Powoli obrastaliśmy w piórka. Ruchy podczas rozbijania i zwijania obozowiska stały się celowe, dłonie same wiedziały co mają robić. Ten etap podróży był jednakże próba wytrzymałości nie fizycznej a psychicznej. Cały czas cel jakim były szczyty i doliny górskie, których widok jedynie sobie wyobrażaliśmy leżał poza zasięgiem. Deszcze, szare zwały chmur nad ranem także doprowadzały do rozpaczy. Pomimo, iż pokonywaliśmy naprawdę ogromne, często ponad stududziesto kilometrowe odcinki dziennie – nie czuliśmy satysfakcji, spełnienia.Tymczasem wyjechaliśmy z Salzburga, pożegnaliśmy się z rzeką nad która wcześniej obserwowałem chmury. Leżały ciężko na mym sercu. Nagle powoli coś zaczęło się zmieniać. Powoli, stopniowo droga choć ciągle płaska zaczęła coraz częściej zakręcać omijając wzniesienia. Krajobraz z każdą godziną zaczął się piętrzyć. Wyjrzało słońce. Schowało się i tak czyniło coraz częściej. Natomiast drogowskazy tak szczegółowe, do dziesiątej części kilometra odznaczające odległości w mieście i okolicach, teraz poczęły nas zwodzić. W końcu zanikły pozostawiając nas sobie samym. Gubiliśmy drogę, pytaliśmy o drogę, choć do końca w zasadzie nie znaliśmy własnych planów.
Zmieniły się zabudowania. Nagle teraz juz zdecydowanie poczęliśmy piąć się w górę. Za sobą zostawiliśmy camping i maleńki dworek obok których schroniliśmy się przed deszczem. Jechaliśmy w dół drogą jakże wąską, wśród zielonych lasów. Mijaliśmy ogromne mosty łączące wzniesienia, które nam wydawały się górami. Mijaliśmy mieściny, marzliśmy wraz deszczem, łapaliśmy jak kwiaty sporadyczne promienie słońca. Gdzieś na nizinie zmarznięci do szpiku kości obserwowaliśmy robotników z fabryki popijających gorącą kawę. Jakaś okropna duma nie pozwoliła pójść i poprosić o poczęstunek choć trzęśliśmy się z zimna. Dłonie nie słuchające rozkazów powoli naprawiały uszkodzenia. Coś, nie pamiętam co – popsuło się.
Wszystkie widoki i wrażenia jakie pozostawiałem za sobą były mi miłe. Zamki, jeszcze w okolicach Wasserburg, jezioro Chiemsie, Salzburg i jego starówka. Drogi wijące się nad rzekami w dolinach których leżały mniej lub bardziej bajkowe miasta. Lecz wszystko to tylko chwilę cieszyło.
Po chwili zaczynał siąpić deszcz, słońce chowało się przed nami i tak jakoś pryskał czar. Pędziliśmy do przodu z niepokojem w sercach. Dalej byle dalej. Pełne rozpięcie, zszarpane nerwy. Jednej godziny uśmiechnięty. W drugiej szczerzyłem kły na deszcz. Cyk, cyk, cyk. Zmieniały się przełożenia. Cyk, cyk. I jeszcze raz. Ach jakżesz to wszystko się wlecze. I tez zakręt. Tak powoli go mijam... Jechałem pod górę. Piąłem się! Jeszcze nawet żaden odłam skalny nie znaczył zielonych pastwisk. Pomimo to wiedziałem już na pewno. Byłem w górach. Pofałdowana ziemia jak morze na obrazku oszalałego malarza – wizjonera. Okolice wyludniły się. Miasteczka pozostały daleko z tyłu a droga zaczęła się wić. Nawet lasy pozostawiły wolną przestrzeń dla naszych oczu byśmy cieszyli się nią. Ach chciałbym abyście mogli teraz zobaczyć te stare słupy linii telefonicznej. Domki jakby wyjęte z ilustracji książki dla dzieci. Zieleń jak gęsty budyń oblewająca łagodne w zarysie, choć wysokie stoki i hale.
Oczywiście byliśmy nie tam gdzie trzeba. Nie z tej strony pasma wyjechaliśmy. Obraz drogi którą podążaliśmy nigdy nie został odbity na mapie w jaką byliśmy wyposażeni. Miejscowości także pojawiały się niespodziewanie, zupełnie bez pytania.
I znów pomarańcz słońca chylącego się nam do nóg. Gdzieś tam pytaliśmy się o drogę i znów pięliśmy się w górę wilgotnym, schowanym przed słońcem stokiem ukrytym w lesie świerków. Raz za razem nogi mieliły koła napędzając rowery. Było naprawdę stromo. I tak po jakich czterdziestu minutach wjechaliśmy na szczyt. Nie było go nawet na naszej mapie. Nie był tego wart. Lecz wznosił się ponad wszystko co byliśmy w stanie dojrzeć i był dla nas “zdobyta” górą. Wypatrywałem hen w oddali jakichś oznak lepszej pogody. Dostrzegłem jakby przejaśnienia tam, skąd wiał wiatr. Obok pensjonatu pierwsze lecz jakże często później spotykane poidło. Z fikuśnie rzeźbionym drzewkiem lejącym wodę z kształtnej paszczy prosto do koryta.
Tego dnia choć znów gonieni deszczem, chłodem i zmartwieniem jakoś tak lżej kończyliśmy dzień. Za polem i budka autobusową wjechaliśmy w las. Uwiązałem rumaki, rozbiliśmy namiot, upichciłem i juz sen. Następnego dnia oczywiście deszcz. I zimno. Lecz około południa wyjrzało słońce i tak już pozostało. Tempo w pofałdowanym terenie drastycznie spadło, nigdy też więcej w Alpach nie zbliżyliśmy się do granicy stu kilometrów dziennie. Lecz to nie miało znaczenia.
Pierwsza zdobyta przełęcz – coś około tysiąca metrów. Mały posiłek głodnych przedłużenia smaku swego zwycięstwa. Poniżej rozciągało się jezioro. Niebieskie i tak jasne w słońcu. Lekko zakręcone. Nie mogłem się napatrzeć i nacieszyć nim. Zjeżdżając w dół byłem całkiem rozpięty pomiędzy dwiema żądzami. Co rusz popuszczałem hamulce by cieszyć się wiatrem szorstko pieszczącym twarz. Po chwili zwalniałem by chłonąć wzrokiem piękno rozciągające się w dole.
St. Gilgen okazało się niewielką, być może nawet dla swych turystów uroczą mieściną pełną stylowych domków z których nie pamiętam już nic. Oprócz tego, że było mi tam miło. Tego dnia poznałem jeszcze jedną taką miejscowość. Większą jak i samo jezioro większe od teraz napotkanego. Zbliżała się jednakże nieuchronnie duma. Wraz z każdym kilometrem, wielopasmową autostradą po której mknąłem w dół z prędkością powyżej 60 km/h stawałem się coraz bardziej – pyszny? Mijałem znaki ostrzegające o spadających odłamach skalnych i patrzyłem na siatki mające je zatrzymać. Zza załomu wyłoniło się St. Wolfgang. Wraz ze skała schodzącą nad sam brzeg, białą jak kość. Wody jeziora granatowe pod deszczowymi chmurami snującymi się ze szczytów szarych od kamienia. Zaczynałem się czuć coraz bardziej swojsko i powoli widziałem jak umyka mi zdumienie. Ogromne zdumienie tym co widzę. Przez kolejne dni zasypiałem ze stratusem oplatającym jak wąż kamienne, potrzaskane szczyty tuż nad moją głową. Czasem spałem w nim. Jakoś to wszystko spowszedniało. Choć cieszyłem się moją obecnością w tym miejscu. Jednak zatraciłem radość zadziwienia. Obrosłem w piórka i już niedługo miałem za to zapłacić. Omal nie najwyższą cenę.Teraz jednak zamknąłem usta, które ledwo mi się domykały dla widoków które mijałem, skręciliśmy z głównej drogi jadąc na chybił trafił niby zgodnie z mapą – kierując się na południe. Tuż przed Badischl skręciliśmy w mało uczęszczaną drogę, która jak później się przekonaliśmy prowadziła jakaś ważna trasa wyścigów rowerowych. Wykutym w skale szlakiem z przetaczającym się kryształowym strumieniem w dole minęliśmy kilka kolejnych kilometrów. Dalej serpentyny. Lecz takie jakich do tej pory nie spotkaliśmy. To było niesamowite jak w nieomal pionowej ścianie poprowadzono drogę. Zakrętów dziesiątki i każdy to półobrót. Jadąc w górę można było nieomal dotknąć przewodów wysokiego napięcia puszczonych prosto po zboczu.
Na jednym z zakrętów przy skale rozbiliśmy obozowisko. Przy samym wejściu do namiotu rósł okazały, metrowy oset. Nad ranem był ucięty na wysokości mojego kolana, zaś w namiocie powstała malutka dziurka. Z chleba w foliowej torbie umknął kawałek jak kciuk. A jakieś dziwne hałasy zdarzyły się w nocy tuż przy ściance namiotu. Ranek okazał się baśnią. Czułem się jak na latającym dywanie, wyniesionym tuż poniżej popękanych odłamów widocznych po przeciwległej stronie doliny, szczytów jak zęby wśród których przemykały zimne i białe chmury jak języki. Byliśmy w połowie zbocza. Niecała godzinę później szlak przeciął ogromny strumień lodowatej wody. Huczał rzucając się szerokim korytem wprost w dół. To był juz kolejny dzień bez jakiejkolwiek kąpieli – dziwne, przy Chiemsie żadne z nas nie pomyślało o zmyciu trudów podróży i po prostu musiałem się wykąpać. Przypomniałem sobie, iż dwa dni wcześniej kąpałem się w jakimś ledwie zakrywającym mnie strumyku, lecz to nie miało znaczenia. Po prostu musiałem się wypluskać. Poprzednio chłód odbił się na mnie raczej niewyraźnie. Z godzinę pedałowania i udawania, iż słońce pomaga, teraz jednakże dzika radość nieujarzmionej masy płynnego lodu o dziwo napełniała energia. Troszkę powyżej w końcu zakończyły się serpentyny i wjechaliśmy o dziwo pomiędzy pastwiska. Dojeżdżaliśmy do płaskowyżu.[...] Wieczorem coś łaziło koło namiotu, obżarło oset na wysokości mojego kolana oraz przez ścianę namiotu wyżarło nam kawałek chleba. Całą noc było zimno. Rankiem, jakieś 400 m wyżej wykąpałem się w górskiej rzece, później jeszcze podjechaliśmy wyżej.
Na płaskowyżu temperatura wynosiła 3,5^C. A coś dziwnie szczypało mnie w nogi. Teraz zaczął się najgorszy koszmar. Podjazd już nie tak stromy, ale tu kończyła się mapa, wszystko zasłaniały drzewa i nie wiadomo było jak daleko jeszcze. Kolejne zakręty ukazujące tylko wznoszący się asfalt dobijały morale. Ponadto słońce już zaszło za chmury. Jest jeszcze jasno. Lecz nie grzeją nas już jego promienie. Dojeżdżamy w końcu na górę. To nasz pierwszy prawdziwy zjazd. Poprzedniego dnia jechaliśmy stromo w dół czteropasmówką, lecz wtedy jeszcze się hamowaliśmy. Dziś górską drogą prosto w dół, czasem tylko na jakimś wykrocie przebiegającym po nieskazitelnym asfalcie dzwonią mi zęby. Ten zjazd z max prędkością zajmuje nam prawie 2 godziny. Rozłożył się na 2 etapy, przedzielone płaskim wielokilometrowym podjazdem [...].
W jednym miejscu przejazd pod ogromnym przęsłem betonowego mostu zawieszonym wydawało się w nieskończoności. Dalej znów w dół i ciągle przeraźliwie zimno, jakże by inaczej - także deszcz. Lecz oto w końcu jesteśmy w dolinie i jakoś cieplej. Bardziej ludzko. Radstadt i jakże łatwa wiodąca wciąż niedużym spadkiem droga do Bischofshofen. Tam mijamy dolinę. Pniemy się w zachodzącym świetle na przeciwległą ścianę. Kolejne kilometry dla wycieńczonych ciał. I nic. Ciągle nic. Droga zdaje się kończyć, miasto już dawno zaprzestało działalności.
Na kolejnym zakręcie wyjeżdżamy w maleńką bajkę. Samotny cypel jak jęzor wyglądający ku miastu. Szeroki jak dwa namioty. Po chwili namiot już tam jest. Rumaki przypięte na stromiźnie kilka metrów na bok, pod nami. Przed nami widok na dolinę rozświetloną ostatnimi promieniami słońca. Później księżyc wytworzył swój własny spektakl. Deszcz zabębnił na chwilkę o liście nad głową. Bilans dnia w stratach. Odmrożone uszy współtowarzysza.