zdumienie. Mimo dość luźnej atmosfery panującej tego dnia, gdzieś w głębi zaczynamy zdawać sobie sprawę, że nie przyjechaliśmy na niedzielną wycieczkę. Każdy kto dojedzie do mety będzie zwycięzcą. Ale to stwierdzenie piszę teraz, z perspektywy czasu i przez pryzmat doświadczeń.
Pasta Party czyli porcyjka makaronu z niewidocznym sosem to zdecydowanie za mało jak na kolacje przed pierwszym etapem. Wieczorem udaje nam się kupić pyszne ciasto cytrynowe i kilka bananów. Znikają w tempie błyskawicznym. W hotelu oglądamy uważnie mapę. Postanowiliśmy nie modyfikować sugerowanej trasy, wydaje się być optymalna. Najpierw pojedziemy terenem, pierwszy punkt kontrolny usytuowany jest zbyt blisko – będą korki, niebieskim szlakiem do bufetu, po prawej Jezioro Solińskie, a później asfalty i szutry. Tak w skrócie wyglądała nasza analiza mapy. Jeszcze tylko pomiar odległości za pomocą krzywomierza i naniesienie notatek na mapę. Tą czynność będziemy powtarzać przed kolejne dni. Co nas naprawdę czeka na trasie dowiemy się jutro.