I znów okazało się, iż marzenia są po to by je zdobywać. Kilka miesięcy wcześniej wróciłem z Czarnego Lądu, poznałem klimaty i ludzi od Naukczot w Mauretanii, aż po Port Gentil. I już wiem czemu Prezydent Francji każe nam siedzieć cicho podczas gdy załatwia własne interesy, zaprasza ludzi przy których Czauszesku, to sfrustrowany chłopiec. I tak jakoś wyszło, iż praktycznie bez gotówki, z plecakami i namiotem – hurra w końcu iglo :> - znaleźliśmy się w Amsterdamie. Pierwsze dni upłynęły nam na rozejrzeniu się, byciu pochłanianym przez miejsce, wsiąkaniu w nie, łażeniu godzinami nad kanałami starego miasta, małej radości z odkrywania co bardziej pochyłych kamieniczek, zaglądania ludziom w oczy i zaspokajaniu swej ciekawości. [i niezliczonej ilości kotów, całkiem dobrze wyglądających, wolałabym nie wnikać czym się żywiły...chociaż szczury są bardzo inteligentnymi stworzonkami. Aaaa i jeśli przy domostwie nie widać było kota żywego, to i tak przez wielgachne okna pozbawione firanek, siedząc na szerokim parapecie spoglądał sobie taki ze zdrewniałym albo skamieniałym kocim uśmiechem]. Gdy nadchodził deszcz marzliśmy wraz z nim [a czaple??? zapomniałeś o czaplach! Tam ich zatrzęsienie i co ciekawsze, to one sobie dostojnie kroczyły nad kanałami, wstrzymywały ruch i nic nie robiły sobie z tego] i samotnie błąkaliśmy się po ulicach [w sumie masz rację, czaple jakoś nie chciały towarzyszyć nam w przemierzaniu brukowanych mostów i uliczek].
Po trzech dniach tej sielanki zaczął nam doskwierać podstępny wróg, brak nowości. Swoisty klimat bezpieczeństwa, uprzejmości [oczywiście nie popadając w przesadę, jednakże polski obywatel nie jest do takiego traktowania przyzwyczajony] panujący nawet w najbardziej zabitych dechami zakątkach miasta powoli zaczynał nas rozkładać, snuliśmy się od jednej słonecznej plamy do kolejnej z lubością odnajdując 101 możliwych sposobów na dotarcie do ulubionych miejsc. Niektóre z nich zaczęły nas niepokoić, gdyż nieważne co robilibyśmy – zawsze w wracaliśmy w kilka najlepiej poznanych. [i w kilka mniej lepiej poznanych chociaż jak dla nas, mimo tak niewielkiej właściwie odległości od macierzystego kraju, pachnących dla nas egzotyką. Przecież to nawet jest bardzo rozbrajające znaleźć lalkę Barbie na wystawie punktu informacyjnego, dla szukających mniej wyrafinowanych rozrywek cielesnych. A tolerancja sięga tu zenitu - informacja czerwonych światełek tuż obok kościoła. Ale nic nowego, zawsze jest szansa... przypomnijmy sobie Marię Magdalenę...]
I w końcu stało się. Odbiła nam palma z ronda deGaulla i kupiliśmy stareńkie, obskurne, trzeszczące i piszczące rowery. Dokupiliśmy opony i dętki, zestaw kluczy “do bani”, troszkę łatek i pompkę. Popłakałem się nad tymi rowerami nie raz, próbując wrócić w nie życie za pomocą własnej inwencji, złości oraz magicznych słów od których niestety nic się nie działo. [no nie bądź taki skromny...przecież przejechaliśmy na ich siodełku tyle kilometrów, a na dodatek chyba im to całkiem odpowiadało, bo od wyjazdu z Amsterdamu nawet nie zastrajkowały, to nie mogło być tylko spowodowane Twoimi umiejętnościami manualnymi!. Potok słów też masz rwący jak strumień górski. Już się nie psuły, bo wolały podziwiać widoki w ciszy. Poza tym, myślę, że to niezła gratka była dla nich wyrwać się z miasta...jak to zrozumiały, to już ich nie można było zatrzymać.]
Pierwszy chrzest bojowy nasze rowery przeszły jeszcze tego samego wieczora, kiedy to wybraliśmy się na szaleńczy, pełen świateł latarni oraz kocich łbów rajd nad kanałami. [hahaha, dla mnie wyglądało to rzeczywiście jak rajd albo raczej miejskie wydanie crossu? ?. Rower większy ode mnie, od siodełka do ziemi jak z Rysów do doliny i jeszcze nadążaj za Towarzyszem... Tych zakrętów i podjazdów pod górkę oraz zawracania...]. Tego wrażenia jakie dają rowery w Amsterdamie nie da się z niczym porównać i zapomnieć. Tłukliśmy się tak po kocich łbach prawie do północy, gubiąc się w alejkach, nie mogąc oderwać się, odpychając jak najdalej od siebie myśl, że już niedługo te budynki, które mijamy zostawimy za sobą i wrócimy do obozowiska. I jeszcze jeden zakręt, jeszcze jedna ulica, jeszcze jedna łódka i jeden samochód świecący w nas światłami. I jeszcze jedno okno, brama, buch, buch, szszszzzz, koła na kocich łbach...

Na noc zostały w lesie i jeszcze raz rano nad jeziorkiem opodal kleiłem dętki, zamieniałem się w mechanika rowerowego. Jeśli ktokolwiek kiedykolwiek widział rower będzie wiedział jakim problemem może stać się prosta operacja wymiany dętki jeśli tylko jedna śruba z ośki da się odkręcić – cóż, metoda jest banalnie prosta – wystarczy odgiąć ramę... zaś osłonę łańcucha odkręcamy pięcio centówką. Podobnie używamy jej jako podkładki jeśli śruba jest za mała do klucza. [dodać należy, że najlepiej zaś dla osoby towarzyszącej udać się na dłuuuugi spacer... albo kupić sobie zatyczki do uszu].
I teraz problem – planowaliśmy jechać sobie stopem, mając mniej lub bardziej uzgodnione cele – a tu taka niespodzianka, sami musimy wybrać drogi. [tzn. dojść do porozumienia, którą drogą jechać?] Pierwszym etapem było przejechać z Zunderdorp poprzez Broek in Waterland na wysepkę Marken. Jeszcze nie wyjechaliśmy z Amsterdamu, gdy potężny huk uświadomił mi iż sparciała opona nie wytrzymała ciężaru mego cielska plus plecaka zapakowanego na jazdę stopem oraz namiotu na tylnim bagażniku, który to był w wyposażeniu standardowym naszych bicyklów. Zgroza.
I tu okazało się, jak zresztą wielokrotnie iż angielska flegma ma potężnego przeciwnika. Ba. Odpada w przedbiegach. Bowiem typowa holenderska flegma jej obywateli jest wprost uderzająca. Już teraz wiem jak musi czuć się tsunami, które przebywszy tysiące mil na Pacyfiku, nagle trafia na ląd i na przestrzeni kilku zaledwie mil... kona.
Aby się zbytnio nie rozwodzić, naprawiający nieopodal samochód, wydredowany przedstawiciel rdzennych mieszkańców tych ziem którzy dotarli na kontynent europejski – kontynent, zaledwie cypel Azji – z Afryki [ojciec z Afryki, mama z Portugalii albo odwrotnie :)], okazał po przedstawieniu siebie, kapeli [bardzo znanej kapeli...może ktoś słyszał? "Don Matoria"?], której był wokalistą oraz bezczelnym podrywaniu mojej Towarzyszki [zaraz, zaraz, sam mnie do niego wysłałeś, bo wiedziałeś, że Ty nie będziesz mieć szansy...], naprawdę nie ocenioną pomoc. A co z flegmą? No cóż, za dużo pisaniny.
W końcu dotarliśmy do Broek in Waterland, który jest wyrwanym morzu w początkach zeszłego wieku wielką płaską połacią na płn. od Amsterdamu. Pełno tam pól golfowych, pastwisk, kanałów i maleńkich domków letniskowych. Zatrzęsienie dzikiego ptactwa, także drapieżnego.
Spokojny, usypiający krajobraz pełen zieleni. Przyjemnie się podążało tymi dróżkami, spotykając innych rowerzystów. Nie dziwiły ich nasze plecaki.
Co jest ciekawostką okazało się, iż podróżowanie rowerem z plecakiem nie jest wcale tak chorym pomysłem jak mogłoby się wydawać. Opanowani żądzą dwóch stylowych kółek stwierdziliśmy, iż jakoś to będzie. Faktycznie podróżowało się całkiem znośne. Należy tylko pamiętać, iż:
- w Holandi jest płasko. Nie do końca jednakże, co odczuły nasze plecy, ramiona i siedzenia,
- podróżowaliśmy gładkim jak stół asfaltem,
- maksymalny dzienny przebieg wyniósł coś około 55km, podczas gdy średnia oscylowała ok. 30Km.
- oszczędzaliśmy się jak mogliśmy stąd często zostawaliśmy w ładnych miejscach po dwa, ba trzy dni.
[- nie musieliśmy uważać na pieszych, rowerzystów z naprzeciwka a tym bardziej na samochody, które same na nas uważały, no oprócz jednego...a z rozwiązania ścieżek rowerowych powinni uczyć się nasi stratedzy od budowania wspaniałych przelotowych dróg drugiego stopnia.]
Niesamowite było to, iż spotkane już na pierwszym kilometrze za polem namiotowych zabudowania cieszyły oczy. Świadomość, iż to wszystko by nam umknęło w jeździe stopem, gdybyśmy leniwie pozostali w Amsterdamie, wynagradzała w trójnasób trudy utrzymania się z plecakiem na siodełku.Później wałem powodziowym dotarliśmy do miejsca zwanego Marken. Jest ono wyspą płaską jak rozwałkowane ciasto, zieloną od traw, z małym laskiem czy dwoma po drodze, dwiema drogami, plus jedną okrężną na wale powodziowym, wioską rybacką, pełna n-set letnich domków [eee, tam nie było letnich domków. To były urocze dwupiętrowe kamienne (czyli takie jak powinny być) kamieniczki wybudowane przy wąziutkich równie kamiennych uliczkach, po prostu bajka], oraz latarnią morską na dluuuugim pastwisko-cyplu. Połączenie z lądem od niecałych czterdziestu lat zapewnia plaska jak... droga.
Rozbiliśmy się po długim namyśle oraz krążeniu pod latarnią. Morską! Na mini plaży, która podejrzanie chrupała nam pod stopami. Całkiem żółciutka chrupiąca plaża... z muszelek i ani ziarenka piasku. Rzucaliśmy plecaki w szuwary i udaliśmy się w odkrywanie wyspy oraz wioski. Jedno osiedle, jedna wioska, jedna farma, a jednak można się zgubić. Objechaliśmy wyspę wzdłuż i wszerz dochodząc do wniosku, iż najodpowiedniejszym miejscem do rozbicia obozu jest już upatrzony skrawek lądu nieopodal latarni.
I tak pomarańczowy wieczór, z wiatrem, jaki dął nam z boku i w twarze tych kilkanaście km, które przebyliśmy wałem powodziowym. Rozbiliśmy namiot na trawce i kiedy tylko ostatni zagubieni spacerowicze odeszli w sobie tylko wiadomym kierunki długo jeszcze siedzieliśmy na plaży. [po życzeniu nam dobrej nocy i okazywanym zdziwieniu, że nam się NAPRAWDĘ tutaj podoba], długo jeszcze siedzieliśmy na plaży [a zapomniałeś o upajaniu się kąpielą?]. Chyba nawet całkiem sporo świecił księżyc.
Następnego dnia pojechaliśmy jeszcze do samego portu, zachwycając się domkami w wiosce, żeglarza wypływającego na sporym, baryłkowatym żaglowcu spytałem o prognozę pogody na kilka dni – był tak zaszokowany moim pytaniem, iż ledwie odpowiedział, prognozy jako takiej nie znał lecz zgodziliśmy się patrząc mądrze w niebo i zgadując na podstawie kilku przeszłych dni, iż nie powinno być źle. Tak też się stało, lecz ruszaliśmy troszkę z duszą na ramieniu. Postraszyłem jeszcze troszkę małe grupki tuziemców oraz większe turystów wypróbowując możliwości mego roweru – trawersując, zjeżdżając i podjeżdżając pod wysokie, ledwie nachylone od pionu wały przeciwpowodziowe z kocich łbów i mogliśmy już ruszać w drogę.
Dwa kolejne dni upłynęły w temacie linii drzew, pól, poletek, napotykanych sporadycznie wiatraków oraz wałów jak można się domyślić, przeciwpowodziowych. Podążaliśmy część drogi wzdłuż NoordHollands Kanal. [a naszymi często mijanymi towarzyszami podróży byli rolkowcy?, osiągający na tych płaskich, równiutkich i długaśnych drogach zawrotne prędkości]. Kolejnego wieczora nie mogąc wymyślić nic lepszego rozbiliśmy się na trawiastym wale ciągnącym się wzdłuż drogi [a z drugiej strony był kanał i trzeba było uważać szczególnie rano, gdy się zaspanym wychodziło z namiotu, by nie dać o jeden krok za dużo. Poranna kąpiel nie byłaby za przyjemną...]. Miejsce było zrządzeniem losu, gdyż od kilku centymetrów [na mapie] co kilkadziesiąt metrów nonstop spotykaliśmy domostwa. Dokoła rozciągały się po horyzont łąki i pola, za pół centymetra [na mapie] zbliżaliśmy się do granic miasta i w końcu pomiędzy dwoma domostwami, zakręt, który dawał nam jakie takie schronienie. Pożarliśmy standardowe papu z kaszy z sosem i spać. Rankiem papu z kaszy z sosem i budyniów z paczki i w drogę. Oczywiście potwornie wiało. Po drodze gubimy się wśród miast, dróg, zieleni, starych i nowych portów i składów rzecznych, mosty, pętle. Wczoraj Edam, tego dnia Haarlem – całkiem niezły przeskok.
Pod wieczór, nadpaleni słońcem i ścigani wiatrem dotarliśmy do Zandvoort – [piaskowych wrót?]. Najpierw mozolnie wspinaliśmy się pod monstrualnie wielka jak na holenderskie warunki górę, by dłuuugim zjazdem pośród najpierw lasów, poźniej mijając coraz niższe postacie krzaczastej flory dotrzeć do wydm oraz kempingu. Dlaczego to takie ważne – rower jest w stanie pomieścić zaledwie kilka litrów wody. Dwie półtora litrowe butelki na dwójkę, licząc gotowanie strawy, picie oraz mycie ząbków [u mnie często odpadało – tzn. mycie nie zęby – choć na tym wikcie...]. Jeśli nie chce się kupować, oszczędzając pieniądze na inne przyjemności, trzeba nabierać gdzie się tylko da.
Wydmy robią piorunujące wrażenie – nie wiem dlaczego, lecz wydaje mi się, iż nie są naturalnym tworem, przynajmniej nie na tym odcinku. Porośnięte czymś co przypomina jakieś koszmarne krzewy-pnącza. [jakie koszmarne? dlaczego od razu koszmarne? Mnie się podobały. Były płażące, miały igiełki i kuły!]. Wszystko to powiewa na wietrze. Aż żal, iż odgrodzone i zakazane – lecz tutaj to nie tylko cześć naturalnej schedy i atrakcji dla turystów. Bardziej być albo nie być. Potężna bariera odgradzająca od morza. Ciągle jeszcze go nie widać [ale w powietrzu już się go czuło i to dodawało nam wiary w powodzenie tej wyprawy!] lecz powoli zbliżamy się doń. Do nadmorskiego miasta. Wydmy kończą się nagle wysokim wałem skąd z wysokości kilkunastu metrów widać rozciągającą się plażę. Potężny bulwar-parking ciągnie się przez kilka km do centrum. Tego dnia przebyliśmy długą drogę, jesteśmy zmęczeni i pomimo naprawdę zapierających dech widoków z zachodem pomarańczowego słońca, morza tłukącego się z wiatrem w dole i zasypującego miasta-ośrodki wczasowe pianą i świstem, jednak nie jest nam do śmiechu. Nie stać nas na nocleg w hotelu, zresztą co to za przyjemność. Może innym razem, innego dnia i nie rowerami. Nie kiedy nęci perspektywa noclegu na piaszczystej plaży z falami i wiatrem. Tu w pobliżu miasta takiej możliwości jednak nie mamy. Nie mamy po co się wracać – długa droga pod górę. Nie zdążymy przed zmrokiem. Do przodu tylko miasto i może jakaś nadzieja na nocleg tuż za nim, za jakąś wydmą, gdzie nikt nie postawił budki z plastikowymi palmami. Jadę do miasta sprawdzić co za nim [ja za to pozwoliłam sobie na mały relaks, na metalowej ławce, z promieniami późno popołudniowego słońca odbijającego się srebrzyście w lekko zmarszczonej tafli Morza Północnego na twarzy, z resztkami turystów czekającymi na powrotny autobus i z głosami wyścigów rajdowych dobiegających z oddali], tymczasem mija godzina a słońce coraz niżej, już za chwilę połechce czuby fal. Wracam – decyduję się jechać pomimo, że nadzieja na wyjazd z miasta jest nikła – znalazłem szlak rowerowy, lecz kto powiedział, że nie skończy się 500 metrów za pierwszym słupkiem?Jesteśmy w centrum i mijamy drogowskazy – wpadamy między wydmy, skaczemy z góry na dół i tak wciąż, nic nie widać co mogłoby być za kolejną wydmą. Po prawej najwyższa, ciągnie się wzdłuż morza nieprzerwanie. Po ok półtorej km schodki prowadzące na szczyt i na plaże. Oraz odpowiednik europejskiej w pełnej krasie budki z piwem. I tabliczka z zakazami biwakowania. Następne kilka km mija w milczeniu. Żadnych przełomów – dookoła aż oczy chcą się śmiać do tych pofałdowań i krzewów o ostrych kolcach, tej drogi tak równej po której aż chciałoby się jechać – lecz jest wieczór. Lecz na plażę, która szumi wiatrem i falami nie sposób się dostać. A może to już tylko wiatr szumi a oddalamy się od morza? I co jeśli za piętnaście km dotrzemy do kolejnego nadmorskiego kurortu? Jest tak późno. [delikatnie to ująłeś...po prostu sidełka wchodziły nam już w ... a plecaki ważyły dwa razy więcej niż na początku.]
W końcu jest – i nawet tabliczka nie zabrania biwakowania. Ciągniemy się piaskiem w górę i ze szczytu widzimy nadchodzący mrok nad miasta po obu stronach – hen po lewej gdzieś daleko Europort, bliżej Noordvijk, po prawej już prześwitujący gwiazdami wschodzącymi na bulwarze Zandvoort. Diuna jest naprawdę wysoka na jakieś 15 metrów. Szusuję z niej w dół rowerem. Dopadamy grubych wbitych w ziemię słupów. Nauczony doświadczeniem jeszcze z Alp nie chcę pomimo najszczerszych chęci rozkładać namiotu nad samym morzem. Jeszcze nie wiem czemu, lecz dobrze, że tak nie zrobiliśmy. Na razie sznurujemy znalezionymi na plaży pozostałościami po materiale sztauerskim namiot do najbliższego słupa. Ustawiam ściany igloo tak, by maksymalny napór wiatru następował na jedno z czterech ramion stelażu. Zastanawiam się czy nawet z nami w środku namiot zwyczajnie nie odleci i jak wiatr będzie “kręcił” w nocy, gdyby nagle cała jego siła poszła na ścianę – połamie stelarz, albo podrze materiał... Na razie przygina go do ziemi, chłoszcze i wpina ściany do środka. Morze syczy i bije falami niecałe sto metrów od nas. Idziemy spać, lecz tej nocy raczej nie przespaliśmy więcej jak kilka godzin rozłożonych na krótkie raty. Łopoczące ściany namiotu wraz z bliskością morza, chochlikami i duchami wyjącymi na zewnątrz. I jeszcze księżyc, droga mleczna, kilka chmur drapieżnie rzucających się na gwiazdy i umykające z poparzonymi mackami, to wszystko nie daje zasnąć. Jesteśmy okropnie zmęczeni. Światła, gdzieś od strony Noordvijk. Odległe jak mgła umysłu i nagle otwieram oczy a one skaczą po ścianie namiotu, zaglądam przez wywietrznik i już wiem że samochód minie nas może o metr – wpadnie na słup odgradzający nas od niego, zmiażdży go i rowery, przetoczy się po nas. Mija nas z głuchym pomrukiem. Idę spać, budzę się, budzimy się, wiatr chyba lżeje, a może to ja robię się coraz bardziej senny.
I nagle jest już dzień, wiatr ciągle szaleje, chmury szare jak zmartwienie fruwają jak piana na mleku, a ja gonię fale i mewy z aparatem. Zbliża się 0600 rano. A morze goni mnie. I już wiem co to za słupy – znacznik najwyższego przypływu. Ok 0730 fale zagarniają ślady samochodu sprzed wejścia naszego namiotu, wlewają się do rynien jakie wykopałem usypując wał przeciw wiatrowy. [ja dalej słodko śpię, niczego nie świadoma...] Gonię mewy i zbieram muszelki. Przywiozę ich cały koszyk.
Śniadanie to majstersztyk – przygotowane w namiocie... nic się nie stało. Jeszcze... wygląda słońce. Wiatr, czyżby jeszcze bardziej zelżał? Rozkładamy karimaty i wylegujemy się na słoneczku, wiatr pieści twarze, odsypiamy noc. Zbieramy muszelki [i dostajemy kręćka na punkcie tych z dziurkami, właściwie to ja dostaję, zaczynamy szukać coraz bardziej oryginalnych prześcigając się w naszych zdobyczach, teraz część z nich wisi na sznureczku.]. W końcu chmury zamieniają się w kłaki. Z przerwami możemy się opalać, bądź leżeć w polarach. Idę się wykąpać. Nie wchodzę głębiej niż do kolan, za to fale się przewalają nad moją głową. Ani mi w głowie pływanie. Za to zabawa przednia. Wolę nie myśleć co mogłoby być gdybym polazł głębiej i fala zbiła mnie z nóg. Mógłbym mieć pecha [a ja zostałabym z dwoma rowerami, plecakami i jeszcze bym miała kłopot. Bardzo Ci dziękuje za Twą rozwagę! :)]
Powoli pojawiają się ludzie [niektórzy bardziej niekompletnie ubrani, po dokładniejszym zbadaniu terenu pojawiła się nam tabliczka z napisem Nudisten Strand...cóż, próbowaliśmy się dopasować, ale wiatr był zimny?]. Jeden, dwa, grupka, para z psiakiem wielkości sporej krówki. Spacerują – 20 km w tę i we w tę.
Kilka kolejnych dni to plaże, wydmy, ścieżki rowerowe, raz w rezerwacie ptactwa [Waseenar?], raz tylko wzdłuż morza... W Hadze zatrzymujemy się na dwa dni – znów na plaży – zachodzi słońce, przypływ zabiera maleńkie wysepki, a my zapominamy rozbić przy dziennym świetle namiot. [i mimo wcześniejszego doświadczenia, znów ten sam błąd, jak w piasku i po ciemku ściągnąć soczewki bez uszczerbku dla stanu oczu?]. Zbieramy kolorowe, półprzezroczyste i wszelkiej maści muszelki. Zwiedzamy miasto. Pałętamy się z rowerami po uliczkach, zadzierając głowy do góry i obłażąc sklepy. Jak nie ma wiatru, opalamy się – kiedy możemy się przed nim schować, raczej. Jeśli nie – trzęsiemy się z zimna. Bawimy się z falami, taplamy z lubością i znów wracamy do Hagii. Zaglądamy do portu. W międzyczasie nasz namiot stoi sobie w połowie drogi do Monster z bagażami, wśród plażowiczów i nic [tylko ślady ciekawskich mew, szczególnie jednej, która chciała się z nami zaprzyjaźnić, ale zabrakło jej odwagi]... lecz do tego już się przyzwyczailiśmy. Chyba bolało mnie gardło. Kończymy sielankę, udajemy się do Hoek van Holland, pózniej klucząc, gubiąc i znajdując pośrednie drogi docieramy wśród siąpiącego deszczu do Masslus i Rozenburg. Czyżby to już koniec pogody? Uśmiecha się do nas słońce. Przeprawiamy się raz czy dwa razy. Dwa. Mostem docieramy na wyspoę Voorne. Przecinamy ją drogą 57 – prowadzi w dół, a nam się spieszy. Docieramy do raju jakim jest wyspa Overflakke. Ukryta za wielkim mostem. Skręcamy na Havenhoofd i teraz już całkowicie gubimy się wsród pól, ścieżek, ulic, lasów, wiosek które są tu i tam i wszędzie i jakieś kościoły jak spichlerze i domki, ulice i każda inaczej niż na mapie i znów się ściemnia i przecież plaże, wielkie plaże tylko jak dotrzeć skoro drogi umykają. W końcu znajdujemy jedną wsród ostrokrzewów z pomarańczowymi kuleczkami... tłuczemy się białymi alejkami, i ciągle nie ma morza.
Nagle jest i wówczas śmiech – tak płaska i długa ta plaża. I nikogo w ogóle, pusto. Cicho.
Bawimy się aparatem, fotografujemy siebie, rowery i jak zwykle zapominamy rozbić namiot. Wodę mamy jeszcze na dziś i rano – potem krucho. Daleko, na mapie 3,5 cm latarnia morska. Chłoszcze ciemności, wiatr ustał i tak cichutko... tylko muszle których tu nagle pełno, takie strasznie długie, chrzęszczą i gryzą stopy jak oszalałe. Nagle uświadamiam sobie, że to wszystko tu jest przecież ogromnym, ominiętym przez wiatr cmentarzyskiem. Nie przygnębia mnie to jednak a tylko potęguje efekt ciszy. Idziemy do morza. I tak z piętnaście, dwadzieścia minut. Jest tak okropnie daleko i pierwszy raz widzę, by horyzont mógł się zbliżać. A to morze. Ono się rusza. Pochłania plażę, pokrywa ją cieniutkim filmem i pofalowane delikatnie jak czasem piasek na wydmach pochłania płaską plażę – centymetr na pięć mrugnięć oka. Jakby kto rozlał wodę na szkle. Stoimy urzeczeni.
Kiedy po powrocie znajdujemy dziwnym trafem nasz namiot idziemy spać. Po raz pierwszy jest tak cicho. Czasem jakiś zagubiony podmuch zaszaleje ospale z krzewami gdzieś za nami. Cichutko.
Dzień wdziera się i tego dnia znów obijamy się rozleniwieni i spokojni do południa. Wygania nas brak wody. Cały ranek taplaliśmy się w kałużach pozostawionych przez morze i w szlamie polowaliśmy na muszle strasząc mewy. Jak zwykle pomimo przejmująco zimnej wody i braku fal nie zapomniałem popływać i nacieszyć się beztroską. Suszymy muszle. Rozdzielamy te które można by zabrać i zostawić. Bierzemy wszystkie nieomal.
Autostradą rowerową dojeżdżamy do latarni na krańcu wyspy i zawracamy naokoło do środka. Wczoraj prawie dotarliśmy do Oudorp, dziś na stacji napełniamy butelki. [benzynowej... woda raczej była przeznaczona do mycia samochodów... wolę w to głębiej nie wnikać] Uffff. Umykają dni a nam nigdzie się nie spieszy. Okrężną drogą naokoło Stellendam wracamy mostem na Voorne. Burza goni nas z mostu, goni nas, straszy, mami nagłymi zwodami i nagle piętrzy się, już czuję przeciwny wiatr pod chmurę, będzie piekło. Uderza przed Hellevolleustis. Puszczają mi nerwy. Bez sensu, nie wiadomo dlaczego, po cholerę ja się tak przejmuję. Stoję pod okapem, a obok nas upadają ciężkie krople i z każdym uderzeniem powoli się uspokajam. Po co. Skąd ta wściekłość.
Powietrze jest tak czyste i chłodne. Kierujemy się na Rockanje. Dzwonię do domu. Nikt nie odbiera. Moja Mama wylądowała w szpitalu. Serce. Znów kilka godzin pod kroplówka. Do nowego roku będzie tam ponad trzydzieści razy.
Dziękuję wam konowały, którzy zwiecie się doktorami, dziekuję wam, którzy konowałom wystawiliście papiery na podstawie których ci wyciągają od ludzi dodatkowe pieniądze, tytułem czegokolwiek. Dziękuję wam osły mieniące się ministrami, dziękuję wam kolejne rządy za kolejne reformy, których wcześniej nie przetestowano na szczurach. [...] jeśli znasz tę wściekłość, która pali, i gdy patrzysz w me oczy, boisz się, że uderzę, zawrzyj proszę w słowach prostych jak kopniak i wklej tutaj [...] Tangerin^ wiosna 2001.I dziękuję tym kilku wariatom, którzy na przekór modom i ciężkim czasom w swój zawód wkładają talent, poświęcenie... dzięki którym żyję i nie jestem kaleką. Tak was mało i tak trudno was w tym bagnie znaleźć.
Znów kurort i ja nie chcę, nie życzę sobie tych ludzi szwendających się tutaj, nie chcę ich nawet kilometr ode mnie, chcę stąd jechać dalej jeśli tylko istnieje szansa na cokolwiek innego. Zimno, chłód wszędzie tu przeszła burza, która nas tylko zawadziła. Nagle są tu lasy, pełne starych gęsto rosnących drzew, domy na palach, gdzieś tam podobno, mgła wygląda z oddali i snuje się w zieleni. Znów coraz później. Mijamy uliczki Oustvoorne i w lewo mapy w kierunku na Masvlakte. Zatrzymać się już tu nad kanałem? Zmarniałe ciała chcą, lecz ja czuję, wiem, że tam przed nami jest ładniej, puściej, przestrzenniej... kiedyś mnie to przeświadczenie, ta pewność, zabije.
Lecz tym razem jeszcze jest. Plaża, wielka i ubity na niej piasek. Rozpędem wtaczamy się podskakując, łup, cup na wybojach. Chowamy się w jakiś usypanych pośrodku mini wydmach. Namiot już jest a ja dostaję małej głupawki, nagle wszystko co złe ucieka.
A byłbym zapomniał. Kiedy wróciliśmy później z rekonesansu i po stwierdzeniu smutnego faktu, że to jednak morze tak śmierdzi, odpieczętowaliśmy najlepszy lek na dusze i pomalutku, powoli spijaliśmy piwo i ajerkoniak [zapomniałeś o ogromniastej butelce sangrji...i to wszystko przywiezione na własnych plecach. Jak człowiek potrafi się poświęcić. :)].
Rankiem znów bardziej z nudów niż z potrzeby walcząc z zielonymi połaciami glonów umyliśmy się w morzu. Było wesoło, gdyż co chwilę coś, nie do końca wiadomo co, uciekało spod nóg.
I co teraz? Jeszcze prawie 5 dni do autokaru [jak się później okazało zostały nam tylko cztery, łatwo zgubić się w czasie takiej podróży w rachubach. W związku z tym, nasz przedostatni dzień był istnym wyścigiem z czasem. Tak się rozpędziliśmy, że nawet nie zauważyliśmy, jak wjechaliśmy w granice Rotterdamu]. Już teraz do Rotterdamu? Ale jeśli oddalimy się od plaż będziemy mieli gdzie spać, ale co to za radość... nie będzie wody, mew, kąpieli – będziemy brudni... i w ogóle. Wracać nie ma po co. Zostać tu? – śmierdzi.
Więc jedziemy drogą troszkę naokoło na Masvlakte. Mijamy kolej, port, statki w kanałach, cały ten harmider i dojeżdżamy za wiatrakami i latarnią do największego sztucznego zbiornika na szlam. Pniemy się pod górę, jest tak sucho, lecz ciepło. Słońce oszalałym okiem spogląda z nieba. Ciepło i wietrznie. Mozolnie po płaskim i jeszcze gorzej pod górę. Po drodze, jakoś dziwnie przemielone gryzonie, trochę drapieżnego ptactwa w locie i resztki sów. Umyka to mej uwadze. Wiem, że to widzę i widząc śmierć przykro mi, lecz coż...
Znów się nam udaje. Może nie ma tu wody a to co mamy nie starczy na długo. Lecz słońce tak pieści fale, morze, niebo tak niebieskie i piasek tak zaprasza by się na nim położyć. Z wału osłaniającego zbiornik po którym podąża droga widać to wszystko - jest tak pięknie. Zostawiamy rowery, przypinamy je... plaża ogromna, naokoło jedna, dwie, trzy ludzkie figurki paradoksalnie tworzą tłok. Nikt się do nikogo nie garnie, każda grupka dobrze czuję się w swym towarzystwie, jakiś człowiek z latawcem orze plażę ciągnięty linkami. Namiot, karimaty i byczymy się podziwiając latawiec. I znów kąpiele, kamyki i muszelki, wieczorem wiatr niesie kurzawę i gwiazdy nad nami. Rankiem w świetle jak ospałe cosie snujemy się, gdyż nie dociera do nas, iż jest dzień. Zbieramy wszelkie patyczki, trawki wyrzucone przez fale. Kończy się gas. Więc będziemy mieli ognisko. Wykopuję jamę daleko za namiotem by jakaś niesiona wiatrem iskra nie zniszczyła naszego domku i już gotujemy herbatę. Po wodę jadę gdziekolwiek i po kilku kilometrach trafiam na coś w rodzaju mariny – nic. Opuszczona – kolejna – bingo. I kolejny dzień nie robimy nic prócz snu, prócz wody i pluskania się w niej, spacerów , jeżdżenia rowerem po najbliższej okolicy a po południu z 15 km po kukurydzę i w ogóle. Później górą przez nawiany piasek dojeżdżamy do końca zakręconego cypla. Robimy wyprawę po drzewo. Pełno uschłego leżało nie wiadomo skąd obok drogi. Wtaczam się z plecakiem pełnym kukurydzy i drzewa na górę. Serce tłucze...Tego wieczoru z ogniskiem, wiatrem, kukurydzą, piaskiem rozgrzanym pod ogniskiem gdzie chowamy zmarzniete wiatrem stopy nie zapomnę. Jak i całego dnia. Kolorowych herbat pachnących ogniskiem, kubeczków z budyniem. Poranku na pustyni świata zapełnionego ospałymi nami, mewami i wiatrem.
[a potem jeszcze był Rotterdam. Ale to już kompletnie inny klimat, inne miejsce, inni ludzie. Zupełnie nie holenderski. Nie tak magiczny jak Amsterdam. I bardziej niebezpieczny. Ładny dopiero, gdy noc go okrywała i rozjarzał się światłami dziwacznych biurowców. Chociaż i tu były malutkie radości, jak króliki czmychające nagle nocą spod nóg na kempingu. A potem jakiś żal, nawet przemykający pomysł, by w jakiś magiczny sposób zabrać ze sobą do Polski te rowery. Zostały, została też cząstka nas na placu moknącym w deszczu... A potem był autokar. A reszta niech będzie milczeniem...]
Plan wyjazdu:
Amsterdam, Broek in Waterland, Edam, NoordHollands Kanal, Haarlem, Zandvoort, Nordvijk, Den Haag, Hoek van Holland, Voorne, Goeree, Overflakke, Rotterdam.