Targi Rowery 2008, czyli lepszy rydz niż nic

Drukuj

Kilka dni zastanawiałem się, w jaki ton uderzyć, pisząc o Targach Rowery 2008, jakie odbyły się w ostatni weekend w Warszawie.

Buty zamoczone przedzieraniem się przez parking wyschły, tym samym łaskawszym okiem spojrzałem na wystawę, która póki co na dumne miano targów jeszcze nie zasłużyła. Jednocześnie jednak nie da się nie zauważyć, że i tak jest lepiej niż w latach ubiegłych.

 

Kup pan rower


Dlaczego nazywam imprezę wystawą? Bo nie ma ani jednego argumentu, poza nazwą, za tym, że jest targami. Ktokolwiek był na prawdziwych targach - niestety nie w Polsce - ten wie, że podobne miano w tym przypadku jest nieporozumieniem. Targi powinny być miejscem, gdzie spotykają się handlowcy, zawiera się umowy, rozmawia o interesach. A o czym można rozmawiać wczesną wiosną, gdy zamówienia zostały złożone pół roku wcześniej. Targi odbywają się jesienią, tak by dać szanse zapoznania się z ofertą i czas na wybór. Wiosną można pokazać tylko to, co już się ma i co i tak już jest w sklepach. Identycznie zresztą imprezę potraktowali w większości wystawcy, pośród nich nie brak było sklepów, a znane marki reprezentowane były poprzez regionalnych handlowców. Wygląda na to, że z problemu „dziwności” terminu powoli zaczyna sobie zdawać także sprawę i organiztor, który coraz częściej mówi o targach konsumenckich. Jakby jednak nie było, jest to dziś jedyna impreza w niemal 40-milionowym kraju, gdzie można w jednym miejscu zobaczyć to, co oferuje większość dystrybutorów. Fakt, że cała wspomniana oferta mieści się pod jednym dachem, także daje do myślenia. A że organizator ma problemy z rozreklamowaniem własnej imprezy (siermiężna strona, brak informacji w mediach), oznakowaniem dojazdów i parkigami wokół, to już zupełnie inna sprawa. Tu również jest jeszcze nad czym popracować. Albo inaczej. Błagam, niech ktoś zrobi targi na jesieni, w miejscu, które nie będzie straszyć i przy okazji nie wyznacza dla wystawców ceny za metr ekspozycji wyższej niż w Niemczech. Inaczej wszyscy będziemy spotykać się na Eurobike we Friedrichshafen, a klienci znajdą co chcą w necie.

 

 

 

 

Warto było?


Impreza była dwudniowa, równoległe targi kosmetyczne spowodowały, że można było odnieść wrażenie, że odwiedzają ją tłumy. Tłumów może nie było, ale ludzi dużo. Naprawdę zainteresowanych nie przestaraszyła nawet suma 15 złotych za bilet i stwierdzić muszę, że z kilku powodów było warto. Najważniejsza chyba rzecz, dla mnie osobiście, to fakt, że imprezę wykorzystały polskie firmy by zaprezentować kilka nowości. Kross pokazał nowy rower na kołach 29-calowych Big Wheel, tym razem z normalnym napędem i amortyzacją, w przeciwieństwie do modelu Unplugged. Także Big Wheel zbudowany został na stalowej ramie i należy do grupy Limited Edition, co oznacza tyle, że jest produkowany w ograniczonych ilościach. Ze względu na to, że konstrukcja od razu wygląda na dopracowaną, wróżę mu sukces. Mimo wszystko inaczej chyba będzie z modelem Crime, który miał stanowić ukoronowanie kolekcji w tym sezonie. Ten sprzęt typu all mountain nie zachwyca, brak mu wykończenia. Za to full F7 jest niedocenianą perałką, bo ta maszyna do maratonu waży naprawdę tylko 12,2 kg w rozmiarze 17 cali. Podobnym zaskoczeniem były dwa prototypy na stoisku Zasada-Rowery, oznaczone jako Highlander 501. Jeden na SRAMie, drugi na Shimano, niestety obydwa niedostępne w sprzedaży, stanowiły przykład tego, co potrafi zrobić marka Maxim. Obydwa też były wcześnie wystawiane w Niemczech i teoretycznie tam mają być sprzedawane. Ostatni wreszcie polski akcent to prototyp Disco Volante Jana Karpiela, nowej wersji ramy, jakiej używał między innymi szalony Bender. Janek wrócił do Polski i Zakopanego i bierze się ostro do pracy, efekty już widać. Jak się dowiedziałem tradycyjnie firma będzie produkować wyłącznie sprzęt zjazdowy i slopestyle.

 

 

A inni?

Wszystko już było, chciałoby się powiedzieć, bo rowery, jakie wystawiono na... wystawie, prezentowaliśmy już wam dawno na stronach bW, pisząc o nowościach 2008. Kto nie widział ich wcześniej, mógł dotknąć Specializeda, Scotta, Gianta, Ghosta, Kony, Treka, itp. itd. Czasami można było się poczuć tylko lekko zgubiony, bo wiele marek było wystawianych przez nowych dystrybutorów, w ten sposób skończył się eksperyment Ski Teamu z ekstremalnymi wyprzedażami. Pod skrzydłami firmy dziś nazywającej się Rea Sport pozostał Cube, a Gary Fisher, Lemond i Specialized trafiły pod inne skrzydła. Kona nawet pod wiele, bo będzie sprzedawana przez sklepy i zamawiana bezpośrednio z centrali. Na wystawie za to dało się zauważyć inny ciekawy trend, otóż to nie górale odgrywały najważniejszą rolę. Najbardziej zauważalne stoiska miały firmy takie jak Gazelle, Sparta czy Electra, rowery miejskie i turystyczne spotkać można było jednak też w wielu innych zakamarkach, choćby u Kettlera czy Gianta. Dobre wrażenie zrobiły na mnie rowery miejskie Accenta, które produkowane są wprawdzie na Tajwanie, ale ich wygląd projektują Polacy. Nieźle wyglądał również Hercules na piaście z bezstopniową przekładnią NuVinci, firma generalnie od niedawna dopiero jest obecna w naszym pięknym kraju. Przygotowała przy okazji pewną niespodziankę, czyli rowery Hai, które już wkrótce będzie można kupić w sklepach. Na koniec dodam tylko, że na targach, podobnie jak na ulicach, gdzie widuje się je coraz częśćiej, zaznaczyły swoją obecność składaki, w postaci stoisk Dahona i Stridy. W tym drugim przypadku mamy do czynienia z metaowym trójkątem z doczepionymi kołami i kierownicą, ale o dziwo rzecz jeżdzi całkiem sprawnie. Coś jeszcze? Osobiście najbardziej podobał mi się Duratec i model Heroine. Ale to już temat na zupełnie inną opowieść.

 

 

 


Info: rowery2008.pl

Obserwuj nas w Google News

Subskrybuj