Wyprawa rowerowa Aucanquilcha 2006. Część IV - ostatnia.

Drukuj

<a href=javascript:Fotka('ppg_fotki/foto_big/8_4994_28_04_06.jpg','','')><img src=ppg_fotki/foto_small/8_4994_28_04_06s.jpg border=0 align=right vspace=5 hspace=5></a>Czas kończyć opowieść dziś ostatni odcinek. Do Ollague zostało mi około 70 kilometrów. Przywykłem już do widoku dziesiątków wulkanów i przestrzeni salarów, ale i ten dzień miał dla mnie swoje niespodzianki. Po uzupełnieniu wody na posterunku carabinierów wjechałem na salar. Pierwsze kilometry nie różniły się od wielu innych na tej trasie. W pewnym momencie zobaczyłem spychacze na drodze, po chwili zrozumiałem co one tam robiły. Równały drogę. Kilka następnych godzin odczuwałem tego skutki. Świeżo naniesiona warstwa piachu równo pokrywała nawierzchnię. Śmierć na miejscu. Rower grzązł w najmniej oczekiwanych momentach. A tu właśnie każdy wulkan wytworzył swoją prywatną burzę. Przez słuchawki nie przedzierał się ryk wiatru i huk potężnych grzmotów.

Czas kończyć opowieść – dziś ostatni odcinek. Do Ollague zostało mi około 70 kilometrów. Przywykłem już do widoku dziesiątków wulkanów i przestrzeni salarów, ale i ten dzień miał dla mnie swoje niespodzianki. Po uzupełnieniu wody na posterunku carabinierów wjechałem na salar. Pierwsze kilometry nie różniły się od wielu innych na tej trasie. W pewnym momencie zobaczyłem spychacze na drodze, po chwili zrozumiałem co one tam robiły. Równały drogę. Kilka następnych godzin odczuwałem tego skutki. Świeżo naniesiona warstwa piachu równo pokrywała nawierzchnię. Śmierć na miejscu. Rower grzązł w najmniej oczekiwanych momentach. A tu właśnie każdy wulkan wytworzył swoją prywatną burzę. Przez słuchawki nie przedzierał się ryk wiatru i huk potężnych grzmotów. Dopóki chmury nie próbowały łączyć się ze sobą nie było problemu, ale w pewnym momencie zaczęła mnie gonić potężna nawałnica. Całe szczęście, ze przed nią zerwał się wiatr, który pchał mnie pod gore. Doping na całego. Na podjeździe droga wreszcie się poprawiła. Rammstein był grany tego dnia na okrągło. Nic nie mogło mnie zatrzymać. Burze goniły mnie na całego. Gdy wjechałem na przełęcz okazało się, ze w następnej dolinie czekają na mnie dwie kolejne. Zostało 30 km do Ollague.
Kilka kilometrów zjazdu, muzyka znów niebezpiecznie mnie nakręciła. Gdy przy 30 km/h wpadłem w zwały piachu - niewiele brakowało do awaryjnego lądowania. To mnie trochę otrzeźwiło. Dalej zjeżdżałem już znacznie ostrożniej. Po kilku minutach serce znowu szybciej zabiło. Tuz za mną zatrąbił samochód. Po kilku metrach zatrzymał się. Kierowca zapytał, czy wiem, że do Ollague jest jeszcze 30 km. Zaproponował, ze mnie zabierze. Odpowiedziałem, że nie, że się świetnie bawię ścigając z burzami. Żałujcie, że nie widzieliście jego miny. Chyba tak wyglądają ludzie, którzy nagle odkrywają, że rozmawiają z wariatem. Później trochę żałowałem, że jednak nie zgodziłem się na jego propozycję. Dalsza droga nie była łatwa - piach, salar i burza raz po raz zmieniająca kierunek. W końcu, chyba po 19, udało mi się wjechać do Ollague. Gdy je zobaczyłem wiedziałem, że to najgorsze miejsce jakie można sobie wyobrazić. Dziura zabita torami. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, ze przyjdzie mi spędzić tam kilka dni. Czekałem na resztę ekipy. Niestety okazało się, ze przyjedzie ona później niż to pierwotnie zakładaliśmy. Musiałem zorganizować sobie jakieś atrakcje. Próbowałem podjechać Volcan Ollague, niestety droga została rozmyta przez strumienie, czyli była stertą kamieni i piachu.. W dodatku codziennie, regularnie o 15-16 rozpoczynały się burze. Widziałem wielokrotnie jak pioruny uderzały w zbocze, nie miałem ochoty znaleźć się tam w tym momencie. To nie była dobra zabawa:) Około 12 wycofałem się z podjazdu. Po dwóch godzinach podjazdu i dwóch godzinach ciągnięcia roweru po zboczu, bo było tam łatwiej niż na "drodze"... Nie starczyłoby czasu na dotarcie na szczyt. Jechanie tam z noclegiem też nie miało sensu - nie sposób byłoby przetrwać w moim namiocie przy tym wietrze. A na zboczu nie widać było miejsca dającego jakiekolwiek schronienie.
Kolejnego dnia zrobiłem rozpoznanie drogi na Aucanquilchę. Jeszcze większy koszmar! Na wysokości między 4000 a 4500 metrów, mogłem tylko marzyć o pedałowaniu. Na szczęście wyglądało, że dalej droga jest lepsza. Nie oznaczało to jednak, ze zbyt często będzie można jechać. Aucanquilcha na mapach była oznaczona jako góra bez pokrywy śnieżnej. Jednak tego roku było podobno najwięcej opadów od 40 lat. Śniegu było pod dostatkiem. Czułem, że nie będzie łatwo. Ale jednak nie było beznadziejnie. Kolejnego dnia dostałem niepomyślne wieści od grupy wsparcia, nie mogli dotrzeć do mnie na czas. Jakieś fatum wisiało nad nami. Kolejne przeszkody wyrastały na drodze. Prawie dosłownie, bo na drogę zeszła lawina, uniemożliwiając przejazd przez kilka dni. Robiło się bardzo mało czasu na Górę. Zdesperowany podjąłem decyzje - jadę sam. Miałem dość Ollague, nudy i bezczynności. W dodatku poprawiła się pogoda - coraz później pojawiały się burze. Szybko się spakowałem i ruszyłem – w tej gorączce popełniając kilka błędów strategicznych. Ale o tym później. Nie tak miało to wyglądać, ale nie miałem wyjścia. Zostawiłem co mogłem w hotelu, zabrałem żywność na kilka dni i 16 litrów wody. Ruszyłem. Nie muszę chyba mówić jak się jedzie z takim majdanem pod ogromna górę. Nie jedzie się. Przynajmniej nie za często. Ciągnąłem rower, walcząc z całych sił. Pot zalewał mi oczy. Ruszyłem po południu wiec tego dnia zbyt wysoko nie dotarłem. Pierwszy nocleg urządziłem na 4200 m.. Gdy tylko rozbiłem namiot zaczął padać śnieg. Nie tak miało być, nie tak. Ale za nic nie chciałem się poddać. W nocy porządnie mnie wymroziło. Kolejny dzień niewiele się różnił od poprzedniego. Pchając, ciągnąc, wlokąc i rzadko jadąc dotarłem na 4800 m. Cudowna pogoda, piękny widok na ośnieżone szczyty Aucanquilchy. Znalazłem obozowisko, mur z kamieni osłonił mnie przed wiatrem. Nie mógł, niestety, osłonić przed mrozem. Z rana woda w butelkach była zamrożona. Na szczęście sześciolitrowy worek z wodą służył mi za poduszkę i owinięty polarem przetrwał noc. Ja też, choć mróz nieźle mi dokuczył. Wieczorem znowu sypał śnieg. Z niepokojem myślałem o nocy w Campamento Aucanquilcha na wysokości 5300 m. To zaczynało być poważne. Tym bardziej, że moje doświadczenia wysokogórskie przed wyprawą były zerowe. Nie miałem zamiaru się jednak wycofać. Nie teraz, gdy górę miałem na wyciągniecie ręki. Kolejnego dnia nic się nie zmieniło oprócz wysokości. Gdy dotarłem na przełęcz powyżej 5000 m nieoczekiwanie telefon złapał zasięg. Jak wielka dziurą musi być Ollague skoro tam nie było zasięgu??? Prawdopodobnie widoczna daleko na horyzoncie ogromna kopalnia miała przekaźnik. Miłe wiadomości zdopingowały mnie do dalszej drogi. Dotarłem w końcu do doliny Campamento Aucanquilcha. Cała dolina była pokryta miałem z siarki i odłamków skalnych. Nie mogłem jechać, byłem tak zmęczony, że nie byłem w stanie nawet pchać roweru. Koła zapadały się w sypkim i miękkim podłożu. Dodatkowo słońce roztapiało śnieg, wiec często „sypucha” była jeszcze podmokła. Po kilkudziesięciu minutach walki zdjąłem najcięższą sakwę z woda i ruszyłem na piechotę zostawiając rower. Ledwo szedłem, nogi zapadały się w siarożwirze, wysokość robiła swoje, wiatr też. Po chwili zostawiłem też i sakwę. Bez ciężaru ruszyłem szukać miejsca na nocleg. Rozpadające się budynki kopalni nie nadawały się do tego. Na zboczach stało jeszcze kilka ścian innych budynków. W końcu znalazłem solidnie wyglądające budowle z kamieni. W jednej z takich ruin postanowiłem rozbić namiot. Musiałem mieć osłonę przed wiatrem. Pozostało tylko przyciągnąć tu rower. To był najtrudniejszy moment wyprawy. Słaniając się na nogach, oddzielnie ciągnąc rower, oddzielnie sakwę z wodą, dotarłem na miejsce. Wiedziałem, że czeka mnie najgorsza noc. Wysokość dawała się we znaki - zawroty głowy przy wstawaniu, wyczuwalny brak tlenu. Rozbiłem namiot, szybko ugotowałem wodę, mate de coca podniosła mnie na duchu. Wpadłem na pomysł, aby namiot obsypać ziemią, żeby zimne powietrze nie przenikało tak łatwo do wnętrza. Niestety wilgoć zbierając się zamarzała na ściankach. Gdy doszedłem trochę do siebie, gdy wrócił mi humor, poszedłem szukać zasięgu na pobliskich górkach. Udało się. Zadzwoniłem do Agnieszki. Dotarli w końcu do Calamy.. Już wydawało się, że kłopoty minęły. Właśnie próbowali wynająć samochód, by się do mnie dostać. Brakowało mi towarzystwa, samotna wyprawa zaczęła mi doskwierać. Nie mogłem się doczekać Agi i Wojtka. Dzięki okopaniu namiotu noc nie była taka zła. Mroźne poranne wstawanie to to, co tygryski lubią najbardziej. Szron grubymi płatami odpadał od tropiku, zawzięcie wpadając tam gdzie był najmniej potrzebny. Modliłem się żeby maszynka odpaliła bez problemu. Coś ciepłego, coś ciepłego - jedna myśl krążyła mi w głowie. Nieskazitelnie błękitne niebo, niepokojąco biała góra. Trzeba ruszać. W końcu ubrałem się do wyjścia, po nocy niewiele pozostało do założenia. Rower oczywiście zostawiłem, przy tej ilości śniegu jazda była niemożliwa. Ruszyłem. Na początek narzuciłem zbyt szybkie tempo, szybko je skorygowałem, gdy oddech zamienił się w nerwową zadyszkę. Po chwili byłem na zakręcie dającym nadzieje na zasięg telefoniczny. Dostałem wiadomość od Agi i Wojtka. "Mamy samochód, z rana ruszamy do Ollague". Uff, w końcu dobra wiadomość. Ruszyłem dalej nie odpowiadając. Ja też chciałem wysłać jakąś dobra wiadomość. Jaka najchętniej - to wiadomo. Kolejne metry nie nastręczały już trudności, złapałem rytm. Ochraniacze na buty rozpoczęły własną strategię przetrwania - zawijały się do góry, odsłaniając buty. Cholera. Dobrze, że srebrna taśma naprawia wszystko. Nachylenie rosło, ale bez roweru to betka. Czułem się bardzo dobrze. Wchodziłem coraz wyżej, coraz mniejszy pas drogi pozbawiony był śniegu. Po kolejnym zakręcie droga w ogóle znikła. Śnieg nie był już tak miękki jak niżej. Starałem się wybijać schodki, ale buty rowerowe się do tego nie nadają. Zacząłem rozumieć, że bez raków nie dam rady. W końcu doszedłem do miejsca, gdzie po drodze nie było śladu, przede mną rozpościerało się zbocze pokryte zmrożonym śniegiem. Już bez większej wiary szedłem dalej. Ale przecież miałem wejść na tę górę. Wbijałem pięty żeby jakoś się posuwać do przodu, sam wiedziałem, że to już nie ma sensu. To było dopiero 5600 m., a cała droga w górę to zlodowaciały śnieg. Przypomniałem sobie własne słowa: ”Będę wiedział kiedy się wycofać!”. Ale czy myślałem o wycofaniu się z najważniejszego zadania, celu numer jeden, góry moich gór? Jasne było, że wystarczy jeden fałszywy ruch i zjechałbym. Kilkaset metrów w dół. Nie, to nie miało sensu. Wsparcie w drodze. Zawróciłem. Zszedłem do „centrum telefonicznego”. Wymiana sms’ów z Grupą Wsparcia. Mieliśmy za kilka godzin spotkać się w Ollague. Z Calamy musieliśmy wyjechać w niedzielę, był piątek, mieliśmy sobotę na wejście. Pogoda była piękna. Wrócił dobry humor - będzie sprzęt, raki, czekan, nawet buty górskie ułatwią wejście. A przede wszystkim nie będę sam, wzajemna asekuracja bardzo się przyda. Szybko zszedłem namiotu. Zabrałem co niezbędne na zjazd. Obozowisko zostawiłem, miało czekać na nasz przyjazd. O ile łatwiej było bez bagażu, bez zapasu wody! Zabrałem jedynie obowiązkowy camelbak. Na zjazd wystarczy. Droga jednak była bardzo trudna. Tylko miejscami udawało mi się zjeżdżać ponad 20 km/h. Ale drogę znałem, moje własne ślady mnie prowadziły. Po trzech godzinach dojechałem do największej dziury zabitej torami, czyli Ollague. Zobaczyłem jakiegoś jeep`a, z nadzieją szukałem znajomych twarzy. Jednak to nie oni. Objechałem „metropolię”, w końcu dojechałem do hotelu. Właśnie wyszedł z niego kierownik. Żywo zareagował na mój widok. Mówił coś o amigos, zrozumiałem, że ma wiadomość. Wciągnął rower do środka, zapytał czy mam rozmówki - wcześniej dzięki nim się porozumiewaliśmy, jeżeli moje gracias i jego ok nie wystarczały. W końcu stracił zainteresowanie poszukiwaniem rozmówek. Powiedział coś o carabinieri - zatrzymali ich? Nic nie rozumiałem. Nagle wśród potoku hiszpańskich słów wyłowiłem „camioneta” (samochód) i charakterystyczny gest. Accident? Si, si!!! O k.... Amigos bien, amigos bien!!! I uniesiony kciuk do góry. Ale jak, przecież byli tak blisko, tak niedawno się kontaktowaliśmy... Co się stało? Na szczęście wszystko z nimi w porządku. Zaprowadził mnie do carabinierów. Przez radio połączyli się z posterunkiem w Ascotan. Porozmawiałem z przyjaciółmi przez chwilę. Zaaferowany zapomniałem zapytać się czują. Ale przecież wiedziałem, że „amigos bien”... Z szumu wyłowiłem, że poślizg, dachowanie. Umówiliśmy się na spotkanie w Calamie. Szok. Przecież to jakieś fatum. Same przeszkody. Przypomniałem sobie o rzeczach w Campamento Aucanquilcha. Jak to zabrać? Nie miałem siły by jechać po nie na rowerze, a na niedziele mamy już bilety do La Sereny. Poprosiłem o pomoc. Zaprowadzili mnie do urzędu gminy. Po rozmowie z urzędniczką dostałem samochód z kierowcą. Wiedziałem jaka będzie droga, nie miałem pojęcia, czy przejedziemy. Ale przecież musiałem zabrać rzeczy! Kierowca robił co mógł, początek był najgorszy. Trwało to wieczność. W końcu dojechaliśmy. Zwinąłem obozowisko. Gdy zapadł zmierzch zrobiło się zimno, piekielnie zimno. Udało się dzięki bezinteresownej pomocy Chilijczyków. Wyobraziłem sobie podobną sytuację gdzieś w Polsce. Bez szans! Następnego dnia dotarłem do Calamy. Spotkanie z Agnieszką i Wojtkiem. To koniec wyprawy. Mamy dosyć przeciwności losu. Jeszcze tylko autobus, którego nie było, choć były bilety. I skradziona komórka, zapalanie ucha po skotłowaniu w oceanie, odwołany lot z Santiago, kłopoty we Frankfurcie... Całe pasmo szczęścia. Chcę tam wrócić. Przecież mam górę do podjechania. Ale z nowym sprzętem i bez śniegu. To nie koniec, ja dopiero zacząłem z tę górę!!! Aucanquilcho!!! Wrócę!!! Teraz wiem, że to koniec samotnych wypraw. Poznałem je dokładnie, mam dość. Ale gdzie znajdę wariatów, którzy będą chcieli ze mną pojechać??? Pragnę podziękować wszystkim, którzy pomogli mi w organizacji tej wyprawy. I tym, którzy wspierali mnie w czasie jej trwania. To była także Wasza wyprawa! Dziękuję bardzo!!! Zobacz też: Wyprawa rowerowa Aucanquilcha 2006. Część I. Wyprawa rowerowa Aucanquilcha 2006. Część II. Wyprawa rowerowa Aucanquilcha 2006. Część III. BikeWorld.pl był oficjalnym patronem medialnym wyprawy.

Obserwuj nas w Google News

Subskrybuj