Utwierdzała mnie w tym przekonaniu lektura Mountainbike Action, w którym co chwila pojawiały się testy tak egzotycznych marek jak Ellsworth, czy Norco. Dlatego nie zastanawiałem się ani sekundy, kiedy Andrzej – właściciel zaprzyjaźnionego sklepu rowerowego - zaproponował mi wspólny wyjazd na największe, oprócz Mediolanu, targi rowerowe EUROBIKE. Rzut okiem na mapę Europy tylko zwiększył mój zapał, gdyż jednym z przystanków na trasie naszej wyprawy miało być Monachium. To właśnie w stolicy Bawarii, tańcząc w 50 stopniowym upale, wokół grilla w McDonaldzie, zarobiłem na swój pierwszy rower. Żal było wtedy 8 czy 10 marek, wrzucanych skrupulatnie do skarbonki z napisem „akademik”, na piwko na Marien Platzu. Po głowie nie raz, nie dwa, kołatała się myśl „kiedyś, jak człowiek, siądę sobie w ogródku, zjem śniadanko, wypiję piweczko".
Myśl o zimnym piwie i możliwości oddania kierownicy w ręce Marcela podtrzymywała mnie na duchu podczas 10-godzinnej jazdy w kierunku Jeziora Bodeńskiego. Nic zatem dziwnego, że pierwsze kroki, po zaparkowaniu samochodu, skierowaliśmy właśnie na Marien Platz. Siedząc wygodnie w kawiarnianym ogródku, z pełnymi brzuszkami i popijając zimne piwko, oddaliśmy się przyjemności obserwowania tubylców. Nie trzeba było długo czekać na pojawienie się pierwszego przedstawiciela licznej, w tym mieście, kasty kurierów rowerowych. Nie wzbudził by naszego zbytniego zainteresowania, gdyby nie fakt, że kilka chwil wcześniej, szukając parkingu, widzieliśmy wspaniały sprint w jego wykonaniu, powodowany pogonią rozwścieczonego taksówkarza, trzymającego w dłoni resztki lewego lusterka.
Zjawisko to było o tyle dziwne, że Monachium jest miejscem przyjaznym dwóm kółkom. Rower jest powszechnym środkiem transportu, a rowerzyści i kierowcy samochodów wydają się żyć w pełnej symbiozie. Ilość rowerzystów i mnogość ścieżek rowerowych zawsze wzbudzała mą zazdrość. Choć nie, ... uczucie zazdrości zarezerwowałbym dla widoku wypasionego Kleina przykutego, do słupa pod stacją metra, cieniutką, stalową lineczką, z nowiusieńkim licznikiem pobłyskującym na kierownicy, który stał tam w oczekiwaniu na swojego właściciela, zarówno rano, kiedy szliśmy na śniadanie i kilka godzin później, kiedy wracaliśmy na parking. Niestety w Krakowie, po 30 sekundach musiałby się przyzwyczajać do nowego właściciela. Ale nic... - porzućmy ten smutny ton, w nadziei, że kiedyś nie będziemy musieli kurczowo trzymać naszych rowerów wchodząc do sklepu po nową dętkę.
A propos swobodnie zaparkowanych rowerów. Moją niezmierną ciekawość wzbudzały, pojawiające się co jakiś czas na parkingach, srebrne maszyny oznaczone DB. Przy bliższym poznaniu okazały się być bezobsługową wypożyczalnią rowerów. Wystarczy karta kredytowa i telefon, aby stać się rowerzystą w obcym mieście. Co ciekawe, niepotrzebnego rumaka można porzucić przy najbliższej, celowi naszej podróży, stacji metra. Cena takiej przyjemności to 0,06 € za minutę lub 15,00 € za dobę.
Po długim spacerze, pysznej tajskiej zupie i sushi, podanych nam przez czeskiego studenta, który notabene okazał się być zapalonym freeride’owcem, zapakowaliśmy się do naszego samochodu i pognaliśmy, w stronę Friedrichshafen. Hotelik w Bad Coś Tam okazał się być całkiem przyjemny, a jego niezaprzeczalną zaletą była bliskość miejscowej restauracji, do której, po szybkiej kąpieli, udaliśmy się zaspokoić nasze pragnienie. Widać ogólna wesołość panująca w towarzystwie i odmienna nuta języka wzbudziły zainteresowanie szefa kuchni a zarazem właściciela knajpy, bo zanim się zorientowaliśmy na stole pojawiła się wódka z gruszek, a do stołu dosiedli się szef i kumpel szefa – pijany akordeonista. Skończyło się, żeby oszczędzić Wam szczegółów, na „W stepie szerokim ....” granym na niemieckim akordeonie i toastach za „alle deutche Frauen”.Porankowi towarzyszył lekki ból głowy, który ustąpił jednak miejsca radości na widok olbrzymiej hali wystawowej obiecującej mnogość wszelkiego rodzaju pojazdów dwukołowych, napędzanych siłą mięśni. Rejestracja na recepcji, 19 € za dwudniowy bilet wstępu, błyskawicznie pokonane 100 metrów do wejścia i ...
stoisko SHIMANO, a w zasadzie Paula Lange - dystrybutora tejże marki na rynek niemiecki, czeski, słoweński i Bóg wie jeszcze jaki. Było wszystko: i szosa, i góry - tyle, że ... nic nowego. No prawie nic, bo niemały zachwyt wzbudził rowerek do freeride’u ubrany, od tylnej piasty po klamko-manetki, w grupę HONE. Cmokalibyśmy nad nim przez cały dzień, gdyby nie Paweł, który poganiał nas z tyłu grożąc, że poruszając się w tym tempie nic więcej nie zobaczymy.

Przeszliśmy trzy kroki i utknęliśmy na stoisku LIGHTNESS. Podnosząc po kolei rozmieszczone tam karbonowe komponenty – siodełka, koła korby, tarcze do hamulców (?!?), nabrałem przekonania, że gdyby zebrać całą kolekcję składającą się, lekko licząc, z setki produktów i umieścić ją na jednej szali wagi, a mój całkiem chudy rowerek na drugiej, to nie miałby biedaczek żadnych szans na zwycięstwo.
Aluminium, odzyskało jednak trochę blasku na stoisku TUNE’a. Tu włókna węglowe nie miały wstępu, a mimo to waga nadal pozostawała niska. Sama za siebie mówi tylna piasta przystosowana do montażu tarczy - 162g TUNE’a w konfrontacji z 310g SHIMANO XTR nie pozostawiały grama (;-) wątpliwości, kto wyszedł zwycięsko z tej nierównej walki. Miłośników anoreksji w wydaniu rowerowym zachwycić mogła, także ekspozycja DT SWISS, wszystko lekkie i wytrzymałe, choć bez estetycznych szaleństw TUNE’a.
Traktując szosę jedynie jako treningową konieczność, nie mogłem pojąć zachwytu moich kolegów, który objawiał się cichym westchnieniem i bańkami śliny w kącikach ust, za każdym razem, gdy wkraczaliśmy w świat czarnej wstęgi. Obłędny wzrok i gęsia skórka pojawiająca się na rękach Marcela z chwilą ujrzenia cienkich gumek PINARELLO, CINELLI czy BIANCHI, była w moim mniemaniu objawem fetyszyzmu. Do czasu...
Spotkanie sam na sam z piękną De ROSĄ pozostawiło głęboką rysę w mojej psychice! Choć do chwili wspomnianej konfrontacji moje plany, dotyczące zakupu zimowego roweru treningowego, ograniczały się do najniższego modelu Author’a, to subtelne rurki, (...), rureczki Różyczki (bo przecież będę mógł tak do niej mówić!), nie pozostawiły cienia nadziei i tak już nadwerężonemu portfelowi.Z obłędu wyrwał mnie głos MANITOU obiecujący odpowiedź na nurtujące mnie od małego pytanie „a cóż to jest w środku tej zabaweczki?!?” W ramach rehabilitacji i powrotu do korzeni pozwolono mi zajrzeć do wnętrza komponentu, który chyba najlepiej określa charakter górskiego roweru – do amortyzowanego widelca. Ponaciskałem, poodkręcałem, postukałem sobie do woli, będąc jednocześnie bombardowany informacją techniczną, która wzbudziła we mnie głęboki żal, że zamiast budowy maszyn na politechnice wybrałem ekonomię.



MERIDĘ ominąłem szerokim łukiem, aby uchronić swoje oczy przed światłem odbitym (wszyscy mat, a oni dalej połysk), zatrzymując się jedynie przy olimpijskim kurzu na rowerze Gunn Rity Dahle. Niedługo potem zjawisko to stało się nudne, bo co stoisko producenta rowerów, to czyjś zakurzony rower. Żadnych ludzi z krwi i kości. No może za wyjątkiem Johna Tomaca, który podpisał mi plakat na ekspozycji z oponami KENDA i przesympatycznego, odpowiadającego na wszystkie ukłony Gary`ego Fishera. Marcel z pewnych względów tulił rower na stoisku VDO, ale o tym innym razem.
Tuż po tych przytulankach, ucięliśmy sobie przerwę obiadową. Wpychaniu kotleta, na przemian z piwkiem, towarzyszyła obserwacja trialowców z UNIVEGI, szalonych kajtków uprawiających dirt i lekko zakręconych kolesi na BMX’ach.

Potem nastąpiła długa seria kolarstwa stosowanego – cruisery, trójkołówki, czterokołówki, z których najbardziej do gustu przypadł mi składany rower miejski.
Przez stoiska CANONDALE’a, SCOTTa czy SPECIALIZEDa przeszliśmy jak burza. Żadnych szczególnych zmian, wszystko można zobaczyć w domu. Dopiero biało czerwony AMX ROCKY MOUNTAIN przewiał chmury z mojego oblicza. Tym razem dreszcze i ślinotok stały się moim udziałem. Z transu wyrwał mnie jednostajny stukot dochodzący z krańca hali, to CANYON prezentował środowisko, w jakim jego ramy poddawane są testom wytrzymałościowym. Masywne, hydrauliczne ramiona wprowadzały w drgania ramę do XC, próbowały ją rozciągnąć statycznie i dynamicznie i tak bez przerwy przez 96 godzin.
Zmęczeni, dotarliśmy do ostatniej hali na stoisko STEPPENWOLFA, graniczące bezpośrednio z CONTINETAL’em. Niemieckie rowery to piękna linia XC i freeride. Continentala nie muszę chyba nikomu przedstawiać. Mariaż tych dwóch firm okazał się być zbawczy dla wszystkich szukających wytchnienia. Zamiast katalogu produktów dostaliśmy po zimnym piweczku Continental, a cierpiącym na chorobę bezalkoholową wręczono AfroColę. Budżet imprezy musiał być spory bo nieprzerwana rzeka piwa i coli płynęła aż do 23. Ach co to były za rozmowy, a jakie widoki...

Wrażeń i obserwacji starczyłoby na drugą opowieść, ale nie chcąc zanudzać czytelników, spieszę donieść, że jedyną, ale za tą godną, reprezentacją naszego rodzimego przemysłu rowerowego były ramy krakowskiego DUNCONU. Chylę czoła przed determinacją i konsekwencją działania.
Za rok Mediolan. Już się boję, bo od wyjazdu z Friedrichshafen szuram szczęką po chodniku.
PS.
Ostatnie zdjęcie dedykuję wszystkim, którzy siedząc w pracy, za biurkiem snują marzenia o wolności i swobodzie działania w przemyśle rowerowym.