02.08.2006
Dziś o godzinie 8 z Kluczborka ruszyłem na trasę tegorocznej wyprawy. Około południa spotkam się z moim kompanem - Wojtkiem w Krapkowicach. Z Krapkowic ruszymy na południe przez Kędzierzyn-Koźle i Racibórz w kierunku granicy czeskiej. Pierwszy nocleg planujemy już w Czechach w miejscowości Trinec.
07.08.2006
Jesteśmy właśnie w Serbii w miasteczku Kula. Tutaj śpimy u naszego znajomego - Ernesta, tutaj również mam możliwość skorzystać z komputera i Internetu, a wiec po kolei, co wydarzyło się przez ostatnie dni. Wyprawa rozpoczęła się mocnym akcentem, jakim było przejechanie przeze mnie w pierwszy dzień prawie 200 kilometrów. Pierwszy nocleg tak jak zakładaliśmy, mieliśmy już w Czechach u naszego znajomego, który zaoferował nam spanie w warunkach typowo hotelowych (łazienka, prysznic, spanie pod kołderką). Drugiego dnia dotarliśmy na Słowację. Tego dnia także wspinaliśmy się na nasza pierwsza przełęcz położoną 750 m.n.p.m. Pomimo niewielkiej wysokości, podjazd sprawił nam wiele kłopotów, gdyż nachylenie drogi było bardzo duże. Mało brakowało, aby na zjeździe z przełęczy

zakończyła się nasza wyprawa. Gdy zjeżdżałem, bowiem, i na liczniku pojawiła się prędkość 60 km/h...wypięła mi się przyczepka. Kilkakrotnie przekoziołkowała, i po ok. 30 m. zatrzymała się na środku drogi. Ja po awaryjnym hamowaniu wylądowałem po lewej stronie drogi. Na szczęście...przyczepka cala i zdrowa, rower cały i najważniejsze - ja cały i zdrowy. Pomimo sporej dawki adrenaliny kontynuowaliśmy jazdę. Wieczorem dotarliśmy do miasta Prievidza, gdzie nocowaliśmy u Ondreja, z którym kontaktowałem się wcześniej przez internet. Po kolacji, i prysznicu spędziliśmy bardzo fajny wieczór w pobliskim pubie. Po powrocie ponownie spanie pod kołderką :). Było jednak stanowczo za dobrze jak na warunki wyprawowe. Trzeci dzień jednak wyrównał warunki do normalnego poziomu. Trzeci dzień rozpoczęliśmy od jazdy w deszczu. Po 10 km byliśmy już cali mokrzy. Nasze pseudo-kurtki zamiast chronić przed deszczem - pochłaniały go jak gąbka. Po 15 km musieliśmy się zatrzymać. Po godzinnej przerwie rozpoczęliśmy dalsza jazdę. Po krótkim czasie rozpoczął się kolejny podjazd, tym razem dłuższy, ale o mniejszym nachyleniu. Na górze widoczność była beznadziejna, gdyż panowała spora mgła. Zjazd zaś udało pokonać się nam całkiem bezpiecznie. Tego samego dnia także, przekroczyliśmy granice słowacko-węgierską. 15 km od granicy rozbiliśmy się pierwszy raz w namiocie - nad Dunajem. Namiot rozkładaliśmy ponad godzinę. Następnego dnia ruszyliśmy w stronę Budapesztu. Po odrobinę uciążliwym dojeździe do centrum, rozpoczęliśmy zwiedzanie centrum miasta. Po drodze nie obyło się bez problemów technicznych (złapałem gumę, Wojtek musiał wymieniać szprychę). Po Budapeszcie przyszedł czas na dalsza cześć Węgier. Prawie całą cześć Węgier przemierzyliśmy nielegalnie, poruszając się po drodze gdzie obowiązywał zakaz poruszania się rowerów. Czwartego dnia mięliśmy małe problemy ze znalezieniem noclegu, gdyż na Węgrzech bardzo trudno dogadać się po angielsku czy po niemiecku. Jednak bez znajomości języka udało się nam przenocować w ogródku jednego z węgierskich rolników. Następnego dnia kontynuowaliśmy podróż, tym razem trochę w gorszych warunkach (pod wiatr). Tego dnia tez po małych problemach i po odcinku gdzie poruszaliśmy się autostrada dotarliśmy do Serbii. Nocleg zorganizowaliśmy ok 30 km za granicą w miejscowości Palic. Tam pomógł nam poznany przypadkowo rowerzysta. Dzisiaj wyruszyliśmy bardzo późno jak na nas, bo po 9, wstaliśmy dopiero po 7. Przejechaliśmy 60 km i postanowiliśmy nocować u naszego znajomego - Ernesta. Tutaj mamy pierwsza od 4 dni okazje żeby umyć się :).
09.08.2006
Wczorajszy dzień rozpoczęliśmy od śniadania przygotowanego przez Ernesta a potem ruszyliśmy na trasę z Piotrkiem, który odprowadził nas 50 km do granicy chorwackiej. Wcześniej zawitaliśmy do znajomego serwisu rowerowego, aby dokonać kilku poprawek. Później przemierzyliśmy Chorwacje, aż 5 km. Z Chorwacji ponownie wjechaliśmy do Serbii. Tego dnia postanowiliśmy, iż dojedziemy do miejscowości Zvornik, gdzie wcześniej mieliśmy umówiony nocleg u znajomego. Ok 14 wjechaliśmy do Bośni. Zamiast spodziewanej biedy w tym kraju przeze mnie, zastaliśmy normalny kraj, całkiem jak Polska. Jedynie trochę zapuszczone i zrujnowane budynki przypominają ze jesteśmy na Bałkanach. Najgorsze było to, iż wszystkie nazwy miejscowości podane były tylko i wyłącznie w cyrylicy, dlatego też mieliśmy spore problemy z nawigacja. Do tego jeszcze Bośniaccy kierowcy - cały czas trąbią! Wieczorem dotarliśmy do Zvornika. Na liczniku pojawiło się już ponad 180 km. Tam spotkaliśmy Dusana, który pokazał nam miejsce, w którym mieliśmy spać. Całkiem nieźle, choć tym razem tylko zimna woda i zimny prysznic. Po kolacji wybraliśmy się na imprezę, tzn. na festiwal, którego główna atrakcja był zespół folkowy z Belgradu. No cóż, nie często bywa się na festynie w Bośni :). Ze zdjęciami i przesyłaniem ich na stronę niestety mamy kłopot, bo wszyscy tutaj maja bardzo słabe łącza. Dlatego na razie nic nie podeślemy. Dziś przed nami dolina rzeki Driny i początek gór. Nadchodzą ciężkie, ale bardzo ciekawe czasy :). Już wkrótce Czarnogóra, a także...Albania, a czemu by nie :) CDN
Więcej informacji na
https://wyprawy.ovh.org/adriaticexpress.htm
BikeWorld.pl jest oficjalnym patronem medialnym wyprawy.