Byłem na Baltic Cycle! Co to takiego, zapytacie? To organizowana od kilku lat międzynarodowa wyprawa rowerowa, której trasy przebiegają przez dawne ziemie Rzeczypospolitej a obecnie niezależne republiki: Litwę, Łotwę i Estonię. Wyprawy są dziełem litewskiej organizacji rowerowej DU RATAI (Dwa Kółka). Tegoroczną nowością była jedna z tras Baltic Cycle biegnąca z Warszawy do Wilna. Współorganizatorem odpowiedzialnym za polską część trasy było Stowarzyszenie Podróżników CROTOS przy współpracy z PTTK Suwałki. Wyprawa trwała od 2 do 17 sierpnia, ale jeżeli nie dysponowało się dwoma tygodniami na jedną imprezę, można było dołączyć się na jakiś krótszy odcinek, z czego skorzystało minimum kilkunastu uczestników. W rajdzie wzięło udział około 160 osób z szesnastu krajów. Największe grupy stanowili Litwini, Polacy, Niemcy i Włosi, byli też Austriacy, Łotysze, Anglicy, Turek a nawet mieszkańcy tak egzotycznych dla nas krajów jak Australia czy Japonia.Organizatorzy zapewniali serwis techniczny (samochód z mechanikiem, który pomagał w przypadku problemów z rowerem – głównie na miejscach noclegów), transport bagaży na trasie, pola namiotowe, pomoc medyczną oraz autokar powrotny z Wilna do Warszawy dla uczestników oraz ich bagażu i rowerów. Część osób woziła jednak codziennie cały swój ekwipunek w przepastnych sakwach – są jeszcze prawdziwi turyści na tym świecie ;)
Rowery i wyposażenie to pełne spektrum klas, cen i modeli. Więcej o tym będzie w którymś następnym odcinku relacji. Generalnie Polacy i Włosi jechali głównie na rowerach górskich, Niemcy, Austriacy i Litwini na trekkingach, było kilka szosówek, dwóch Niemców podróżowało na krótkich rowerach poziomych.
Nocowaliśmy pod namiotami, ale była także możliwość wcześniejszego wynajęcia domków kempingowych lub pokoi w gospodarstwach agroturystycznych na niektóre noclegi, z czego korzystali głównie Niemcy.
Dzienne odcinki były krótkie - wynosiły od 40 do prawie 100km. Codziennie otrzymywaliśmy materiały informacyjne z opisem trasy odcinka dziennego, miejscami godnymi zwiedzania, itp. Część tras miała kilka wariantów, niektóre sami modyfikowaliśmy.
Trasa przebiegała różnymi drogami o zróżnicowanych nawierzchniach - niektóre z nich „zasłużyły” na dokładniejsze opisy.
Oczywiście nie jechaliśmy całym, ponad stupięćdziesięcioosobowym „peletonem” – w sposób naturalny powstawały różne grupki, które jechały własnym tempem i często trzymały się razem aż do końca wyjazdu.
Dzień „0”.
Wszystko zaczęło się w sobotę, 2. sierpnia. Do Warszawy przyjechał autokar z Litwinami, przyjechali uczestnicy z innych miejsc Polski i z zagranicy. Miejscem spotkania całej grupy i pierwszego noclegu był stadion przy ul. Podskarbińskiej. Stamtąd wszyscy wyjechali późnym popołudniem pod Kolumnę Zygmunta, skąd miała się rozpocząć rowerowa wycieczka po Warszawie.
Zagadałem się trochę z Bartkiem – jednym z organizatorów, i zanim się obejrzałem, po wielkiej grupie rowerzystów nie było śladu. Żaden problem – drogę doskonale znam, szkoda, że trzeba jechać przez Pragę pomiędzy samochodami. Dogania mnie dwoje spóźnionych Litwinów, więc zostaję ich przewodnikiem. Bardzo się im podoba panorama starej Warszawy widzianej z mostu Śląsko – Dąbrowskiego. Dojeżdżamy na Plac Zamkowy pod kolumnę – kolorowy tłum rowerzystów jak przed Masą Krytyczną. Wkrótce pojawia się przewodnik i rozpoczyna się zwiedzanie. Z wycieczki się „zwolniłem po angielsku”, bo miałem jeszcze dużo przygotowań, ale jak słyszałem, przewodnik pokazał naszym gościom niezły kawał miasta – głównie Starówkę, Trakt Królewski a nawet Wilanów.
I nastał poranek, dzień pierwszy.
3. sierpnia, w niedzielę rano pojawiam się na stadionie. Wszędzie krzątanina, kończone śniadania, składanie namiotów, pakowanie bagaży do samochodu. Część osób będzie jechała z sakwami. Mam rower, namiot i gigantyczny plecak z rzeczami dla dwóch osób. Do tego plecaczek z camelbakiem i podręcznymi rzeczami. Siostra mnie odprowadza – zapomniałem napełnić bidony, więc jeszcze krótki wypad do sklepu i załatwienie ostatnich formalności z organizatorami. Właśnie dzisiaj rano, jak na złość, na Flight Decku pojawił się migający sygnał „Low Batt”, więc do jutra muszę gdzieś kupić baterię i przypomnieć sobie, jak programuje się ten licznik. Może siostra wyśle mi mailem PDFa z instrukcją i odbiorę go w jakiejś kawiarence internetowej?
Jest jakaś drobna obsuwa organizacyjna – nalepki na bagaże są wydrukowane, ale nie zostały jeszcze pocięte, dostaniemy je potem, więc bagaże lądują w samochodzie, który je będzie transportował na razie bez nalepek. Pokrowiec namiotu i plecak jeszcze w domu oznakowałem pomarańczową taśmą samoprzylepną, aby łatwiej było je rozpoznać pomiędzy rzeczami 150-ciu osób. Dostajemy bambusowe patyczki i kawałki materiału z nadrukowanym obustronnie logo Baltic Cycle, z których przy pomocy zszywaczy biurowych robimy małe chorągiewki. Nalepkę Baltic Cycle 2003 naklejam na górną rurę ramy. Mapę dzisiejszego odcinka chowam do plecaczka. Na pewno się nie przyda, bo pierwszego dnia ”na bank” będziemy jechać całą grupą, ale zachowam ją na pamiątkę – myślę.
OK, jestem gotowy. Teraz jest czas na nawiązywanie znajomości. (Ten wyjazd to dla mnie coś nowego – zawsze dotychczas jeździliśmy w grupie dobrych znajomych. Teraz wyjeżdżam samojeden z moim Cannondalem, a w połowie trasy, w Augustowie, ma dołączyć siostra).
Pierwsza okazja rodzi się sama. Widzę, że w tylnym kole nie mam powietrza, a jeszcze nawet nie wyjechałem! Zdejmuję koło i wyciągam łatki. Obok mnie Polak z trekkingiem ma ten sam problem. Ma łatki schowane gdzieś głęboko, więc daję mu jedną z kompletu i za chwile (dwie) nasze rowery są gotowe do jazdy. Jurek ma teorię, w którym miejscu i czym mógł przebić oponę, dla mnie pozostanie to tajemnicą. Na stadionie jakaś telewizja robi wywiad z organizatorami. Jak się okazało, gdy zadzwoniłem do siostry pod koniec dnia, byliśmy „gwiazdami telewizji” - kamera ciągle pokazywała nasze zmagania z dętkami a towarzyszył temu komentarz o wspaniałym zabezpieczeniu serwisowym wyprawy ;-))
Wyjazd! Pilotowana przez policję kolumna rusza. Dwie bikerki z Olsztyna – Dagmara i Gabi, które trochę zamarudziły, proszą mnie, żebym chwilę na nie zaczekał. Pożegnanie z siostrą i już jedziemy we troje. Po kolumnie ani śladu, a z prędkością, którą wyciąga nasza trójka, nie mamy szans ich dogonić. Trzeba wyjąć mapkę i pobawić się w pilota. Mapka jest bardzo nieczytelna – bardzo jasne ksero, na którym prawie nic nie widać. Na szczęście znam okolicę, więc jedziemy skrótem pustymi uliczkami, omijając ruchliwą wylotówkę na Terespol i Lublin i niedługo jesteśmy przy wiadukcie na ul. Marsa. Po drodze zgubiłem chorągiewkę – wiem gdzie, ale nie chce mi się po nią wracać. Przejeżdżamy nad torami nad linią otwocką i dalej jedziemy ul. Marsa wzdłuż terenów wojskowych w Rembertowie. Nagle trzask i Gabi staje. Okazuje się, że pękła jedna z plastikowych sprzączek od sakw. Znajduję ją przy ulicy ale jest tak uszkodzona, że nie da się jej już wykorzystać. Samochody mijają nas nie zmniejszając prędkości. Staję tak, żeby któryś matołek nie wpakował się na Gabi skupioną na sakwach. Gabi prowizorycznie zawiązuje trok i ruszamy dalej.Dojeżdżamy do przejazdu kolejowego na linii terespolskiej w Rembertowie. Mapa jest tak nieczytelna, że dalej jedziemy „na czuja” wypatrując kościoła, który gdzieś powinien być przy trasie. Żałuję, że nie wziąłem własnych map – zrezygnowałem z nich, bo przecież mieliśmy dostać dokładne opisy trasy! Mijamy kawałek ścieżki rowerowej i zjeżdżamy na rondzie koło akademii wojskowej w Rembertowie w ulicę przyległą do muru uczelni. Hurra! Teraz już wiemy na pewno - zgubiliśmy się! Ale spokojnie – „Koniec języka za przewodnika”: napotkany rowerzysta jedzie w stronę Zielonki i pokazuje nam drogę. Potem kierowca samochodu z jakiejś firmy komputerowej mówi nam jak dojechać do Kobyłki mało ruchliwą, starą szosą. W Kobyłce zatrzymujemy się przy pięknym barokowym (rokokowym, manierystycznym? – niech mnie specjaliści poprawią) kościele. Nigdy bym się nie spodziewał, że taka perełka architektoniczna, o której nie wiem, jest tak blisko Warszawy! Kościół nie jest duży, ale dwie szeroko rozstawione wieże bardzo go powiększają optycznie. Na zewnątrz, od strony prezbiterium jest piękna nisza wypełniona rzeźbami, na bocznych ścianach są freski z Drogą Krzyżową. Trwa właśnie Msza Św. (przecież jest niedziela), więc dopiero po pół godzinie zaglądamy do wnętrza. Traktuję to jako preludium do zwiedzania barokowych kościołów Wilna. I tu znowu zaskoczenie! Kościół jest trójnawowy, ale nawa główna jest znacznie krótsza od naw bocznych.
W międzyczasie Dagmara dzwoni na wyprawowy Emergency Phone, żeby zgłosić nasze „zaginięcie” i dostać wskazówki co dalej robić.
Okazuje się, że jesteśmy mistrzami nawigacji ;-) Główna grupa zgubiła gdzieś drogę, nadłożyła mnóstwo kilometrów i do miejsca, w którym my już jesteśmy dotrze dopiero za ok. pół godziny.
W tej sytuacji oglądamy dokładnie kościół i idziemy do pobliskiego sklepiku uzupełnić zapasy picia (upał jest olbrzymi).
Stopniowo zjeżdżają się ludzie z głównej grupy. Jedziemy razem. Wjeżdżamy na niezłą ścieżkę rowerową biegnącą wzdłuż drogi i nagle czuję, że tył roweru bardzo chodzi na boki. Znowu guma! Zatrzymuję się i do roboty. Byłem prawie na początku grupy, teraz mija mnie mnóstwo osób. Są bardzo troskliwi, zwalniają i pytają jaki mam problem. Tłumaczę po polsku i angielsku na przemian, że to tylko przebicie i że dziękuję za pomoc. Tak jest szybciej, ale nie do końca jest to prawda – to łatka przyklejona rano wybrzuszyła się i puściła w ten upał w jednym miejscu. Zakładam nową dętkę, szybko pompuję i niedługo mogę ruszać. Kilka kilometrów jadę sam nadrabiając straty - wyprzedzam pojedynczych rowerzystów i małe grupki. Widzę, że w małym lasku zatrzymało się kilka osób - chyba Niemcy albo Litwini? Ale nie – są dziewczęta, Jurek i kilkoro innych Polaków. Pierwsi mnie zauważyli, wołają mnie, więc dołączam do nich na krótki postój (poznaję następne osoby). Po kwadransie wskakujemy na siodełka, a po niedługim odcinku zatrzymujemy się przy wiejskim sklepie i kupujemy DUUUŻO picia. Cała grupka rusza, a ja spokojnie napełniam bidony i camelbak. Na „Cannonie” dogonię ich przecież bez najmniejszego problemu! Wskakuję na rower, pierwszy nacisk na korby i czuję jakąś blokadę. Naciskam mocniej i słyszę metaliczny dźwięk – zmełłem łańcuchem przednią przerzutkę! Sprawdzam dokładniej co się stało. OK, nie jest tragicznie – w XTRze z Differential Plate pękł ruchomy element łączący z dołu obie części prowadnika. Uczynni właściciele sklepu po półgodzinnych poszukiwaniach ratują mnie kawałkiem mosiężnego drutu, którym prowizorycznie naprawiam XTR-kę. Trochę pobrzękuje i lekko ociera o łańcuch, ale działa. Oczywiście o dynamicznych zmianach pod obciążeniem trzeba zapomnieć. Pocieszam się, że w Łomży albo najpóźniej w Augustowie na pewno kupię nową. (O Sancta Simplicitas!) Straciłem dużo czasu, więc dalsza jazda to głównie monotonne, samotne połykanie kilometrów po szutrze i asfalcie.
Na miejsce noclegu dojeżdżam, gdy już prawie wszyscy tam są. Duże domki letniskowe, a raczej kolonijne stoją w sosnowym lesie. Piaszczysty teren ogrodzonego ośrodka w Łazach pokryty jest szyszkami. Stara, dobra kawaleryjska zasada każe najpierw zadbać o konia a potem o jeźdźca, więc idę do serwisanta, ale nic nie potrafi zrobić z uszkodzoną XTR-ką, co zresztą było do przewidzenia. W końcu kto by pomyślał, że ktoś będzie miał XTR-a na wyjeździe turystycznym?
Naszym serwisantem jest Robert – sympatyczny Litwin z litewskiej firmy rowerowej Panther, która udostępniła także samochód do transportu bagaży. Rozmawiamy sobie krótko o Cannondale`ach, Robert pokazuje mi rowery, które sam skompletował, życzymy sobie wzajemnie miłego wieczoru.
Teraz trzeba odszukać rzeczy i rozbić namiot. Spotykam Jurka, który mówi, że mamy dzisiaj do wyboru namiot lub nocleg w domkach za free i jeśli chcę zaprasza do domku, w którym już są razem z Maćkiem z Krakowa i z dziewczętami.
Domek? Czemu nie? Nie chce mi się rozstawiać namiotu na szyszkach i w tym pyle. Biorę plecak i namiot i idę do domku.
Poznaję Asię – szczupłą, zgrabną i pięknie opaloną blondynkę o nienagannych manierach. Ubrana jest w białą, sportową mini i zharmonizowaną z nią bluzeczkę. Hmm – to robi wrażenie! Czyżby wreszcie powstał strój „apres bicycle” a Asia właśnie go lansuje? ;)
Domek ma dwa obszerne pokoje, oddzielone otwartym przedsionkiem. W jednym urządziły się panie, my mamy drugi. Są łóżka (z poduszkami!) i szafki. Zostawiam rzeczy i idę wziąć prysznic (nawet ciepła woda jest!), przeprać zakurzone ubrania i przebrać się.
Wieczorem idziemy przez las do pobliskiej wioski, w której jest knajpa z dyskoteką w namiocie. Jakieś piwo, część osób tańczy, rozmawiamy, żartujemy, czas mija szybko i nadchodzi pora powrotu. Wracamy przez ciemny las. W górze atramentowo czarne niebo, wspaniale widać gwiazdy. W ośrodku czeka nas niespodzianka – brama wejściowa jest zamknięta. Przy bramie dzwonek. Postanawiamy nie budzić portierki, tylko po kolei przeskakujemy przez bramę. (Jeśli dobrze pamiętam, Dagmara przeskoczyła najładniej ;)
Większość dziewcząt idzie spać, a pozostali siadają przy stole koło domku i rozpoczynają się rozmowy.
Dzień drugi.
W poniedziałek, 4. sierpnia budzi nas słońce. Jest piękny poranek. Połykam na śniadanie wczorajszy tost popity Izostarem.
Na tym koniec – zamierzam schudnąć kilka kilo na tym wyjeździe. Dostajemy nalepki na bagaż i mocujemy je do naszych pakunków. Mapka trasy jest dzisiaj bardzo dobrej jakości – wyraźna i czytelna. Mamy dzisiaj alternatywne trasy: początek pierwszej biegnie trudno przejezdną piaszczystą leśną drogą, druga przebiega asfaltem ale jest dłuższa i trzeba wracać do Łochowa, przez który już wczoraj przejeżdżaliśmy. Wszyscy mamy rowery terenowe więc wybieramy leśną drogę. Po drodze spotykamy kilka osób w terenówkach jadących z naprzeciwka. Pytają dokąd jedziemy, a gdy się dowiadują, że do Wilna, życzą miłej podróży. W kilku miejscach zatrzymujemy się zrobić zdjęcia. Dagmarze wpada jedna z sakw w tylne koło, więc Jurek dorabia jej do bagażnika dodatkową osłonę z patyków. Przejazd przez piaski zajmuje nam dużo czasu, więc z zadowoleniem witamy asfaltową drogę we wsi Brzóza (na niektórych innych mapach jest pisownia: „Brzuza”). Asfalt jest częściowo zniszczony i bardzo popękany. O dziwo, po lewej stronie jest znacznie lepszej jakości, więc część osób wykorzystuje prawie całkowity brak samochodów aby jechać tamtą stroną. Docieramy do miejscowości Sadowne, gdzie trzeba skręcić w lewo na ruchliwą drogę nr 50 do Broku. Robimy krótki postój przy kościele a potem ruszamy szosą biegnącą wysokim nasypem. Dagmara nie ma szczęścia do wiatru, który zrywa jej kilka razy kapelusz z głowy. Ostro hamuję żeby podnieść zgubę i razem gonimy naszą grupę. Z mostu na Bugu jest bardzo ładny widok na położony na wysokim brzegu Brok. Przejeżdżamy przez most i zatrzymujemy się przy małej restauracji, a właściwie smażalni „Rak”. Raków nie ma ale są ryby, więc je zamawiamy. (Odchudzam się, ale dla ryb zawsze zrobię wyjątek). Podczas jedzenia ustalamy plany na resztę dania. Większość chce się wykapać w Bugu, musimy znaleźć Ewę, która chyba nie zauważyła, że skręcamy do „Raka” i prawdopodobnie sama pojechała dalej, ja potrzebuję nową baterię do cyklokomputera, który już ledwie zipie, a Asia szuka poczty.Jedziemy z Asią do Broku. Zostaję z rowerami przed pocztą. Żar z nieba okropny. Na dodatek przyczepił się do mnie jakiś domorosły cicerone, który myśląc, że jestem obcokrajowcem, w jakimś niemiecko-angielskim żargonie prezentuje miejsca godne zwiedzenia. Wpadam na szatański pomysł - nie przyznaję się, że jestem Polakiem i potakuję po niemiecku. Gość jest wniebowzięty. Zostawia mnie na chwilę i wraca z kilkoma ulotkami (po polsku) promującymi Brok. Wręcza mi wszystkie, i uszczęśliwiony moim uprzejmym „Danke Schoen”, odchodzi.
Asia załatwiła swoje sprawy na poczcie, więc jedziemy poszukać baterii, niestety bez powodzenia. Wracamy do „Raka”, gdzie jest już reszta grupki zadowolona z kąpieli, znalazła się także Ewa. Ruszamy dobrym asfaltem. Czas mija, jest dzisiaj bardzo gorąco, więc po kilkunastu kilometrach zatrzymujemy się, żeby się ochłodzić w rzeczce spiętrzonej małą tamą. Powstał tam kapitalny naturalny basen, a poniżej tamy, gdzie jest bardzo płytko mogą się kąpać małe dzieci. Po kąpieli jedziemy dalej. Gabi trochę odstaje – zwalniam i zrównuję się z nią, wreszcie jest okazja, żeby trochę porozmawiać. Okolica musi być jakimś „zagłębiem mleczarskim”, bo charakterystyczny zapach z obór wszędzie jest bardzo mocny. Zastanawiamy się, jak tutejsi ludzie mogą to wytrzymywać – może to kwestia przyzwyczajenia?
Dojeżdżamy do miejscowości Srebrna, w której stoi pomnik upamiętniający ofiary, które ponieśli mieszkańcy tych terenów podczas pierwszej sowieckiej okupacji w latach 1939-41. Sowieccy sojusznicy Hitlera na mocy paktu Ribentrop-Mołotow zajęli nie tylko nasze Kresy Wschodnie, ale także, o czym się nie wie powszechnie, część wschodnich obszarów należących obecnie do Polski.
Mamy już blisko – przecinamy „ósemkę” z Warszawy do Białegostoku i za chwilę widzimy boisko szkolne w Szumowie. Wybieramy miejsce, przypinamy rowery do stojącej w pobliżu bramki i rozstawiamy namioty.
Oczywiście mój „malutki” namiot (Fiord Nansen Korfu IV), w którym będę sam spał, zaraz wywołuje komentarze. Tłumaczę, że gdy dołączy moja siostra, dysproporcje między rozmiarami namiotu a liczbą osób w nim istotnie się zmniejszą ;-). Szybko rozstawiam namiot i pomagam postawić namiot Asi (Asia robi to podobno pierwszy raz w życiu, bo rodzice nie pozwalali jej zapisać się do komunistycznego ZHP-u).
Myjemy się w szkole pod prysznicami z ciepłą wodą. Szkoła jest nowoczesna i bardzo schludnie utrzymana, jest hala sportowa a nawet winda dla niepełnosprawnych na wózkach. Potem kolacja: 1 tost ;) i główni imprezowicze idą do knajpy, którą mijaliśmy po drodze, a pozostali rozciągają się na karimatach, rozmawiają i oglądają rozgwieżdżone niebo. Nocny chłód w końcu zapędza nas do namiotów.
Dzień trzeci.
5. sierpnia, wtorek. Budzę się „ugotowany”. Zapomniałem wieczorem otworzyć górne wywietrzniki w tropiku i powietrze w namiocie stojącym na otwartym terenie nagrzało się bardzo mocno od solidnie przypiekającego słońca. Wszyscy już są na nogach, kończą śniadania lub składają namioty. Hmm, trochę zaspałem w tej „saunie”... Poranny chłodny prysznic mnie uratuje! Pranie rozwieszone wieczorem na bramce jeszcze nie jest suche (pampers w spodenkach), więc postanawiam wyjechać trochę później. Mówię wszystkim, żeby nie czekali na mnie – dogonię ich po drodze.
Prysznic, tost, składanie rzeczy. Pranie jest już prawie suche, ale pampers jeszcze pozostaje wilgotny, więc dzisiaj pojadę w stroju bardziej turystycznym – szorty zastąpią spodenki kolarskie. Ostatnia kontrola, czy ktoś nie zostawił czegoś na boisku, bagaże do „Pantery” i: Go!Wieje dzisiaj dosyć mocny przeciwny wiatr, a na trasie pojawiają się pierwsze pagórki. Robię sobie „nieoficjalny wyścig” z Niemcami na Liegeradach (tj. rowerach poziomych) i z Włochami. Wiatr coraz mocniejszy. Jedziemy z dwoma Włochami – ja z przodu, oni obok siebie pomykają na szosówkach. Potem zmiana – holuję się za nimi w cieniu aerodynamicznym. Bateria we Flight Decku „zdycha” ostatecznie. Naszą grupkę doganiam w Śniadowie (ach ta magiczna siła przyciągania sklepów i kawiarni ;-))). Razem przejeżdżamy przez tą miejscowość, przecinamy tory i skręcamy w mało uczęszczaną drogę na Nowogród. Stawka się nam mocno rozciąga. Asia ma kryzys, na szczęście prawdziwy angielski dżentelmen bierze ją pod opiekę ;-). W Wierzbowie należy skręcić w prawo w drogę gruntową, wiec zatrzymujemy się, aby zebrać całą grupkę. Obok nas staje kilkoro Niemców i Litwinów, robimy zdjęcia. Niemcy na rowerach poziomych także zatrzymują się na chwilę, oglądają mapę i uznają, że piaski na drodze gruntowej nie są dla nich. Dalej jadą prosto asfaltem – nadkładają drogi, ale na szybkich, niskich maszynach mogą być przed nami.
Rozpędzona ciężarówka przejeżdża koło nas, a za nią... śmiga dwóch rowerzystów. Krzyczymy, że trzeba tutaj skręcić. Jeden słyszy to i hamuje, drugi jest bardzo blisko samochodu, maksymalnie skoncentrowany na tym, co dzieje się przed nim i przemyka obok nas. Taka jazda jest ryzykowna – trzeba szybko kręcić, żeby nie wypaść z cienia aerodynamicznego i bardzo uważać co robi samochód, nie widząc drogi przed sobą. A samochód z reguły ma lepsze hamulce... Tym razem się udało. ;-)
Jedziemy teraz polną drogą, najpierw koło lasu a potem wśród pól szumiących dojrzałym zbożem. Droga zaczyna iść lekko pod górę. Jadę z tyłu i mam bardzo malowniczy widok na kolorowy sznureczek rowerzystów pośród zbóż. Zatrzymujemy się przy stawie. Dagmarze trzeba wymienić jeden z patyków upgrade`ujących jej bagażnik do standardu bagażników turystycznych ;-). Postój to okazja do zrobienia kilku zdjęć. Jedziemy teraz asfaltem i... spotykamy Niemców na rowerach poziomych, którzy musieli zabłądzić, albo coś przekombinować, bo trasa, którą jechali była znacznie gorsza, niż gdyby cały czas jechali asfaltem, główną drogą. Znowu polna droga. Tym razem bardzo piaszczysta i odcinkami nieprzejezdna. Szkoda, że musimy „dawać z buta” w pyle i gorącu ale piękne krajobrazy w pełni to rekompensują. Co jakiś czas mija nas samochód albo traktor wznosząc chmury pyłu. Widać już z daleka Łomżę. Dojeżdżamy do przedmieść a potem kierujemy się do centrum miasta. Wielkie plany wiążemy z Łomżą: Jurek chce kupić śpiwór, bo swój zapomniał zabrać na wyjazd, wiele osób tęskni za zawartością bankomatów, ja liczę na to, że wreszcie upoluję baterię do cyklokomputerka, chcę kupić jakiś preparat wspomagający odchudzanie, np. L-Karnitynę w pastylkach i wymienić przednią przerzutkę.
Zatrzymujemy się na rynku w stylowo urządzonym ogródku restauracji. Upał powoduje, że interesują nas głównie napoje. Mają tu bardzo dobry dodatek do zimnego, beczkowego piwa – rodzaj syropu o korzennym aromacie. Halina, która razem z Marylą dołączyła do naszej grupki radzi skupić się na surówkach, które są tutaj bardzo dobre. Ma rację – surówki, to coś czego w warunkach biwakowych się raczej nie robi, a witaminy zawsze się przydadzą, szczególnie gdy się mocno pocimy na słońcu. Śmiejemy się, że chyba wprowadziliśmy ożywienie gospodarcze w Łomży, bo potrawy z karty szybko się kończą i muszą je dla nas dowozić z innej kuchni. W karcie są już dania regionalne typowe dla Polski północno-wschodniej: kiszka ziemniaczana i kartacze – rodzaj dużych pyz podobnych do litewskich cepelinów, ale mniejszych od nich. Jest też BARDZO dobry chłodnik. Wiem, bo jadłem ;)
Zaraz wyszło jakie z nas mieszczuchy – wystarczy większe miasto, jakaś lepsza knajpka i jest trudno zagonić towarzystwo na siodełka ;-) Ale wszystko ma swoje granice. Zbieramy wszystkich i ruszamy przez Łomżę na drugą stronę Narwi.
Nasze plany „zakupowe” prawie wszystkie się udały: Jurek ma śpiwór, bankomaty zostały opróżnione, tylko przerzutki nie kupiłem, bo sklep rowerowy był gdzieś daleko od nas i nie chciało mi się go szukać.
Z drugiego brzegu Narwi mamy piękny widok na miasto. Zostało nam do przejechania jeszcze prawie pół dziennego etapu, a jest już dosyć późno. Na szczęście droga biegnie prawie ciągle w dół, więc można nieźle podkręcać. W Drozdowie zatrzymuje nas kilka Litwinek, które rekomendują tutejsze muzeum przyrodnicze. Muzeum znajduje się w dworku oszpeconym przez dobudówkę od strony szosy. Zatrzymujemy następne nadjeżdżające grupy, jednak niewiele osób decyduje się na zwiedzanie muzeum.
Dociera do nas George – Anglik na górskim Romecie (sic!), któremu poluzowała się korba i szuka zwykłego klucza, żeby ją dokręcić. Wszyscy niestety mamy korby ze śrubami imbusowymi. Ale widzę, że przy muzeum stoi kilka samochodów. Któryś z kierowców może mieć klucze. Przed muzeum na ławce siedzą znudzeni pracownicy. Przedstawiam im naszą międzynarodową grupę i pytam o klucze. Bingo! Klucz się znajduje, korba dokręcona i George może jechać dalej. George tłumaczy, że nie chciał ciągnąć ze sobą roweru samolotem (kiedyś mu uszkodzili na lotnisku dobry rower), więc kupił w Polsce Rometa w supermarkecie za jakieś 200zł. Po uwzględnieniu zaoszczędzonych kosztów transportu, taki sposób podróżowania bardzo mu się opłaca. W Anglii ma rower górski i kolarkę Cannondale`a. Super – jest z kim porozmawiać o Cannondale`ach! W tym czasie partnerka George`a – młoda Niemka zwiedza muzeum. Także Dagmara idzie obejrzeć ekspozycję, a Gabi zostaje z nami. Oglądamy otoczenie muzeum – z tyłu jest ładny park, a wokół piękne róże. Tablica na bocznej ścianie informuje, że w dworku często przebywał i zmarł jeden z najbardziej zasłużonych dla odzyskania przez Polskę niepodległości ludzi, założyciel Narodowej Demokracji, Roman Dmowski. Teraz jasne, dlaczego za komuny zamaskowano dworek od frontu przybudówką i wypełniono wypchanymi zwierzątkami.
Dagmara wraca zadowolona po zwiedzeniu muzeum, więc ruszamy we troje dalej. George odpoczywa na ławce w cieniu starych drzew.
Droga biegnie głównie w dół, co pewien czas mamy podjazdy, rzeka na zmianę przybliża się i oddala od szosy.
Docieramy do Wizny, przejeżdżamy przez miasto (jesteśmy atrakcją dla dzieciarni) i za rynkiem zjeżdżamy dosyć mocno pochyloną drogą na pole biwakowe nad Narwią. Gdy dojeżdżamy kończy się właśnie mecz piłkarski pomiędzy lokalną drużyną a naszą reprezentacją. Nędznie przegraliśmy :-(.
Z jednej strony pola mamy wysoką skarpę ze schodami, na której jest szkoła, z drugiej rzekę oddzieloną niewielkim wałem przeciwpowodziowym. Od dzisiaj zapominamy o prysznicach i WC. Kąpiel można wziąć w rzece (ciepła i czysta woda). „Toalety suche”, o których wspominali organizatorzy to „pachnące inaczej” sławojki. Ziemia jest twarda i ciężko w nią wbić szpilki podczas rozstawiania namiotów. Znaleziony gdzieś kamień przechodzi z rąk do rąk służąc jako młotek. Asia i Ewa postanowiły, że tą noc prześpią bez namiotów – następny odcinek ma być długi, więc chcą jak najwcześniej wyjechać – tuż po świcie, żeby nie jechać podczas największego upału. (Rano Ewa zrobiła piękne zdjęcia, gdy wstawały mgły.) Po rozlokowaniu się idziemy z Marylą i Jurkiem po stromych schodach do miasta. Najpierw zakupy w lokalnym supermarkecie, potem idziemy do knajpy na piwo. Wkrótce dołączają do nas Litwini na rowerach – Robert z dziewczyną, z którą jechałem w Warszawie na Plac Zamkowy. W knajpce jest nawet bilard, więc rozgrywają kilka kolejek. Robert zna trochę polski, którego nauczył się pracując razem z Polakami w Anglii. Opowiadają nam o swoich niedawnych skokach spadochronowych i pokazują zdjęcia. Jest miło, ale chcę jeszcze dzisiaj zreanimować Flight Decka, więc wychodzę wcześniej. Trochę czasu zajmuje przypomnienie sobie jak to się robi, ale wreszcie udaje mi się go zaprogramować. Niestety w którymś momencie opuściłem ekran z liczbą zębów w zębatkach kasety, więc komputerek nie będzie poprawnie wskazywał wirtualnej kadencji i przełożenia.
Wychodzę na mały spacer po polu namiotowym. Od strony stromej skarpy słychać dziwny dźwięk. To Robert zrobił sobie ostry downhill po schodach na hardtailu. Idzie mu nieźle, szybko zjeżdża, aż do miejsca, gdzie skarpa pod ostrym kątem przechodzi w łąkę. Rower się wywraca, Robert „zalicza glebę” i przez kilka następnych dni nosi opatrunek na nadgarstku. To się nazywa ułańska fantazja! Pewien Litwin, urodzony Tadeusz Soplica też był ułanem... ;)
Nie wiem, czy ktoś bez amortyzacji tyłu przejechałby ten końcowy odcinek przy takiej prędkości? Nawet na fullu byłoby dosyć trudno – trzeba się w odpowiednim momencie wybić, żeby dosyć daleko wylądować na łące na tylnym kole i ustać przy lądowaniu...
cdn.