Nowa Zelandia 2002. Część II.

Drukuj

<a href=javascript:Fotka('ppg_fotki/foto_big/8_5030_04_05_06.jpg','','')><img src=ppg_fotki/foto_small/8_5030_04_05_06s.jpg border=0 align=left vspace=5 hspace=5></a><b>3 stycznia 2003 - 6 etap Lake Matheson - Douglas Bluff</b> Poranna mgła była tego dnia wyjątkowo gęsta. Mogliśmy tylko pomarzyć o przyjrzeniu się najwyższej nowozelandzkiej górze w blasku słońca. Jak się jednak dowiedzieliśmy później i tak byliśmy wyjątkowymi szczęśliwcami. Podczas całego naszego pobytu na West Coast ani razu nie zostaliśmy zmoczeni przez deszcz, tymczasem roczna suma opadów spadających na te tereny to ponad 6000 mm, a więc dziesięć razy więcej niż średnia roczna suma opadów w Polsce. Rozmawiając po zakończeniu wyprawy z mieszkającym na stałe w Nowej Zelandii Polakiem dowiedzieliśmy się, że był on już kilkakrotnie na Zachodnim Wybrzeżu i jedyne co widział, to bardzo nisko wiszące, ciemne chmury, z których ciągle padał deszcz. A bez wątpienia jest tam co podziwiać. Tereny, przez które jechaliśmy tego dnia należały do najdzikszych na całej naszej trasie.

3 stycznia 2003 - 6 etap Lake Matheson - Douglas Bluff Poranna mgła była tego dnia wyjątkowo gęsta. Mogliśmy tylko pomarzyć o przyjrzeniu się najwyższej nowozelandzkiej górze w blasku słońca. Jak się jednak dowiedzieliśmy później i tak byliśmy wyjątkowymi szczęśliwcami. Podczas całego naszego pobytu na West Coast ani razu nie zostaliśmy zmoczeni przez deszcz, tymczasem roczna suma opadów spadających na te tereny to ponad 6000 mm, a więc dziesięć razy więcej niż średnia roczna suma opadów w Polsce. Rozmawiając po zakończeniu wyprawy z mieszkającym na stałe w Nowej Zelandii Polakiem dowiedzieliśmy się, że był on już kilkakrotnie na Zachodnim Wybrzeżu i jedyne co widział, to bardzo nisko wiszące, ciemne chmury, z których ciągle padał deszcz. A bez wątpienia jest tam co podziwiać. Tereny, przez które jechaliśmy tego dnia należały do najdzikszych na całej naszej trasie. Dżungla wyglądała naprawdę dziewiczo. Potężne paprocie, plątanina poszycia, omszałych pni i gałęzi oraz górujących ponad wszystkim koron drzew. Zewsząd dochodziły nas odgłosy przekrzykujących się ptaków oraz szum setek strumyków spływających po zboczach z obydwu stron drogi. Przez ponad 130 km natknęliśmy się jedynie na dwie osady, składające się z kilku domostw. Przyroda toleruje tutaj tylko najtwardszych lub najbardziej zdesperowanych. Sąsiadami w promieniu wielu kilometrów są jedynie egzotyczne ptaki, a życie skutecznie zatruwają tysiące muszek sandflies. Jadąc na rowerze nie odczuwaliśmy ich obecności, ale każdy postój był dla nas prawdziwym wyzwaniem. Owady te są wielkości naszych muszek owocówek. Jednak ich pokarmem nie są nadgniłe owoce tylko krew. Atakują setkami i zostawiają po sobie malutkie, czerwone rany na skórze oraz uczucie dotkliwego swędzenia. Przy rozkładaniu bądź zwijaniu namiotu całkowicie się opatulaliśmy, starając się nie wystawiać na światło dzienne nawet najmniejszego kawałka odkrytej skóry.
Podróżując ciągle wzdłuż wybrzeża rozpoczęliśmy w pewnym momencie wspinaczkę na kolejne nadmorskie klify. Tego dnia słońce skryte było za chmurami, a jazdę utrudniał dodatkowo dosyć silny, przeciwny wiatr. Na jednym z podjazdów wyrównaliśmy nasze osiągnięcia, w zakresie pękniętych szprych. Po drodze natrafiliśmy również na ukryty w dżungli maoryski cmentarz. Było to idealne miejsce do kręcenia horrorów. Późnym popołudniem dotarliśmy do Haast. Jest to miasteczko, w którym główna droga wiodąca wzdłuż zachodniego wybrzeża skręca na wschód i po kilkudziesięciu kilometrach wspina się na jedną z trzech przełęczy umożliwiających przebycie Alp Południowych. Postanowiliśmy, że do zapadnięcia zmroku podciągniemy naprzód jeszcze tyle, ile będzie to możliwe. Tak, aby kolejnego dnia zmierzyć się z podjazdem już wczesnym rankiem, z zapasem świeżych sił. Namiot rozbiliśmy przy zakolu rzeki Haast, na przydrożnym zjeździe stworzonym z myślą o turystach podróżujących karawanami. Tej nocy nikt nam jednak nie zakłócał samotnego obcowania z naturą i muszkami. Dystans: 175 km Średnia prędkość: 19,5 km/h
4 stycznia 2003 - 7 etap Douglas Bluff - Arrowtown Zwijanie obozu to walka z czasem. Pomimo tego, że sztukę osłaniania się przed muszkami opanowaliśmy już prawie do perfekcji, to jednak kilkanaście z setek atakujących nas potworów zawsze znajdowało jakoś drogę do krwistego wodopoju. Jedyny pozytywny aspekt tej sytuacji to fakt, że się przynajmniej rano nie guzdrzemy. Jak najszybciej na rowery i w drogę z całym naszym majdanem. A jest tego trochę. Wieziemy ze sobą namiot, śpiwory, karimaty, kolekcję odzieży rowerowej, trochę ciuchów cywilnych i przeciwdeszczowych, naczynia kuchenne, zapas jedzenia (m.in. liofilizaty, zupy instant, napoje energetyczne i izotoniczne w proszku), narzędzia i podstawowe części zamienne do rowerów. Tego dnia ten balast wyjątkowo nam ciążył. Zaledwie dwa kilometry po wyruszeniu z miejsca biwaku o nazwie Douglas Bluff rozpoczął się podjazd na przełęcz Haast. Teraz patrząc na to z pewnej perspektywy musimy przyznać, że nie było tak bardzo ciężko. Ale naciskając na pedały na coraz niższym biegu każdy z nas cicho się modlił, żeby za kolejnym zakrętem wreszcie wyłonił się szczyt tej przełęczy. Wrota Haast umożliwiają przedostanie się na drugą stronę Alp i są najniższą z trzech tego typu przełęczy przejezdnych dla samochodów. Tyle, że dwie pozostałe oddalone są o kilkaset kilometrów na północ i nie prowadzą przez tak dziewiczą dżunglę.
Po obydwu stronach drogi co jakiś czas mogliśmy dostrzec strumienie wody spadające z wysokości kilkudziesięciu metrów w dół przepaści. Ruch drogowy był praktycznie zerowy. Tym niemniej budowniczowie tej drogi, która została oddana w całości do użytku dopiero w całkiem niedawnej przeszłości pomyśleli o zapewnieniu pewnego poziomu bezpieczeństwa przejezdnym. Co pewien czas przygotowano zjazdy pozwalające założyć łańcuchy na opony, a przy drodze natrafiliśmy też na specjalne zjazdy ewakuacyjne. Po pewnym czasie droga stała się nieco bardziej płaska i wreszcie dotarliśmy na szczyt liczącej sobie 563 m n.p.m. Haast Pass. Wysokość nie wydała nam się bardzo imponująca, tym niemniej wspinaliśmy się praktycznie z poziomu oceanu. Na szczycie spotkaliśmy australijską parę, która podróżowała na rowerach w przeciwną stronę. Na pocieszenie powiedzieli nam, że tego dnia to jeszcze nie koniec wylewania potu w nasze i tak już nie pierwszej świeżości koszulki. Kolejnych kilkanaście kilometrów to zjazd, w stronę jeziora Wanaka. Po drodze urządziliśmy sobie krótki postój i na dłuższy czas pożegnaliśmy się z sandflies. Bez żalu zresztą. Te bestie są nierozerwalnie związane z lasem deszczowym, a my po przedostaniu się na drugą stronę gór w zaskakująco szybkim tempie mogliśmy przyglądać się zmianom w krajobrazie. Dżungla ustąpiła miejsca najpierw coraz rzadszemu lasowi, a później w okolicy zaczęły dominować łąki i pastwiska. Jedno, co nie uległo zmianie to góry widoczne w dalszym ciągu wszędzie wokoło. Szczególnie imponująco wyglądał oddalony zaledwie o kilka kilometrów od podjazdu na przełęcz, w całości pokryty śniegiem szczyt góry Mt. MacFarlane (2057 m n.p.m.).
Okolice, w które dostaliśmy się w drugiej części tego dnia to rejon wielkich, górskich jezior. Najpierw podróżowaliśmy wzdłuż jeziora Wanaka, później pokonaliśmy przewyższenie oddzielające je od położonego tuż obok jeziora Hawea, by po kilkudziesięciu kilometrach powrócić nad jezioro Wanaka, przy południowym jego krańcu. Znajduje się tam miasteczko o tej samej nazwie. Podróż wzdłuż wybrzeży jezior wcale nie należała do łatwych. Droga co chwilę wspinała się na kolejne zbocza krótkimi lecz bardzo stromymi podjazdami. Na jednym z tutejszych zjazdów osiągnęliśmy rekord prędkości na tej wyprawie: 74 km/h. Z Wanaka nad kolejne górskie jezioro Wakatipu wiodą dwie drogi. Główna omija szerokim łukiem pobliski łańcuch górski Pisa Range. Druga droga to szlak poszukiwaczy złota o nazwie Crown Range Road. Podróżując nim można zaoszczędzić nawet kilkadziesiąt kilometrów. Dodatkowo podróż przebiega z dala od jakiegokolwiek ruchu drogowego. Dlatego wybraliśmy właśnie tę trasę. Gdy w barze w Wanaka pytaliśmy, jak wyjechać z miasteczka, by się na niej znaleźć młode dziewczyny popatrzały na nas jak na szaleńców. 40 kilometrów dalej wiedzieliśmy już dlaczego. Dojechaliśmy wtedy do najwyższego na całej Nowej Zelandii punktu, przez jaki przebiega dostępna dla ruchu samochodowego droga. Crown Range Road Summit. 1075,9 m n.p.m. Pierwsze 36 km podjazdu okazało się być betką w porównaniu z ostatnimi czterema. Jedna z najtrudniejszych do pokonania przełęczy, na jakie kiedykolwiek się wspinaliśmy. A to wszystko przy lekko padającym deszczu. Drogę do szczytu odliczaliśmy pokonując kolejne mostki ponad strumieniem Cardrona. Wszystkie były oznaczone cyframi. Rozpoczęliśmy od numeru 13. Numer 1 znajdował się już niedaleko końca podjazdu.
Po drodze minęliśmy też osobliwą wystawę miejscowego kolekcjonera. Na płocie wzdłuż drogi zawieszonych było setki biustonoszy z adnotacją, aby pozostawiać tylko tę część bielizny. Widać było, że panie, które tędy przejeżdżały były nie tylko bardzo zróżnicowane pod względem budowy ciała, ale też zdyscyplinowane. Żadna w przypływie emocji nie podzieliła się ze światem innymi intymnymi fatałaszkami. Na szczycie przełęczy mieliśmy pod naszymi stopami widok na surowe szczyty i jezioro wijące się u podnóża gór. Zanim ruszyliśmy w dół założyliśmy na siebie kilka dodatkowych warstw odzieży, bo było tam bardzo zimno. Jeszcze tylko szaleńczy zjazd serpentynami w dół i dotarliśmy do górniczego miasteczka Arrowtown, gdzie rozbiliśmy się na polu namiotowym. Czasem trzeba się przecież wykąpać. Dystans: 163 km Średnia prędkość: 17,4 km/h
5 stycznia 2003 - 8 etap Arrowtown - Wreys Bush Arrowtown to kolejny skansen, na jaki natknęliśmy się na Nowej Zelandii. Wzdłuż głównej ulicy miasteczka ciągnie się rząd odrestaurowanych, drewnianych domków wyglądających tak, jakby dopiero co były świadkiem śmiertelnego pojedynku Johna Wayne’a z meksykańską bandą złodziei bydła. Arrowtown przeżyło swój rozkwit ponad sto lat temu, kiedy w pobliskim strumieniu o nazwie Arrow ktoś połamał sobie zęby na złotym samorodku lecząc kaca źródlaną wodą. Po krótkim zapoznaniu się z miejscową architekturą wyruszyliśmy w blasku porannego słońca w stronę Queenstown mijając po drodze jezioro Hayes. Queenstown to światowa stolica wszelkich szalonych rozrywek nazywanych czasami sportami ekstremalnymi. To tutaj wymyślono bungee jumping i to tutaj znajduje się najwyższy most, z którego można wykonać taki skok, zanurzając się przy tym w zimnej wodzie rzeki płynącej wiele metrów niżej. Można skorzystać z miejscowej odmiany raftingu na rwącej rzece Shotover, można wybrać się helikopterem na wysokogórskie narty, można podziwiać okolicę z paralotni, można pokonać wiele kultowych tras rowerem górskim, można wreszcie zakosztować survivalu z prawdziwego zdarzenia, wyruszając w wielodniową pieszą podróż przez góry i dżunglę do jednego z najdzikszych i najbardziej dziewiczych miejsc na świecie - Parku Narodowego Fiordland. Niestety większość z tych atrakcji jest albo kosztowna, albo wymagająca poświecenia im dłuższego czasu. A my nie posiadaliśmy żadnej z tych rzeczy w nadmiarze. Więc poprzestaliśmy na podziwianiu otaczającej nas przyrody.
Nad jeziorem Wakatipu, którego brzegiem podróżowaliśmy przez pierwszą część tego dnia wznoszą się góry The Remarkables. W pełni zasługują one na swą nazwę, bowiem są naprawdę niezwykłe. Skalna ściana wznosi się właściwie wprost z tafli jeziora na wysokość ponad 2300 m n.p.m., przy czym brak jest wyraźnej różnicy wysokości pomiędzy poszczególnymi szczytami. Jest to ciąg poszarpanych kamiennych grani, które tego dnia rozerwały ciężkie deszczowe chmury zasłaniające od pewnego czasu niebo. Deszcz raz wzmagał się, innym razem znów ustawał pozwalając nam podziwiać most tęczy łączącej obydwa brzegi jeziora. Ponieważ o jakimkolwiek schronieniu nie mogliśmy nawet marzyć założyliśmy nasze przeciwdeszczowe zestawy i jechaliśmy dalej. Na południowym krańcu jeziora natknęliśmy się na niewielki przydrożny bar gdzie zjedliśmy śniadanio-obiad, przeczekując przy tej okazji największy deszcz. Dalej droga zrobiła się zdecydowanie bardziej płaska, jednak z każdą godziną narastała siła wiatru. Późnym popołudniem uderzały w nas z boku już prawdziwie huraganowe podmuchy. Jazda stała się walką o każdy kolejny metr drogi, który chcieliśmy pokonać. W ten sposób dojechaliśmy do Mossburn, gdzie podjęliśmy decyzję o rezygnacji z dotarcia nad jezioro TeAnau (droga prowadziła dokładnie pod wiatr, a miejscowi powiedzieli nam, że będzie tu tak wiało jeszcze przynajmniej przez kilka dni) i udaniu się boczną drogą w kierunku południowego krańca wyspy.
Gdy nasze morale poprawił nieco obiad oraz potężna czekolada Cadbury i ruszyliśmy w drogę szybko doceniliśmy naszą decyzję. Osłonieni nieco od wiatru mogliśmy wreszcie odsapnąć i przyjrzeć się majaczącym w oddali górom Fiordlandu oraz mijanym hodowlom jeleni. Na Nowej Zelandii hoduje się bowiem jelenie Wapiti zupełnie tak jak owce czy bydło. A Mossburn to prawdziwe centrum przemysłu jeleniowego. Zwierzęta te hoduje się tu dla skóry i mięsa, a po ogrodzonym pastwisku biega ich nierzadko kilkaset sztuk. Podróżując przez kilkadziesiąt kilometrów przez kwitnące na żółto łąki dojechaliśmy późnym wieczorem do pierwszych zabudowań od opuszczenia Mossburn i tuż przed osadą Wreys Bush rozbiliśmy nasz namiot na podwórzu farmera. Jak wiele nowozelandzkich rezydencji również ta była oddzielona od drogi wysokim, ciągnącym się przez kilkaset metrów żywopłotem o wysokości piętrowego domku. Ciekawie musi wyglądać przycinanie takiego żywopłotu. Dystans: 169 km Średnia prędkość: 18,3 km/h
6 stycznia 2003 - 9 etap Wreys Bush - Tautuku Bay Poranek był bardzo pochmurny i wietrzny. Jednak po raz pierwszy od początku tej podróży wiatr wiał nam w plecy. Wypchane do granic możliwości sakwy na naszych rowerach tym razem pomagały nam w jeździe. Działały jak żagle łapiąc korzystny wiatr. W ten sposób przez farmy i miasteczka prowincji Southland dojechaliśmy do Invercargill. Jest to jedno z największych miast na wyspie, a zarazem wysunięte najdalej na południe miasto na świecie. Oczywiście w Patagonii i na Ziemi Ognistej są osady położone jeszcze bliżej bieguna południowego, jednak nie mają one praw miejskich. Invercargill to także wielkie centrum przemysłu wełnianego. W tym rejonie niewiele jest lasów, nie ma też wysokich gór, za to pełno jest łąk i pastwisk gdzie pasie się dziesiątki tysięcy owiec. Podróżując od kilku dni przez pustkowia tak się do tego przyzwyczailiśmy, że ruch uliczny i hałas w mieście kompletnie nie przypadł nam do gustu. Cywilizację wykorzystaliśmy tylko od strony praktycznej, a więc wypłaciliśmy pieniądze w banku, oddaliśmy do centrowania tylne koło w rowerze Adama (poprzedniego dnia znów pękła mu szprycha) i zjedliśmy lunch. Bo tak należy chyba nazwać ten posiłek.
Nasze menu na wyprawie było dosyć monotonne. Rano, przed wyjazdem zjadaliśmy na ogół puszkę rybną z niezbyt smacznym chlebem tostowym. Następnie wczesnym popołudniem staraliśmy się znaleźć jakąś przydrożną knajpę, aby zamówić „bowl of chips” i zjeść naszą zupkę instant (zdarzały się jednak rejony, gdzie o misie frytek mogliśmy tylko pomarzyć). Późnym popołudniem, a czasami wręcz wieczorem jedliśmy obiad, na który składał się liofilizowany bigos i kolejna zupka. I wreszcie późnym wieczorem, przed pójściem spać osładzaliśmy sobie życie kromką chleba z dżemem lub nutellą i popijaliśmy to gorącą herbatą. Dodatkowo dwa razy dziennie piliśmy też napój energetyczny i rozpuszczalne wapno z witaminami. Przez cały wyjazd schudliśmy jakieś 10 kg każdy, ale uczciwie trzeba przyznać, że mieliśmy z czego zrzucić.
Po wyjeździe z Invercargill dostaliśmy się na malowniczą drogę o nazwie Southern Scenic Route, gdzie znów szybko zapomnieliśmy o cywilizacji. W dobry humor wprawiał nas sprzyjający nam nadal wiatr, który potrafił rozpędzić nasze rowery (razem z nami ważyły one ok. 140 kg) bez naciskania na pedały. Po raz pierwszy nie zazdrościliśmy kolarzom jadącym z naprzeciwka, a do tej pory wszyscy, których napotkaliśmy jechali właśnie z tego kierunku. Co jakiś czas przejeżdżaliśmy w bezpośredniej bliskości oceanu, za którym kilka tysięcy kilometrów dalej na południe rozpoczynają się lody Antarktydy. Pod koniec dnia dotarliśmy do Catlins Forest Park. Jest to górzysty teren na południowo-wschodnim skraju wyspy, porośnięty gęstym lasem deszczowym. W ten sposób nagle powróciły wspomnienia z West Coast i jakże by inaczej - również muszki. Ten skrawek lądu wydawał się być jeszcze dzikszy niż Zachodnie Wybrzeże. Nawet droga zmieniła się w wyboistą szutrówkę wspinającą się na kolejne wzgórza. Ponieważ co jakiś czas słyszeliśmy szum bliskiego oceanu późnym wieczorem postanowiliśmy zjechać w jedną z nielicznych, bocznych dróg. Już po kilkuset metrach stromego zjazdu droga ta wyprowadziła nas z lasu na plażę, w przepięknej zatoce Tautuku. Pomimo wrednego towarzystwa muszek postanowiliśmy, że noc spędzimy właśnie w tym miejscu. Dystans: 184 km Średnia prędkość: 20,3 km/h
7 stycznia 2003 - 10 etap Tautuku Bay - Dunedin Rano wspięliśmy się na wysokie wzgórze, z którego był wspaniały widok na Tautuku Beach i wcinającą się w plażę błękitną zatokę z białymi grzywami fal. Dzień zapowiadał się upalnie. Po kilku kilometrach skończyła się droga szutrowa i ponownie wjechaliśmy na asfalt. Co pewien czas przejeżdżaliśmy ponad szerokimi, leniwie płynącymi rzekami, nad którymi leżały malutkie wioski o wyjątkowo egzotycznych nazwach. Roślinność ciągle jeszcze była gęsta i splątana. Pejzaże kojarzyły nam się z dorzeczem Amazonki, oglądanym na filmach dokumentalnych. Powoli jednak krajobraz zmieniał się na bardziej rolniczy. Zaczęły pojawiać się pastwiska i stada owiec. W pewnym momencie natknęliśmy się na jedno takie stado wędrujące drogą na kolejne miejsce wypasu. Jezdnia była usłana parującymi jeszcze niespodziankami. Lawirując udało nam się nie bez trudu ominąć największe „zagrożenia”.
Po pewnym czasie jazda zaczęła przypominać podróż przez pofałdowane morze trawiastych wzgórz. Po każdym kilkusetmetrowym podjeździe następował taki sam zjazd i tak bez przerwy. Po krótkim postoju w mieście Balclutha wjechaliśmy na główną drogę Wyspy Południowej prowadzącą przez Dunedin z powrotem do Christchurch. Droga nadal pozostała jednopasmowa, za to ruch samochodowy zwiększył się kilkunastokrotnie. Szczególnie uciążliwe były tiry wyprzedzające nas w odległości kilkunastu centymetrów z prędkością 80 km/h. Zaczął wiać silny przeciwny wiatr, dzień był wyjątkowo upalny, a droga w dalszym ciągu przypominała sinusoidę. Druga połowa dnia była dla nas bardzo męcząca. Z ulgą przywitaliśmy znak informujący, że dojechaliśmy wreszcie do Dunedin. Okazało się jednak, że do centrum jest jeszcze kilkanaście kilometrów, a droga zmieniła się w autostradę, po której nie wolno było poruszać się rowerom. Początkowo zignorowaliśmy ten zakaz, ale kiedy wjeżdżaliśmy pod bardzo stromą górę gdzie akurat remontowano pobocze, a ciężarówki śmigały obok nas o milimetry, poziom adrenaliny przekroczył wartość krytyczną. Zjechaliśmy w pierwszy dostępny zjazd i trochę błądząc po przedmieściach dojechaliśmy po kilkudziesięciu minutach do centrum.
Samemu Dunedin koniecznie trzeba poświęcić kilka słów. Jest to drugie największe miasto na Wyspie Południowej założone przez Szkotów na nadmorskich wzgórzach. We wszystkich przewodnikach określane jest jako kopia szkockiej stolicy i w swoim charakterze jest to podobno najbardziej szkockie miasto na świecie tuż po Edynburgu. Nam bardzo spodobała się miejscowa architektura oraz mnóstwo zieleni. Dunedin jest ciekawe z jeszcze jednego powodu. Podróż przez to miasto przypomina wielokrotne zdobywanie Salmopolu, Kubalonki i jeszcze kilku innych znanych nam przełęczy. To właśnie tutaj znajduje się najbardziej stroma ulica na świecie oficjalnie wpisana do Księgi Guiness’a. Jest to Baldwin Street, a jej nachylenie sięga podobno 43 stopni. Nam wystarczyły te ulice, które pokonywaliśmy najpierw w drodze do centrum, a później na pole namiotowe. Postanowiliśmy bowiem zakończyć jazdę tego dnia właśnie w Dunedin. Biwak usytuowany był na uboczu, otoczony drzewami i z wszelkimi wygodami. W świetlicy była nawet świąteczna choinka. Ciekawie to wyglądało w połączeniu z upałem i palmami rosnącymi za oknem. Dystans: 152 km Średnia prędkość: 17,2 km/h Zobacz też: Nowa Zelandia 2002. Część I. Nowa Zelandia 2002. Część III - ostatnia. oraz zapowiedź najnowszej wyprawy Andrzeja i Adama! Rowerem Przez Islandzkie Bezdroża.

Obserwuj nas w Google News

Subskrybuj