Shimano Można Japończyków lubić albo też nienawidzić, ale przyznać trzeba, że znają się na robocie, jak mało kto. Dwie najważniejsze premiery targowe dotyczyły produktów Shimano właśnie. Niedoceniany, póki co, Dura-Ace w wersji elektronicznej, to prawdziwa przyszłość napędu - wystarczy się na nim przejechać, by dojść do podobnych wniosków. Japończycy wyciągnęli wnioski z porażek Mavika, sami testowali zaś sprzęt przez kilka lat, zanim pokazali go publiczności. To może się wydawać dziwne, ale elektronika działa szybciej i dokładniej, niż jest to w stanie zrobić człowiek. Naprawdę. Drobne wady, w stylu problemów z sięgnięciem do przycisków w niektórych chwytach kierownicy, zostaną zapewne szybko wyeliminowane. Zupełnie inna sprawa to fakt, czy ludzie to kupią. A wy jak sądzicie, chcielibyście mieć rower „pod prądem”? Druga nowość to Yumeya, czyli gadżety służące do tuningu XTRa. Shimano - lepiej późno niż wcale - doceniło potencjał tkwiący w tuningu. I znów zrobiło to w brawurowy sposób, oferując sprzęt na najwyższym poziomie, kompatybilny w 100%. Co nie mówić, o niektórych lekkich wynalazkach niektórych firm, mają one istotne problemy z działaniem.
SLX
O dziwo poprzedni akapit nie zakończył tematu Shimano, a to za sprawą SLXa. Z jednej strony firma zadbała o tych, którzy mają za dużo pieniędzy, dopieszczając ich elektroniką i gadżetami, a z drugiej wypuściła grupę, która skazana jest na bycie przebojem dla normalnych ludzi. Potencjał SLXa dostrzegli natychmiast producenci rowerów, wyposażając w niego bardzo wiele modeli. Korba i hamulce to mocne punkty wyposażenia, niemal obowiązkowe, wystarczy dołożyć manetki XT i przerzutkę tylną, by mieć sprzęt nie do zniszczenia. To wszystko za niewygórowaną cenę, a cała technika ze sprzętu o klasę wyższego i droższego. Shimano myśli i wyciąga wnioski, a teraz zamierza swoją zmyślność spieniężyć. I założę się, że Japończykom się uda.
Mała czasówka, czy na tor?
OK, teraz będzie w końcu o innych, choć na większe rozpisanie się przyjdzie czas innym razem. Wygląda na to, że firmom brakuje trochę pomysłow oryginalnych, w jaki sposób zaskoczyć potencjalnych klientów, przynajmniej jeśli chodzi o rowery. Dlatego też wyżywały się na dwa podstawowe sposoby, konstruując bądź to dizajnerskie singlespeedy, najchętniej na ostrym kole, bądź to czasówki. Nieważne, że ich walory użytkowe równają się wyczynowej taczce do freestyle’u, ale za to pokazują co jest możliwe. W przypadku czasówek mogli wykazać się konstruktorzy i specjaliści od karbonu, w singlach styliści. Jeździć się na nich bez narażania życia nie da, ale za to jak wyglądają.
Rewolucja trochę przereklamowana
Tak naprawdę ważne rzeczy dzieją się gdzie indziej, na pewno też nie na podwórku Campagnolo, które dodając 11 zębatkę do trybu tylko rozpętało wojnę kompatybilności. Nie zamaskuje tego morze karbonu. Ciekawszy jest Truvativ Hammerschmidt, jeśli rozwiązanie samo w sobie nie jest kosmicznie oryginalne. Dwa biegi w przekładni planetarnej zamiast przedniej przerzutki otwierają nowe możliwości dla konstruktorów ram - niepotrzebna jest np. środkowa rura ramy. Ciekawe gdzie w tej sytuacji powędruje tłumik? Pierwsza wersja Schmitiego dopiero zapowiada przyszłe warianty. Nawiasem mówiąc Bionicon i g-boxx przedstawiły bardzo zbliżone konstrukcje. Osobiście bardziej podobały mi się niespodzianki takie jak kask Sine Thesis Meta z chłodzącym żelem, czy liczniki O-range, które dzięki modularnej konstrukcji można rozbudowywać o nowe funkcje. Może jeszcze rower firmy Muff, który dzięki owalnej główce sterowej pozwala na regulację rozstawu kół i kąta wyprzedzenia widelca. I pompka CO2Go Pro, gdzie nabój z gazem służy jako rączka pompki. Tylko tyle, i aż tyle.
Foto: arch. bikeWorld.pl















