DANIA – 30.06-2.07
Trudno uwierzyć, że prawie rok minął od naszych ostatnich rowerowych wycieczek. Ukrainę i Mołdawię wspominamy ze szczerym wzruszeniem.
W tym roku mamy do przejechania około 4 tys. km, a znając życie i nasze coroczne wyliczenia – zapewne wyjdzie tego znacznie więcej. Całość trasy planują pokonać cztery osoby: ja, pan Witek, Bob – Szkot z Walii (wspaniały kompan węgierskich muzealnych eskapad) i Sigitas – szef wszystkich szefów.
Ciężko mi cokolwiek stwierdzić na temat piękna Kopenhagi. Przyjechaliśmy wieczorem, więc mieliśmy niewiele czasu na bardziej konkretne zwiedzanie miasta. Rundka nad kanałkiem w asyście litewskiej grupy, która przyjechała odebrać nas z promu, i na kemping spać. Najważniejsze jednak zaliczyliśmy – pogładziliśmy słynną nadmorską Syrenką po udach, co oznacza, że nasza wyprawa obfitować powinna w romanse. Legenda mówi, że kto dotknie syrenkowego uda, temu będzie się szczęścić w miłości. Zobaczymy. Póki co, mogę tylko powiedzieć, że raczej się na to nie zanosi.
Duński odcinek trasy był nadzwyczaj przyjemny i mało uciążliwy. Upały dawały się wprawdzie dosyć mocno we znaki, ale nikt na nas nie krzyczał, żaden nadpobudliwy uczestnik nie chciał nas porąbać na kawałki (bo w poprzednich latach tak się właśnie zdarzało), ścieżki rowerowe są tu świetnie przygotowane, a kierowcy mili – nie trąbią, przepuszczają rowerzystów i pieszych. Ogólnie rzecz ujmując – nic ciekawego. Nawet nie zdążyliśmy nabrać prawdziwego CROTO-zapachu, bo przeważnie było się gdzie umyć, chociaż za wodę trzeba tu płacić. Raz tylko nie było prysznica, ale nie zjawił się również właściciel kempingu (chyba był to raczej ogródek przy jakimś domu kultury), więc nie musieliśmy płacić za noclegi. Złamałam też tyczkę od namiotu, i chociaż skleiłam taśmą izolacyjną (co w sumie niewiele pomogło), to śpię teraz w czymś bardzo niekształtnym, częściowo leżącym na ziemi – całkiem CROTO. Czekam na pierwsze deszcze.
Starym zwyczajem pożywiamy się siedząc głównie pod supermarketami. Nie wyglądamy wprawdzie j e s z c z e jak bezdomni, nie przyciągamy ciekawskich i współczujących spojrzeń przechodniów, ale pomału wczuwamy się w atmosferę. Łapiemy klimat.
Nie mieliśmy także zbyt wielu okazji do zwiedzania. Co było super, to (chyba) kredowe klify, nad które wybraliśmy się pewnego wieczora o zachodzie słońca = romantyczny aspekt naszej wyprawy.
Poza tym spokojnie i bez ekscesów. Aż do granicy. Umówiliśmy się z Sigitasem o 18.00 przy wejściu na prom, którym mieliśmy płynąć do Niemiec. O 18.15 trochę się już zaniepokoiliśmy, więc zaczęliśmy nękać go telefonami. Okazało się, że poszedł na plażę, zegarek zostawił przy rowerze i wdał się z kimś w fascynującą rozmowę. Jednak Sigitas, jak to Sigitas – pan „everything is under control” – wyrobił się i przystąpiliśmy do kupowania biletów. Nie miałam pieniędzy, bo bankomatu, ani kantoru nie znalazłam, a Sigitas pogubił karty kredytowe. W krytycznym momencie karty się jednak odnalazły, więc część kwoty zapłaciliśmy przy ich pomocy, część w duńskich koronach, część pieniędzmi, które pożyczyłam od Boba. (Jak zwykle wszystko pod kontrolą.) Cała podróż upłynęła nam na podliczaniu, kto co jest komu winien i za co. Ale w końcu poczyniliśmy wszystkie niezbędne ustalenia i pojechaliśmy na nocleg (tym razem na sali gimnastycznej) z niemieckim koordynatorem i przewodnikiem Peterem. W naszej beztrosce zapomnieliśmy jednak o kierowcy i został biedaczek gdzieś pod promem – z naszymi rzeczami – co najgorsze. Próbowaliśmy się do niego dodzwonić, ale się to nie powiodło. Sigitas stwierdził więc, że na pewno wszystko będzie dobrze, więc nie ma się co martwić. No i rzeczywiście. Jakimś cudem spotkaliśmy się 200m przed miejscem noclegowym. Życie jest jednak pełne miłych niespodzianek.
NIEMCY – 3.07-6.07
Niemiecki odcinek był w gruncie rzeczy bardzo podobny do odcinka duńskiego, a każdy dzień do wszystkich innych. Super organizacja, porządek i ogólnie cacy. Coś strasznego.
O 8.00 map meeting. Potem przydziałowe świeżutkie bułeczki – i w drogę. Ścieżka rowerowa cały czas wiedzie wzdłuż morza i w większej części nad samym brzegiem, co niestety skutkuje tym, że dosyć silnie wieje, więc mamy szanse na boskie kolarskie łydki.
Na uwagę zasługuje fakt, że Peter bardzo wczuł się w rolę przewodnika, a nawet opiekuna i codziennie rysował na trasie strzałki tak, że nie musieliśmy nawet patrzeć na mapę i czuliśmy się trochę jak harcereczki bawiące się w podchody. Było to nawet dosyć przyjemne, ale zupełnie nie CROTO. Żadnych spektakularnych zaginięć, akcji poszukiwawczo-ratunkowych. Nic.
W Rostoku umówieni byliśmy pod ratuszem z prasą, ale prasa się nie zjawiła. Chyba, że prasa to była kobietka, która się tam kręciła i wypytywała o coś Petera. Zrobiła nam też zdaje się zdjęcie, więc to w sumie całkiem możliwe. Nazajutrz oglądaliśmy fascynujący film o budowie mostu w centrum informacji pod tym właśnie mostem. Niezapomniane przeżycie. Peter wspominał też, że mieliśmy przeciw czemuś demonstrować – ale nie bardzo było wiadomo przeciw czemu i o co w ogóle chodzi. No i w końcu nie demonstrowaliśmy. Szkoda.
I jeszcze wizy do Rosji. To jakaś kompletna masakra. Nie przypuszczałam, że wjazd do tego kraju może się okazać aż tak skomplikowany. Wymagane są dziwne ubezpieczeniowe papierki, których oczywiście większość ludzi nie ma, więc nie wiadomo, co z tego w ogóle wyjdzie. Póki co wnioski, paszporty i tym podobne pojechały do Warszawy, gdzie Maryla będzie dzielnie walczyć z konsulatem. Mam nadzieję, że nasza paczka trafi w jej ręce – i tu kolejna CROTO-przygoda – gdyż pan kierownik pociągu, którym pakiet wysłaliśmy zapomniał kwitów na przesyłki i powiedział, żebym lepiej wysłała ją jakoś inaczej. Ale że inaczej – a tym bardziej później – wysłać jej nie mogłam, jako pokwitowanie dostałam bazgrołek na kawałku brązowej tekturki. Potem pan rzucił paczkę (w której było również 700 euro) na sierdzenie w otwartym przedziale, po czym sobie wyszedł. Poziomem beztroski przewyższa chyba samego Sigitasa. Poprosiłam go, żeby schował nasze zawiniątko – plastikową kopertę okręconą taśmą klejącą pożyczoną od pani w budce z zapiekankami – do torby. Schował. Powiedział też, żebym przyszła następnego dnia na dworzec, bo on będzie wracał do domu i może mi wtedy dać ten kwitek. Jasne. Już słychać moje drobne kroczki na dworcowej posadzce.
W końcu w Polsce. Może spotkają nas tu wreszcie jakieś niemiłe przygody, bo póki co jest zdecydowanie za pięknie jak na CROTO-wyprawę.
POLSKA - 07–15.07
Tak jak można było przypuszczać Polska nie zawiodła w CROTO-sprawkach. Czas umilali nam przede wszystkim przychylnie nastawieni do rowerzystów kierowcy, z którymi z powodu braku ścieżek rowerowych, mieliśmy co chwilę do czynienia. Trąbili przyjaźnie i co chwile udawali, że chcą nas rozjechać. Drugą atrakcją były piaski na ścieżkach - kiedy już się jakieś trafiły – nieraz kilkukilometrowe, przez które trzeba było rowery przepchnąć, a dodajmy, że cześć osób jeździ z całym ekwipunkiem, więc z pewnością wspominają te odcinki z rozrzewnieniem. Nie zapominajmy również o deptakowych tłumkach – szczególnie miłych rowerzyście, który musi przejechać przez wszystkie te gofrowo-rybkowe kurorty. Na ich brak na polskim wybrzeżu narzekać akurat nie można. W Polsce dopadła nas również pierwsza burza – na szczęście w nocy – i pierwszy nieupalny, a nawet dosyć pochmurny i chłodny dzień. No i jakaś zmiana otoczenia – po płaskich ścieżkach pod wiatr brzegiem morza, zaczęły się górki i dołki – naturalnie również pod wiatr, żeby przypadkiem nie było nazbyt przyjemnie. Ale lepsze już chyba to, niż nudy na polnych dróżkach.
Zaczęliśmy się też trochę ukulturalniać, z czego niektórzy uczestnicy wyprawy są zapewne bardzo zadowoleni, gdyż uważają, że dzień bez zwiedzenia muzeum, czy chociażby kościoła, jest dniem straconym. Zwłaszcza miłośnicy kościołów mogą się wreszcie poczuć spełnionymi turystami. Obejrzeli resztki kościoła w Trzęsaczu, po którym została jedna ściana, a jeszcze w XV wieku znajdował się o około 1800 metrów od morza. Tego samego dnia – kolejny kościół – w Trzebiatowie – to nie jest takie do końca pewne, ale zdaje się, że jest najwyższym kościołem w Polsce. Jak nigdy spotkaliśmy się również całą grupą, żeby zwiedzić skansen wsi (no właśnie – jakiej? Kaszubskiej może?) w Klukach. Nawet ciekawe, ale półtorej godziny to zdecydowanie za długo, żeby chodzić w upale między chatynkami. Na szczęście po wyjściu ze skansenu natknęliśmy się na babuszki sprzedające domowe wypieki, co znacznie poprawiło nam humory. Nie zabrakło również innych okazji do pozwiedzania, ale że zwiedzanie jest tu u nas raczej dobrowolne, to niewiele mi na ten temat wiadomo.
Także integracja przebiega w dobrym kierunku. W Międzyzdrojach mieliśmy pierwszy wieczorek zapoznawczy. Było to dosyć traumatyczne przeżycie - około pięćdziesięciu uczestników, z których każdy musiał opowiedzieć coś o sobie, a to z kolei było tłumaczone odpowiednio na polski albo angielski. Dwa lata temu robiliśmy takie wieczorki co tydzień. Mam nadzieję, że to się więcej nie powtórzy. Na szczęście winko, piwko i zakąski pozwoliły nam jakoś przetrwać ten wieczór, który niespodziewanie przeciągnął się dla co poniektórych do późnych godzin nocnych. Ale to tylko taki epizod, bo w ogóle mało degustujemy w tym roku, nad czym oczywiście ubolewam. I nie tylko ja.
Noclegi są w Polsce zdecydowanie bardziej CROTO niż w Danii czy Niemczech, ale i tak do prawdziwych CROTO-standardów jeszcze im bardzo daleko. Woda, chociaż czasem zimna, zawsze jest. Póki co nie mamy więc co marzyć o swojskim smrodku, który towarzyszy nam podczas wypraw. Ciągle nie pada, więc nic też za bardzo nie gnije. Śpimy przeważnie na kempingach, w Gdańsku w szkole i raz na polu namiotowym nad jeziorem koło Chmielna, gdzie prysznic znajdował się w plastikowej budce, takiej samej jak kibel, ale za to woda była podgrzewana, więc cały czar szybko prysł.
Poza tym nic się nie dzieje. Spokój. Żadnych większych wpadek. Nawet te mniejsze trudno jest mi sobie przypomnieć. Żadnych bójek. Żadnych kłótni. Żadnych ekscesów. Nic. Spokój. Chodzę spać najpóźniej chyba ze wszystkich, bo zawsze mi się na wieczorne przechadzki zbierze, i kończę w wyrku między trzecią a piątą w nocy, i widzę jak jest spokojnie.
Nawet z wizami się wszystko dobrze ułożyło. No może nie tyle z samymi wizami, bo to w ogóle to jakiś koszmar, ale z paszportami i pieniędzmi, które pojechały do Warszawy z pokwitowaniem na szarym papierku. Kierownik pociągu dzwonił w nocy do Maryli, żeby się zapytać, czy na pewno otrzymała przesyłkę. I takie właśnie rzeczy się dzieją, kiedy nam tu trzeba przygody. Zaginione paszporty. Ludzie zatrzymani na granicy za przemyt spirytusu w ramie rowerowej. Cokolwiek. A tu nic. Nic.
Zaczęliśmy też starym zwyczajem urządzać sobie pikniki pod sklepami. Ludzie patrzą dziwnie i podejrzliwie na smrodliwych brudasów zajadających na betonie kanapki z kiełbasą grubości chleba, albo – uwaga, moja specjalność – kanapki z ciastkiem i popijających herbatę z menażek, ale można przywyknąć.
OBWòD KALININGRADZKI – 16–18.07
Przekraczanie granicy przebiegło raczej spokojnie, chociaż trwało dosyć długo. Zaraz za granicą zatrzymaliśmy się w barze na kuszanie. Zamówiliśmy pielmieni – małe pierożki z mięsem, przypominające uszka do barszczu. W zeszłym roku były podstawą ukraińskiej diety.
W Kaliningradzie spaliśmy w namiotach pod hotelem, ale mogliśmy korzystać z łazienek. Mieliśmy też do dyspozycji altanki, z których zrobiliśmy wieczorem (i potem w nocy) odpowiedni użytek. Następnego dnia pojechaliśmy na śniadanie pod supermarket. Rozstawiliśmy wielką butlę i na wielkiej patelni usmażyliśmy wielkie naleśniki. Z nutellą, dżemem, jogurtem i bitą śmietaną o smaku truskawki. Zdecydowanie zaczynamy łapać klimat.
Kaliningrad jest dosyć paskudnym miastem, więc trudno mi zrozumieć jak można spędzić tu całe życie. Kant widocznie to rozumiał, bo prawie nigdy się stąd nie ruszał. Znajduje się tu jego grób i pewnie kilka pomników, o czym przypomniałam sobie dopiero kiedy wyjechaliśmy z miasta. Nie ma to jak bystrość filozoficznego umysłu.
Nie pamiętam w jakiej miejscowości był kolejny nocleg, w każdym bądź razie – na nowo otwartym kempingu nad jeziorem – z knajpą, ale jeszcze bez toalet i pryszniców. Jak zwykle strasznie się grzebaliśmy, zatrzymując się gdzie tylko można, więc nie zdążyliśmy na spotkanie z grupą, w wyniku czego nie wiedzieliśmy jak trafić na nocleg. Na szczęście, kiedy jedliśmy pod sklepem zakąski przed kolacją, przyjechali ludzie i nas tam zaprowadzili.
Z wyjazdem z Obwodu i z wjazdem na Litwę nie było najmniejszego problemu. Każdy przekraczał granicę indywidualnie, więc nie było nawet kolejki. Czyżby zaczynał się kolejny przyjemny etap naszej wyprawy?
Więcej informacji na temat wyprawy znajdziecie na stronie https://www.bicycle.pl/
BikeWorld.pl jest oficjalnym patronem medialnym wyprawy.
Foto: https://bicycle.lt
Relacja z trasy BaltiCCycle 2006.
<a href=javascript:Fotka('ppg_fotki/foto_big/8_5958_02_08_06.jpg','','')><img src=ppg_fotki/foto_small/8_5958_02_08_06s.jpg border=0 align=right vspace=5 hspace=5></a><b>DANIA 30.06-2.07</b> Trudno uwierzyć, że prawie rok minął od naszych ostatnich rowerowych wycieczek. Ukrainę i Mołdawię wspominamy ze szczerym wzruszeniem. W tym roku mamy do przejechania około 4 tys. km, a znając życie i nasze coroczne wyliczenia zapewne wyjdzie tego znacznie więcej. Całość trasy planują pokonać cztery osoby: ja, pan Witek, Bob Szkot z Walii (wspaniały kompan węgierskich muzealnych eskapad) i Sigitas szef wszystkich szefów.
DANIA – 30.06-2.07
Trudno uwierzyć, że prawie rok minął od naszych ostatnich rowerowych wycieczek. Ukrainę i Mołdawię wspominamy ze szczerym wzruszeniem.
W tym roku mamy do przejechania około 4 tys. km, a znając życie i nasze coroczne wyliczenia – zapewne wyjdzie tego znacznie więcej. Całość trasy planują pokonać cztery osoby: ja, pan Witek, Bob – Szkot z Walii (wspaniały kompan węgierskich muzealnych eskapad) i Sigitas – szef wszystkich szefów.
Ciężko mi cokolwiek stwierdzić na temat piękna Kopenhagi. Przyjechaliśmy wieczorem, więc mieliśmy niewiele czasu na bardziej konkretne zwiedzanie miasta. Rundka nad kanałkiem w asyście litewskiej grupy, która przyjechała odebrać nas z promu, i na kemping spać. Najważniejsze jednak zaliczyliśmy – pogładziliśmy słynną nadmorską Syrenką po udach, co oznacza, że nasza wyprawa obfitować powinna w romanse. Legenda mówi, że kto dotknie syrenkowego uda, temu będzie się szczęścić w miłości. Zobaczymy. Póki co, mogę tylko powiedzieć, że raczej się na to nie zanosi.
Duński odcinek trasy był nadzwyczaj przyjemny i mało uciążliwy. Upały dawały się wprawdzie dosyć mocno we znaki, ale nikt na nas nie krzyczał, żaden nadpobudliwy uczestnik nie chciał nas porąbać na kawałki (bo w poprzednich latach tak się właśnie zdarzało), ścieżki rowerowe są tu świetnie przygotowane, a kierowcy mili – nie trąbią, przepuszczają rowerzystów i pieszych. Ogólnie rzecz ujmując – nic ciekawego. Nawet nie zdążyliśmy nabrać prawdziwego CROTO-zapachu, bo przeważnie było się gdzie umyć, chociaż za wodę trzeba tu płacić. Raz tylko nie było prysznica, ale nie zjawił się również właściciel kempingu (chyba był to raczej ogródek przy jakimś domu kultury), więc nie musieliśmy płacić za noclegi. Złamałam też tyczkę od namiotu, i chociaż skleiłam taśmą izolacyjną (co w sumie niewiele pomogło), to śpię teraz w czymś bardzo niekształtnym, częściowo leżącym na ziemi – całkiem CROTO. Czekam na pierwsze deszcze.
Starym zwyczajem pożywiamy się siedząc głównie pod supermarketami. Nie wyglądamy wprawdzie j e s z c z e jak bezdomni, nie przyciągamy ciekawskich i współczujących spojrzeń przechodniów, ale pomału wczuwamy się w atmosferę. Łapiemy klimat.
Nie mieliśmy także zbyt wielu okazji do zwiedzania. Co było super, to (chyba) kredowe klify, nad które wybraliśmy się pewnego wieczora o zachodzie słońca = romantyczny aspekt naszej wyprawy.
Poza tym spokojnie i bez ekscesów. Aż do granicy. Umówiliśmy się z Sigitasem o 18.00 przy wejściu na prom, którym mieliśmy płynąć do Niemiec. O 18.15 trochę się już zaniepokoiliśmy, więc zaczęliśmy nękać go telefonami. Okazało się, że poszedł na plażę, zegarek zostawił przy rowerze i wdał się z kimś w fascynującą rozmowę. Jednak Sigitas, jak to Sigitas – pan „everything is under control” – wyrobił się i przystąpiliśmy do kupowania biletów. Nie miałam pieniędzy, bo bankomatu, ani kantoru nie znalazłam, a Sigitas pogubił karty kredytowe. W krytycznym momencie karty się jednak odnalazły, więc część kwoty zapłaciliśmy przy ich pomocy, część w duńskich koronach, część pieniędzmi, które pożyczyłam od Boba. (Jak zwykle wszystko pod kontrolą.) Cała podróż upłynęła nam na podliczaniu, kto co jest komu winien i za co. Ale w końcu poczyniliśmy wszystkie niezbędne ustalenia i pojechaliśmy na nocleg (tym razem na sali gimnastycznej) z niemieckim koordynatorem i przewodnikiem Peterem. W naszej beztrosce zapomnieliśmy jednak o kierowcy i został biedaczek gdzieś pod promem – z naszymi rzeczami – co najgorsze. Próbowaliśmy się do niego dodzwonić, ale się to nie powiodło. Sigitas stwierdził więc, że na pewno wszystko będzie dobrze, więc nie ma się co martwić. No i rzeczywiście. Jakimś cudem spotkaliśmy się 200m przed miejscem noclegowym. Życie jest jednak pełne miłych niespodzianek.
NIEMCY – 3.07-6.07
Niemiecki odcinek był w gruncie rzeczy bardzo podobny do odcinka duńskiego, a każdy dzień do wszystkich innych. Super organizacja, porządek i ogólnie cacy. Coś strasznego.
O 8.00 map meeting. Potem przydziałowe świeżutkie bułeczki – i w drogę. Ścieżka rowerowa cały czas wiedzie wzdłuż morza i w większej części nad samym brzegiem, co niestety skutkuje tym, że dosyć silnie wieje, więc mamy szanse na boskie kolarskie łydki.
Na uwagę zasługuje fakt, że Peter bardzo wczuł się w rolę przewodnika, a nawet opiekuna i codziennie rysował na trasie strzałki tak, że nie musieliśmy nawet patrzeć na mapę i czuliśmy się trochę jak harcereczki bawiące się w podchody. Było to nawet dosyć przyjemne, ale zupełnie nie CROTO. Żadnych spektakularnych zaginięć, akcji poszukiwawczo-ratunkowych. Nic.
W Rostoku umówieni byliśmy pod ratuszem z prasą, ale prasa się nie zjawiła. Chyba, że prasa to była kobietka, która się tam kręciła i wypytywała o coś Petera. Zrobiła nam też zdaje się zdjęcie, więc to w sumie całkiem możliwe. Nazajutrz oglądaliśmy fascynujący film o budowie mostu w centrum informacji pod tym właśnie mostem. Niezapomniane przeżycie. Peter wspominał też, że mieliśmy przeciw czemuś demonstrować – ale nie bardzo było wiadomo przeciw czemu i o co w ogóle chodzi. No i w końcu nie demonstrowaliśmy. Szkoda.
I jeszcze wizy do Rosji. To jakaś kompletna masakra. Nie przypuszczałam, że wjazd do tego kraju może się okazać aż tak skomplikowany. Wymagane są dziwne ubezpieczeniowe papierki, których oczywiście większość ludzi nie ma, więc nie wiadomo, co z tego w ogóle wyjdzie. Póki co wnioski, paszporty i tym podobne pojechały do Warszawy, gdzie Maryla będzie dzielnie walczyć z konsulatem. Mam nadzieję, że nasza paczka trafi w jej ręce – i tu kolejna CROTO-przygoda – gdyż pan kierownik pociągu, którym pakiet wysłaliśmy zapomniał kwitów na przesyłki i powiedział, żebym lepiej wysłała ją jakoś inaczej. Ale że inaczej – a tym bardziej później – wysłać jej nie mogłam, jako pokwitowanie dostałam bazgrołek na kawałku brązowej tekturki. Potem pan rzucił paczkę (w której było również 700 euro) na sierdzenie w otwartym przedziale, po czym sobie wyszedł. Poziomem beztroski przewyższa chyba samego Sigitasa. Poprosiłam go, żeby schował nasze zawiniątko – plastikową kopertę okręconą taśmą klejącą pożyczoną od pani w budce z zapiekankami – do torby. Schował. Powiedział też, żebym przyszła następnego dnia na dworzec, bo on będzie wracał do domu i może mi wtedy dać ten kwitek. Jasne. Już słychać moje drobne kroczki na dworcowej posadzce.
W końcu w Polsce. Może spotkają nas tu wreszcie jakieś niemiłe przygody, bo póki co jest zdecydowanie za pięknie jak na CROTO-wyprawę.
POLSKA - 07–15.07
Tak jak można było przypuszczać Polska nie zawiodła w CROTO-sprawkach. Czas umilali nam przede wszystkim przychylnie nastawieni do rowerzystów kierowcy, z którymi z powodu braku ścieżek rowerowych, mieliśmy co chwilę do czynienia. Trąbili przyjaźnie i co chwile udawali, że chcą nas rozjechać. Drugą atrakcją były piaski na ścieżkach - kiedy już się jakieś trafiły – nieraz kilkukilometrowe, przez które trzeba było rowery przepchnąć, a dodajmy, że cześć osób jeździ z całym ekwipunkiem, więc z pewnością wspominają te odcinki z rozrzewnieniem. Nie zapominajmy również o deptakowych tłumkach – szczególnie miłych rowerzyście, który musi przejechać przez wszystkie te gofrowo-rybkowe kurorty. Na ich brak na polskim wybrzeżu narzekać akurat nie można. W Polsce dopadła nas również pierwsza burza – na szczęście w nocy – i pierwszy nieupalny, a nawet dosyć pochmurny i chłodny dzień. No i jakaś zmiana otoczenia – po płaskich ścieżkach pod wiatr brzegiem morza, zaczęły się górki i dołki – naturalnie również pod wiatr, żeby przypadkiem nie było nazbyt przyjemnie. Ale lepsze już chyba to, niż nudy na polnych dróżkach.
Zaczęliśmy się też trochę ukulturalniać, z czego niektórzy uczestnicy wyprawy są zapewne bardzo zadowoleni, gdyż uważają, że dzień bez zwiedzenia muzeum, czy chociażby kościoła, jest dniem straconym. Zwłaszcza miłośnicy kościołów mogą się wreszcie poczuć spełnionymi turystami. Obejrzeli resztki kościoła w Trzęsaczu, po którym została jedna ściana, a jeszcze w XV wieku znajdował się o około 1800 metrów od morza. Tego samego dnia – kolejny kościół – w Trzebiatowie – to nie jest takie do końca pewne, ale zdaje się, że jest najwyższym kościołem w Polsce. Jak nigdy spotkaliśmy się również całą grupą, żeby zwiedzić skansen wsi (no właśnie – jakiej? Kaszubskiej może?) w Klukach. Nawet ciekawe, ale półtorej godziny to zdecydowanie za długo, żeby chodzić w upale między chatynkami. Na szczęście po wyjściu ze skansenu natknęliśmy się na babuszki sprzedające domowe wypieki, co znacznie poprawiło nam humory. Nie zabrakło również innych okazji do pozwiedzania, ale że zwiedzanie jest tu u nas raczej dobrowolne, to niewiele mi na ten temat wiadomo.
Także integracja przebiega w dobrym kierunku. W Międzyzdrojach mieliśmy pierwszy wieczorek zapoznawczy. Było to dosyć traumatyczne przeżycie - około pięćdziesięciu uczestników, z których każdy musiał opowiedzieć coś o sobie, a to z kolei było tłumaczone odpowiednio na polski albo angielski. Dwa lata temu robiliśmy takie wieczorki co tydzień. Mam nadzieję, że to się więcej nie powtórzy. Na szczęście winko, piwko i zakąski pozwoliły nam jakoś przetrwać ten wieczór, który niespodziewanie przeciągnął się dla co poniektórych do późnych godzin nocnych. Ale to tylko taki epizod, bo w ogóle mało degustujemy w tym roku, nad czym oczywiście ubolewam. I nie tylko ja.
Noclegi są w Polsce zdecydowanie bardziej CROTO niż w Danii czy Niemczech, ale i tak do prawdziwych CROTO-standardów jeszcze im bardzo daleko. Woda, chociaż czasem zimna, zawsze jest. Póki co nie mamy więc co marzyć o swojskim smrodku, który towarzyszy nam podczas wypraw. Ciągle nie pada, więc nic też za bardzo nie gnije. Śpimy przeważnie na kempingach, w Gdańsku w szkole i raz na polu namiotowym nad jeziorem koło Chmielna, gdzie prysznic znajdował się w plastikowej budce, takiej samej jak kibel, ale za to woda była podgrzewana, więc cały czar szybko prysł.
Poza tym nic się nie dzieje. Spokój. Żadnych większych wpadek. Nawet te mniejsze trudno jest mi sobie przypomnieć. Żadnych bójek. Żadnych kłótni. Żadnych ekscesów. Nic. Spokój. Chodzę spać najpóźniej chyba ze wszystkich, bo zawsze mi się na wieczorne przechadzki zbierze, i kończę w wyrku między trzecią a piątą w nocy, i widzę jak jest spokojnie.
Nawet z wizami się wszystko dobrze ułożyło. No może nie tyle z samymi wizami, bo to w ogóle to jakiś koszmar, ale z paszportami i pieniędzmi, które pojechały do Warszawy z pokwitowaniem na szarym papierku. Kierownik pociągu dzwonił w nocy do Maryli, żeby się zapytać, czy na pewno otrzymała przesyłkę. I takie właśnie rzeczy się dzieją, kiedy nam tu trzeba przygody. Zaginione paszporty. Ludzie zatrzymani na granicy za przemyt spirytusu w ramie rowerowej. Cokolwiek. A tu nic. Nic.
Zaczęliśmy też starym zwyczajem urządzać sobie pikniki pod sklepami. Ludzie patrzą dziwnie i podejrzliwie na smrodliwych brudasów zajadających na betonie kanapki z kiełbasą grubości chleba, albo – uwaga, moja specjalność – kanapki z ciastkiem i popijających herbatę z menażek, ale można przywyknąć.
OBWòD KALININGRADZKI – 16–18.07
Przekraczanie granicy przebiegło raczej spokojnie, chociaż trwało dosyć długo. Zaraz za granicą zatrzymaliśmy się w barze na kuszanie. Zamówiliśmy pielmieni – małe pierożki z mięsem, przypominające uszka do barszczu. W zeszłym roku były podstawą ukraińskiej diety.
W Kaliningradzie spaliśmy w namiotach pod hotelem, ale mogliśmy korzystać z łazienek. Mieliśmy też do dyspozycji altanki, z których zrobiliśmy wieczorem (i potem w nocy) odpowiedni użytek. Następnego dnia pojechaliśmy na śniadanie pod supermarket. Rozstawiliśmy wielką butlę i na wielkiej patelni usmażyliśmy wielkie naleśniki. Z nutellą, dżemem, jogurtem i bitą śmietaną o smaku truskawki. Zdecydowanie zaczynamy łapać klimat.
Kaliningrad jest dosyć paskudnym miastem, więc trudno mi zrozumieć jak można spędzić tu całe życie. Kant widocznie to rozumiał, bo prawie nigdy się stąd nie ruszał. Znajduje się tu jego grób i pewnie kilka pomników, o czym przypomniałam sobie dopiero kiedy wyjechaliśmy z miasta. Nie ma to jak bystrość filozoficznego umysłu.
Nie pamiętam w jakiej miejscowości był kolejny nocleg, w każdym bądź razie – na nowo otwartym kempingu nad jeziorem – z knajpą, ale jeszcze bez toalet i pryszniców. Jak zwykle strasznie się grzebaliśmy, zatrzymując się gdzie tylko można, więc nie zdążyliśmy na spotkanie z grupą, w wyniku czego nie wiedzieliśmy jak trafić na nocleg. Na szczęście, kiedy jedliśmy pod sklepem zakąski przed kolacją, przyjechali ludzie i nas tam zaprowadzili.
Z wyjazdem z Obwodu i z wjazdem na Litwę nie było najmniejszego problemu. Każdy przekraczał granicę indywidualnie, więc nie było nawet kolejki. Czyżby zaczynał się kolejny przyjemny etap naszej wyprawy?
Więcej informacji na temat wyprawy znajdziecie na stronie https://www.bicycle.pl/
BikeWorld.pl jest oficjalnym patronem medialnym wyprawy.
Foto: https://bicycle.lt