Wielkie Oddalenie - Alpy 2000 - część III

Drukuj

<a href="/multimedia/foto/medium/8_763_03_09_03.jpg" target=_blank><img src="/multimedia/foto/medium/8_763_03_09_03.jpg" border=0 align=left vspace=5 hspace=5></a> Góry przeniosły się na horyzont, uciekły spod kół, podążaliśmy wielka doliną okoloną jak chmurami szaro-białymi szczytami. Po raz pierwszy od początku wyprawy ich ucieczka przed bezpośrednim kontaktem przestała być deprymująca. Oto proces przenikania się zakończył i od tej pory, po pierwszym pobycie na wyżynie przestałem być turystą i stałem się podróżnikiem. Przemiana ta nie była zamierzona, ani też wyraźna. Jednak z każdym kolejnym dniem stawałem się częścią tych gór. W podobny sposób jak woda płynąc przez doliny jest jej częścią. Nie czułem już strachu, zagubienia tego lęku, który towarzyszył każdej pomarańczowej porze dnia, tuż przed zachodem słońca. Rozpaczy człowieka, pragnącego zobaczyć i doświadczyć jak najwięcej, lecz jeszcze bez schronienia na zimna i wilgotną noc

Góry przeniosły się na horyzont, uciekły spod kół, podążaliśmy wielka doliną okoloną jak chmurami szaro-białymi szczytami. Po raz pierwszy od początku wyprawy ich ucieczka przed bezpośrednim kontaktem przestała być deprymująca. Oto proces przenikania się zakończył i od tej pory, po pierwszym pobycie na wyżynie – przestałem być turystą i stałem się podróżnikiem. Przemiana ta nie była zamierzona, ani też wyraźna. Jednak z każdym kolejnym dniem stawałem się częścią tych gór. W podobny sposób jak woda płynąc przez doliny jest jej częścią. Nie czułem już strachu, zagubienia – tego lęku, który towarzyszył każdej pomarańczowej porze dnia, tuż przed zachodem słońca. Rozpaczy człowieka, pragnącego zobaczyć i doświadczyć jak najwięcej, lecz jeszcze bez schronienia na zimna i wilgotną noc.

Tymczasem podążaliśmy taką właśnie doliną, pełną zieleni, miasteczek rozrzuconych po obu stronach chlupoczącej rzeki. Ze sporego strumienia jaki przywitał nas u zbiegu Bischofschofen przeistaczał się on w raz rwącą, a w innym miejscu leniwie rozlaną rzekę – która jednak ciągle powiększała swe rozmiary. Kolejny las z gęstą powłoką świerków, wzniesienie, doliną pod górę lub ledwie wyczuwalnie w dół. Przed Lend skręcamy na Obervellach. Chcemy wielkim kołem dojechać pod Glossglockner i później stamtąd do Innsbruck. Zawierzamy po raz kolejny mapie i pniemy się w górę nad wyrastającymi ze zboczy trój poziomowymi tunelami wraz z siatką wielopiętrowych dojazdów. Wygląda to jak wejście do ogromnego ula ze sterczącymi kominami czerwonawych w słońcu szczytów. Wpełzamy w dziurę w ścianie mającej kilkaset metrów wysokości nad naszymi głowami. Przejeżdżamy tunele ślimacząc się po bokach. Łamiemy w ten sposób przepisy, jednakże nie ma innej drogi.

Wyjeżdżamy już w dolinie Badgastein, mijamy jaskinie, mały, jakże uroczy motel wkomponowany w dolinę i wyjeżdżamy w słońce. Wrażenie jest niezwykle klaustrofobiczne. Do tej pory przestrzenie nie zamykały się przed oczyma, ogromne połacie dolin leżały przed wzrokiem, tutaj ostro zakończone blanki wokół piętrzą się nad głową zabierając niebo. Wydaje się jakby w najszerszym widocznym miejscu szerokość pomiędzy ścianami nie przekraczała dwóch kilometrów. Starając się na wszelkie sposoby ominąć przymus podróży uczęszczaną przez dziwnie tu rozpędzone auta główną drogą, kluczymy od wioski do wioski wśród pól. Nakładając w ten sposób niewiele drogi podróż przebiega w bardziej sprzyjających kontemplacji warunkach. Napotykam stary, z poczerniałych desek dom. Taki jakich dziesiątki po drodze. Nie mogąc oprzeć się pokusie wdrapuję się na balkon i myszkuję po opuszczonych pokojach.

Kolejnym etapem jest wspinaczka. Mozolna, nudna i nieciekawa ze względu na naprawdę tutaj źle i za szybko jeżdżące samochody, las rosnący z jednej strony oraz kamienną ścianę z drugiej... niewiele widoków radujących podróżnych, do tego dochodzi niespotykana ilość martwych ptaków oraz drobnych gryzoni na poboczu. Przygnębiające. Dolina ta pozostanie w mojej pamięci jako najmniej przyjazna. Czułem się w niej od początku jakiś spięty, podenerwowany. To nie było dobre miejsce.

Po drodze docieramy do parku i przez jego część przejeżdżamy rowerami, dalej wpadamy do miasta. Jest już późne popołudnie. Godzina mniej więcej szesnasta. Samo Badgastein nie jest ani czyste czy stylowe. Widać tu pozostałości po dawnym stylu lecz teraz to jednakowe pseudo górskie kurorty oraz knajpy dla zamożniejszych klientów. Nie mówię tego tylko i wyłącznie dla niechęci takim snobistycznym miejscom. Zwyczajnie nie było tu nic co miałby swój własny osobisty urok. Znak szczególny świadczący, iż powstało i znajduje się tylko tutaj. Jak wielki, hotelowy ręcznik frotte. Wszędzie taki sam – tylko napis się zmienia.

Zbliżamy się do linii kolejowej, odbijamy w drugą stronę, gdyż skręca ona w lewo – a według mapy przejście na Obervellach znajduje się z drugiej strony. Po znakach domyślam się iż kolej na drugą stronę przechodzi tunelem. Kończy się płaski teren i obok pensjonatu schowanego między drzewami wspinamy się ostro w górę. Naprawdę ostro... wciąż i wciąż. Droga jest o dziwo wąska. Dojeżdżamy do szlabanu. Za nim mają znajdować się tunele. Ponieważ jest juz po dwudziestej wszystko zostało zamknięte, więc z bijącym sercem omijamy szlabany – nie będziemy czekać całego dnia. Trudno.

I zaczęło się. Pomimo, iż tuneli raptem były tylko dwa czy trzy, z czego najdłuższy miał nieco tyko więcej niż kilkaset metrów... istne piekło. Bardzo piękne jednakże. Zawężające się odległości miedzy ścianami odgradzającymi dolinę, łączące się gdzieś niedaleko przed nami. zostałem rozerwany pomiędzy doświadczaniem tego piękna i powrotami do chłodnej i coraz ciemniejszej rzeczywistości. Na domiar złego nie widać żadnego znaku o zbliżaniu się do jakiegokolwiek celu. Tunele cały czas w górę. Nie te industrialne, betonem wyłożone płaskie przejazdy. Tutaj czułem się jak w kopalni krasnoludów wykutej w skale. Pozbawionej innego oświetlenia jak tylko jedna rowerowa lampa. Pozostała nam już tylko jedna... w końcu schodzimy z rowerów. Milczymy. Słychać tylko kapanie wody i ginące za zakrętami i pojawiające się słupki z odblaskami. Nagle horror. Coś wali, szaleje, tłucze się jak opętany żywioł z dołu za nami. Rozpędzony jak w grze komputerowej samochód terenowy mija nas w biegu. Łapię serce skaczące jak opętane. Mógł nas przejechać.

Mijamy jeszcze kilka pół tuneli. Otwartych z jednej strony z dachem gór nad nami. Wrażenia są niesamowite. Robi się coraz bardziej szaro. Coraz bliżej noc przed nami. Ostatecznie można by zanocować w tunelu. Strach – rozjadą. Zresztą nie rozbijemy namiotu, a w samych śpiworach nie doczekamy rana. Już teraz jest okropnie zimno. Kolejny tunel i tak długa ciemność. Z tyłu, przed nami szemrze woda. Kapie. Mówią coś gdzieś niedaleko jakieś dzieci. Doznania się kumulują wraz z irracjonalnym strachem przed potworami czającymi się w ciemności. Milczymy i walczymy z ogarniającą paniką. Nareszcie koniec. I katastrofa. Jest już ciemno. Przed nami potężna tama wodna, droga wiodąca na niedaleki już ponoć płaskowyż Hof-Badgastein. Powoli przestaje być widać cokolwiek wszystko staje się nierzeczywistą masą szarej mgły, nocy, jakiejś dziwnej metalowej budowli, jak pojazd kosmitów i samym płaskowyżem spowitym w wilgoci oraz ciemności w której majaczą dwa światła. Mijamy jakieś drewniane ogrodzenia z bel drewna.

Pukamy prosząc o schronienie. Wystawny hotel wraz z przestronnymi oknami wychodzącymi na zamarłą, nocną mgłę. Nie mamy tu jednak czego szukać. Jeśli chcemy możemy po prostu wrócić do doliny i tam szukać noclegu – mówią... szkoda słów jeśli w nocy każe się komuś wracać kilkanaście km nie wiadomo gdzie. Dowiedzieliśmy się przynajmniej tyle, iż przejście jakie wskazuje nam mapa istnieje, lecz jest dostępne tylko dla piechurów.

Wracamy. Zapada noc i kiedy wracamy do tamy czujemy się obok tej ściany z betonu jak zawieszeni na chmurze. Nie widać juz dalej jak na kilkanaście metrów. A i to jedynie niewyraźne kształty. Pomiędzy zamarłymi chmurami przeświecają nieliczne gwiazdy. Wszystko zdało się zatrzymać i czekało na nasz ruch. Obok wjazdu do tuneli ścieżka. Spotkany rowerzysta, który nocą rozpędza się w tunelu jadąc w dół w poszukiwaniu swego własnego szaleństwa mówi nam, iż tędy bez problemu dostaniemy się na dół doliny. Mają być tam łąki gdzie można by rozbić namiot. Do tej pory poruszamy się po omacku niemalże, kamienistą drogą o szerokości dwu metrów. Po prawej stronie zbocze pnące się stromo w górę, poniżej gdzieś w ciemnościach za ostro ścięta skalną ścianą – słychać daleki strumień. Zaczyna padać, co chwilę napotykamy znaki o możliwości lawiny kamieni. Minuty wloką się okropnie. Posuwamy się wolno, gdyż nie chcę ryzykować jazdy w takich warunkach. Wystarczy już obawa o osuwające się nam na głowę głazy, kamienie, możliwość osunięcia się nie wiadomo ile metrów w dół. Jednostek, dziesiątek czy może setek metrów. Siąpi deszcz. Gumowy pająk od sakw zakleszcza się wewnątrz piasty pod śrubą od kasety. Koło przestaje się obracać. Wstępuje we mnie wściekłość, jeśli pójdzie piasta mogę wracać do domu. Nie stać mnie na nowe koło. Po półgodzinie oporna materia daje za wygraną.

Wstępujemy nagle na most, ogromny drewniany most na drugą stronę. Posuwamy się teraz drugą ścianą, przechodzimy w wykutych w skale małych tunelach. Przed nami jak i naokoło ciemność. Żadnych oznak do zbliżania się do dna doliny. W końcu jest pierwszy. Kilka jodeł. Znak, iż jesteśmy już troszkę niżej. Może nawet niezauważalnie jest cieplej. Kolejny most, tym razem kamienny. I już na dobre wchodzimy między drzewa. Teraz już nieustannie leje. Mój sztormiak z podszewką okazuje się przemakać na szwach, za to dobrze trzyma ciepło. Niestety nie można powiedzieć tego o towarzyszu podróży. Ta kurtka przeciwdeszczowa to ledwie kawałek parasolowego płótna. Cienki i jak się okazuje dziurawy.

Ostatecznie zrobiło się już całkowicie ciemno, drzewa odebrały nawet blask gwiazd. W dole doliny migocze światło. Jest już po dwudziestej trzeciej. Desperackim krokiem pukam do drzwi małej, parterowej chatki spod której odjeżdża minibus-taksówka. Odwozi gości z wyszynku do odległego hotelu.

Na pytanie o możliwość rozbicia namiotu prowadzący wyszynk zdają się nie rozumieć. Po chwili sytuacja się wyjaśnia. Nie pozwolą nam w taką noc pozostać na zewnątrz. Zapraszają do izby z kominem w starym góralskim stylu. Dwoje młodych ludzi zna język angielski więc dowiadujemy się iż chata ma ponad trzysta lat. Opowiadamy nasze przygody i przy herbacie ze schnapsem oraz tutejszymi specjałami w postaci rozjeżdzającego się od starości sera twarogoweg, twardej na kamień, własnym domowym sposobem wędzonej słoniny ochłonęliśmy po okropieństwach wieczoru. Czujemy się jak w raju. Rano budzą nas małe kotki. Dziękujemy za gościnę i udajemy się w kierunku tunelu kolejowego.

Obserwuj nas w Google News

Subskrybuj