Po uporaniu się ze sprawami technicznymi przyszła pora na spakowanie sakw i wyruszenie. Wydawałoby się, że pakowanie to banalna sprawa ale niestety nie. Staraliśmy się upchać bagaże równomiernie tzn. aby ciężar w każdej sakwie był w miarę jednakowy. W moim przypadku istotną kwestią było tak rozłączenie wagi, aby mój bagażnik montowany na sztycę wytrzymał ciężar, który był ograniczony przez producenta. Mając już wszystko przygotowane wyprawy czas nadszedł. Z Dortmundu - Holzwikede do Essen, później do Emmerich podążaliśmy pociągiem, gdyż dojazd drogą jest bardzo ciężki.
Po 2 godzinach jesteśmy już w Emmerich i spoglądając na mapę wybieramy najlepszą drogę do miejscowości leżącej obok jeziora Giesbek, która jest pierwsza miejscowość w której chcemy odpocząć i ewentualnie zredukować bagaż. Chociaż starannie dobieraliśmy ekwipunek to nasze sakwy były za ciężkie i czuło się wibracje podczas jazdy, które niestety były bardzo uciążliwe. Najzabawniejsza rzeczą w całej wyprawie była redukcja wagi przez mojego znajomego, który odkręcił w jedynej patelni uchwyt do jej trzymania. Przez prawie 4 tygodnie męczyliśmy się przy przyrządzaniu wszelakich posiłków. Wytłumaczeniem tego czynu może być 6 godzina jazda w upale. Nasz pierwszy dzień wojaży był niesamowicie upalny i nasza kondycja została wystawiona na próbę, ale staraliśmy się jechać w miarę równomiernie bez zbędnego tracenia energii, oczywiście ciągle uzupełniając zapasy wody w organizmie. Wyjeżdżając z Emmerich szukałem jakiegoś znaku mówiącego o tym, że zaraz będę w Holandii, gdyż do granicy było kilka kilometrów. Ku mojemu zdziwieniu znalazłem tylko znak informujący z jaka prędkością należy podróżować w kraju tulipanów. Czy u nas w Polsce też tak będzie po wstąpieniu do Uni Europejskiej?
Kierując się do celu przejeżdżaliśmy przez malownicze miasteczka, wsie i z każdym kilometrem chciałem zostać w tym pięknym kraju jak najdłużej i cieszyć oczy pięknymi widokami. Mijając kolejne miejscowości nie mogliśmy się nadziwić wspaniałymi ścieżkami rowerowym, z którymi polskie nie równają się w żadnym stopniu. Oprócz pasów na drodze normalna była sygnalizacja świetlna oraz znaki naziemne tylko i wyłącznie dla rowerzystów. Taka mała sieć drogowa dla dwóch kółek. Po kilku godzinach pedałowania pod wieczór docieramy do pola namiotowego i po raz pierwszy rozkładamy namiot. Zrobiliśmy bądź co bądź pewne poruszenie wśród urlopowiczów, wiele osób obserwowało jak w takich małych sakwach zmieściło się tyle ekwipunku. Ciekawscy pytali skąd, gdzie i kiedy wyruszyliśmy i jakie są nasze cele. Po licznych rozmowach w końcu mieliśmy czas na przygotowanie posiłku. Przechodziliśmy chrzest bojowy z patelnią bez uchwytu i palnikiem na kardridże gazowe.
Noc zapowiadała się chłodna i deszczowa, więc szybko podążyliśmy do cieplutkich śpiworów. Z rana nie byliśmy zdecydowani czy jedziemy dalej czy zostajemy, kusiło nas jezioro i niewielka plaża przy nim, ale niespodziewanie spadł deszcz i po długich rozmowach stwierdziliśmy, że wyruszymy jak tylko przestanie padać. I tak też się stało. W ekspresowym tempie zebraliśmy się i wyruszyliśmy w głąb Holandii. Już na początku pierwsze atrakcje, tzn. przeprawa na drugą stronę Renu mini promem. Z powodu dość późnego wyruszenia, około czternastej, nie mieliśmy wybranej specjalnie miejscowości gdzie będzie nasza druga noc. Chcieliśmy jechać jak najdłużej. Już od wczesnych godzin pogoda zapowiadała się raczej deszczowa niż słoneczna. Na nasze nieszczęście po godzinie złapał nas deszcz. I tak do końca dnia jechaliśmy w deszczu. Każdy normalny człowiek miałby z tego powodu złe samopoczucie, słynnego „doła”, ale my tryskaliśmy humorem. W Polsce ludzie widząc rowerzystów jadących w deszczu z uśmiechem na twarzy uznaliby za wariatów a w Holandii machali nam i pozdrawiali. Z kolejnymi kilometrami czuliśmy zmęczenie i powoli rozglądaliśmy się za polami namiotowymi. Na nasza niekorzyść były same kempingi, w których nie było placu na namioty.Po godzinnym poszukiwaniu w końcu znaleźliśmy przytulne pole namiotowe w miejscowości Garderen. Po wyszukaniu odpowiedniego miejsca zaczęliśmy rozkładać namiot, oczywiście wciąż padał deszcz, a godzina było blisko 21. W trakcie wyjmowania tropiku i szpilek podszedł do nas Holender i spytał się czy może pomóc i zaprosił nas do swojej przyczepy kempingowej na ciepła kawę i ciastko. Byliśmy w ogromnym szoku. Okazało się, że miły holender wraz ze swoja rodziną też wyjeżdżał wiele razy na wyprawy rowerowe i wie co to znaczy jechać kilka godzin w deszczu i być przemoczonym i zmarzniętym do szpiku kości.
Po miłej pogawędce udaliśmy się do namiotu na zasłużony odpoczynek. Ciągle padał deszcz, całą noc aż do wczesnego popołudnia. Zadecydowaliśmy, że zostajemy w Garderen kolejny dzień, aby wysuszyć ubrania, które rzekomo są nieprzemakalne i nabrać sił na kolejne dni jazdy. Miejscowość, w której odpoczywaliśmy była bardzo mała, kilka sklepów na krzyż, stacja benzynowa, pizzeria i jakiś tam pub. Człowiek czuł się tam jakby był w swoim domu, miła atmosfera, każdy życzliwy. Z godziny na godzinę poprawiała się pogoda, więc suszyliśmy ubrania, czyściliśmy osprzęt z piachu i innego dziadostwa, a na koniec zaserwowaliśmy sobie wspaniały posiłek – żeberka i kurczaki z rożna do tego holenderskie piwko... jednym słowem pełen wypas.
Po naładowaniu baterii energetycznych i doprowadzeniu rowerów do stanu użytkowania postanowiliśmy wyruszyć wcześnie rano, aby przemierzyć większy dystans. Tego dnia zrobiliśmy ok. 150km mając kilka przystanków na posiłek i kąpiel. Początkowo droga wiodła przez lasek niedaleko drogi, która prowadziła do małych miejscowości. Wraz ze wzrostem kilometrów zbliżaliśmy się do wybrzeża niedaleko miasta Lelystad i podziwialiśmy liczne gospodarstwa rolne oraz cały system wodny w większych mieścinach.Holandia jako kraj depresyjno-nizinny ma liczne kanały, zatoki, śluzy, a nawet nieprawdopodobne mosty dla motorówek. Prawie całą drogę świeciło słońce i jako formę relaksu wybraliśmy kąpiel niedaleko miasta Harderwijk. Po wspaniałym pływaniu w chłodnej wodzie podążyliśmy dalej, mijając śluzy i kolejne małe, piękne miejscowości. Tego dnia nasza kondycja była wyśmienita i sprzyjało nam szczęście, gdyż na wyznaczonej przez nas drodze był odcinek zamknięty dla jakiegokolwiek ruchu z powodu remontu wałów ochronnych.
Jadąc trochę na ryzyko powrotu w przypadku niedrożności odcinka podążaliśmy ok. 40 km sami walcząc czasami z piaskiem nawianym na drogę. „Kręcąc” kolejne kilometry nasz organizm dawał sygnały że czas go nakarmić. Jako coś innego zboczyliśmy z zamierzonej drogi i wjechaliśmy do miasta portowego gdzie zajadaliśmy się drogimi, ale smacznymi rybami.
Czas mijał a my dalej nie dotarliśmy do miejscowości Urk, gdzie zaplanowaliśmy nocleg. Szybka mobilizacja po sjeście i w drogę. Pod wieczór dotarliśmy do campingu polecanego przez ADAC, uwaga, cztero gwiazdowego. Oprócz basenów i naprawdę dużych łazienek z „darmową” ciepłą woda (wliczona w cenę noclegu) nic specjalnego nie zauważyliśmy.
Dręczyły nas komary, osy sępiące nasz wspaniały miód i niesamowity hałas dzieciaków bawiących się przez całą noc. Niestety było już za późno na zmianę campingu, tak więc pozostaliśmy, ale z myślą szybkiego wyruszenia. Niestety rzeczywistość okazała się inna i następnego dnia wyruszyliśmy koło 13.Pech chciał, że mój kompan wojaży Darek miał wielkiego bombla pod kolanem po ukąszeniu osy. Noga strasznie spuchła i tego dnia nie zrobiliśmy wiele kilometrów. Dalej podążaliśmy wybrzeżem do wspaniałego campingu, który był metr od plaży w miejscowości Hindeloopen. Ja jako przeciwnik jednego miejsca urlopu gorąco polecam owy camping. Można w nim wynająć domek, przyjechać wozem campingowym bądź rozbić namiot na wydzielonym sektorze.
Kilka metrów od placów, budynków i domów znajdowała się plaża, oczywiście ze specjalnie wydzielonymi strefami dla dzieci i dorosłych. Jest on idealny dla rodzin z dziećmi, gdyż organizowane są tam zabawy wieczorne, dla młodzieży dyskoteki, a dla starszego grona dancingi. Wprawdzie camping ten znajduję się lekko na uboczu, ale to nie jest problem gdyż jest on dobrze zaopatrzony w artykuły spożywcze i „sieć” małych sklepików. Naszym następnym celem było dotarcie na wyspę Terscheliling.
Droga zapowiadała się ciężka gdyż mocno świeciło słońce i było strasznie duszno, ale droga do Harlingen zapowiadała się na jakieś 2 godziny pedałowania w słońcu, tak więc bez jakiegokolwiek niezadowolenia wyruszyliśmy drogą, która wciąż wiodła wzdłuż wybrzeża, a co jest wspaniałe w morzu to lekki wiaterek, który chłodził nasze rozgrzane ciała. Po dotarciu do celu zaopatrzyliśmy się w pożywienie na 2-3 dni z myślą, że na wyspie będzie drożej. I ku naszemu zaskoczeniu ceny były takie same jak na lądzie.
Jak na złość jak przyjechaliśmy do portu odpłynął nam prom i musieliśmy czekać dwie godziny na kolejny. Po posiłku i odpoczynku skierowaliśmy się do bramek prowadzących do promu. Nagle, z pięknej słonecznej pogody zrobiła się niesamowita ulewa. Cale szczęście że do promu było kilka metrów. Po zaparkowaniu rowerów zaczęliśmy myśleć jak spędzimy czas na wyspie. Na Terschelling płynęliśmy około 2h i na początku padało niesamowicie, ale jak tylko zbliżaliśmy się do wyspy słońce nieśmiało dawało znaki istnienia.Dalsza część z pobytu w Holandii już wkrótce.
Długo zastanawiałem się jak napisać druga część art. z mojej wyprawy, wielokrotnie mając napisany artykuł robiłem korekty aż w końcu kasowałem całość. Tak więc przepraszam za chaotyczność i za brak pewnych informacji których niestety już nie pamiętam.
Część pierwszą artykułu o przygotowaniu do wyprawy znajdziecie TUTAJ.