26-28 grudnia 2002
Przelot na Nową Zelandię
Z domu wyjechaliśmy samochodem o pierwszej w nocy. Na termometrze było około -18C, ale z uwagi na wiatr temperatura odczuwalna była znacznie niższa. Jazdę urozmaicał nam szum porywistego wiatru walczącego z taśmą, którą skleiliśmy ze sobą kartony z rowerami na dachu Poloneza. Pomimo niedomykających się z powodu mrozu drzwi dojechaliśmy do Warszawy na czas. Na Okęciu ludzi było niewielu, od razu w oczy rzucił się nam tylko odprowadzający kogoś Marek Belka.



Po krótkim pożegnaniu ze znajomymi udaliśmy się do odprawy bagażowej. Mając w pamięci brutalne traktowanie naszych rowerów przez obsługę lotniska przy powrocie z Islandii, tym razem przezornie zapakowaliśmy je w specjalnie do tego celu przystosowane kartonowe pudła. Dmuchając na zimne środek wyłożyliśmy dodatkowo tekturą i folią. Złą wiadomością przy odprawie było to, że kartony musieliśmy otworzyć. Dobrą, że po ich sprawdzeniu nadano je bezpośrednio do Auckland. Oznaczało to, że nie będziemy musieli się o nie martwic na lotniskach w Londynie i Los Angeles. Nie musieliśmy też płacić za nadbagaż. Na trasach transatlantyckich można przewieźć za darmo dwie sztuki bagażu maksymalnie po 32 kg każda. My mieliśmy rowery mieszczące się spokojnie w tym limicie nawet z kartonem i wypełnieniem, a drugą sztukę bagażu stanowiły sakwy spakowane razem w foliowe worki. Aby uniknąć problemów doładowaliśmy nieco nasz bagaż podręczny. I tak z pewnym opóźnieniem wylecieliśmy wreszcie Boeingiem 737 do Londynu.
Lot na Heathrow trwał nieco ponad dwie godziny. Po krótkim postoju wraz z prawie 400 innymi pasażerami odlecieliśmy do Los Angeles. Pierwszy odcinek lotu na Antypody wiódł ponad północnym Atlantykiem, Grenlandią, Kanadą oraz Górami Skalistymi na zachodnie wybrzeże USA. Widoczność była bardzo dobra, więc mogliśmy przyjrzeć się zmrożonym pustkowiom Kanady i położonej na brunatnej pustyni stolicy hazardu - Las Vegas. Po 12 godzinach lotu wylądowaliśmy na lotnisku w Los Angeles. Pomimo tego, że mieliśmy spędzić tam tylko kilka godzin, nie ominęła nas amerykańska kontrola imigracyjna. Staliśmy w kolejce wraz z czterystu innymi pasażerami, by wytłumaczyć się, dlaczego postanowiliśmy odwiedzić tę „ziemię obiecaną”. Gdy w końcu nam się to udało mogliśmy przyjrzeć się dosyć obskurnemu lotnisku i pospacerować wzdłuż highway-u, gdzie mnóstwo półciężarówek i luksusowych, kilkumetrowych limuzyn nie pozostawiało nam wątpliwości gdzie się znaleźliśmy.



Przetrwanie kolejnych 12 godzin lotu ułatwiło nam kilka ciepłych posiłków, piwo, filmy, muzyka i przede wszystkim sen. Na lotnisku w Auckland wylądowaliśmy o 8.30 rano czasu miejscowego. W Polsce w tym czasie była godzina 8.30 wieczorem, ale jeszcze 27 grudnia. Równo 12 godzin przesunięcia czasowego. Okazało się, że zapowiadana bardzo restrykcyjna kontrola fito-sanitarna dla nas okazała się bardzo łaskawa. Psy obwąchujące bagaże w poszukiwaniu świeżej żywności zostawiły nas w spokoju, a urzędnicy rzucili tylko okiem na rowery, spytali co przewozimy i pozwolili nam wraz z kompletem bagaży wkroczyć na nowozelandzką ziemię. Już na miejscu spotkaliśmy jednak turystów, którzy zapomnieli o jednym niewinnym jabłku w swoim bagażu i kosztowało ich to kilkaset miejscowych dolarów.



Auckland przywitało nas nowoczesnym lotniskiem i niecodzienną roślinnością, a temperatura była wyższa o około 40C od tej, jaka panowała w Warszawie przy odlocie. Po kolejnych kilku godzinach odlecieliśmy z Auckland do Christchurch - największego miasta Wyspy Południowej. Po drodze mogliśmy podziwiać mieszające się z chmurami ośnieżone szczyty Alp Południowych. Kilkanaście z nich sięga ponad 3000 m n.p.m., a ponad dwieście innych swoją wysokością jest zbliżone do naszych Rys. Gdy już wreszcie dotarliśmy na miejsce zmontowaliśmy nasze rowery, poczyniliśmy niezbędne zakupy i załadowaliśmy sakwy. Każdy z naszej dwójki będzie przewoził na tej wyprawie około 35 kg ekwipunku. Tego dnia wyjechaliśmy jeszcze poza miasto, aby znaleźć dogodne miejsce do rozłożenia namiotu.


29 grudnia 2002 - 1 etap
Belfast (przedmieścia Christchurch) – Kaikoura
No i ruszyliśmy. Pierwsze kilometry to prowadząca na północ główna droga Wyspy Południowej. Z każdym kilometrem, który oddalał nas od Christchurch ruch uliczny malał, za to od razu zauważyliśmy pewną niedogodność tutejszych dróg. Asfalt jest wyjątkowo porowaty, co stwarza dodatkowe opory toczne. Innymi słowy jeździ się ciężej, a przez to wolniej. Trzeba się sporo namęczyć, aby posuwać się naprzód. Tym bardziej, że po kilkudziesięciu kilometrach odbiliśmy od głównej drogi na zachód i od razu teren stał się bardzo pofałdowany. Są to podnóża najdalej wysuniętego na wschód pasma Alp Południowych. Przyglądając się mapie myśleliśmy, że pierwszego dnia czeka nas zaledwie kilka niezbyt stromych podjazdów. Tymczasem cały czas musieliśmy ostro pracować. Krótkie, strome podjazdy i następujące po nich krótkie zjazdy. I tak przez dłuższy czas.



W głębi lądu drogi były już całkowicie opustoszałe, a roślinność coraz bardziej egzotyczna. Czasami przejeżdżaliśmy ponad szerokimi korytami rzek, którymi leniwie przetaczały się strużki wody. Wszędzie widać było ewidentne oznaki suszy. Zmęczeni upałem i podjazdami zatrzymaliśmy się na obiad w ekskluzywnym zajeździe w okolicy masywu o nazwie Cloudy Range. Oczywiście nie skorzystaliśmy z tamtejszego menu, tylko zadowoliliśmy się naszymi liofilizatami i zupkami instant. Jeszcze kilka dłuższych podjazdów i pod wieczór droga wyraźnie zaczęła opadać z powrotem w kierunku oceanu. Już prawie o zmroku, po pokonaniu 202 km dotarliśmy wreszcie do celu naszej podróży tego dnia. Była to położona nad brzegiem Pacyfiku miejscowości Kaikoura. Słynie ona z dosyć niecodziennej atrakcji turystycznej, jaką jest możliwość wypłynięcia na wody pobliskiej zatoki i przyglądania się pluskającym się tam wielorybom i delfinom. Jest to podobno jedno z niewielu miejsc na świecie, gdzie atrakcja taka jest gwarantowana przez cały rok. My nie mieliśmy niestety okazji zapoznać się bliżej z tymi potężnymi ssakami. Przenocowaliśmy kilkadziesiąt metrów od wybrzeża na podwórzu miłych Nowozelandczyków, a następnego dnia wczesnym rankiem wyruszyliśmy dalej w drogę.
Dystans: 202 km
Średnia prędkość: 18,7 km/h


30 grudnia 2002 - 2 etap
Kaikoura – Wairau Halley
Dzień powitał nas bezchmurnym niebem, od którego wyraźnie odcinały się wysokie szczyty Seaward Kaikoura Range. Jest to jedyne takie miejsce, gdzie Alpy Południowe topią swe zbocza w Pacyfiku po wschodniej stronie wyspy. Co nie zmienia jednak faktu, że jadąc wybrzeżem przez następne ponad 100 km, ciągle musimy pokonywać kolejne wzniesienia. Czasem jechaliśmy tuż ponad plażą, czasem trochę dalej w głąb lądu. Na jeden z postojów zatrzymaliśmy się w przepięknie położonej rezydencji miejscowych hodowców cytryn. Poprosiliśmy o napełnienie naszego bukłaka wodą, a gospodyni zaproponowała nam kawę i chwilę pogawędziliśmy. Życie w tej okolicy wyglądało na prawdziwą idyllę. Rezydencja położona była na zboczach nadmorskich wzniesień, a kilkaset metrów dalej ocean rozbijał swoje fale o skały, na których często wylegiwały się foki. Kolejne kilometry to wciąż walka z kolejnymi podjazdami. Przez dłuższy czas po naszej lewej stronie mogliśmy podziwiać najwyższy szczyt w tej okolicy. Ma on dosyć egzotyczną nazwę: Tapuae-o-Uanuku i wznosi się na wysokość 2885 m n.p.m. Jadąc ciągle wzdłuż wybrzeża dojechaliśmy w końcu do Blenheim. W tym miejscu na dłuższy czas pożegnaliśmy się ze wschodnim wybrzeżem. Blenheim jest największym miastem w tej okolicy, a zarazem stolicą prowincji Marlborough, słynącej z produkcji markowych win. Od momentu opuszczenia Blenheim było to wyraźnie widoczne. Jadąc wzdłuż doliny rzeki Wairau w głąb lądu ciągle mijaliśmy kolejne winnice. Część z nich ciągnęła się aż po horyzont. Pomimo tak intensywnego wykorzystania tego pasa żyznej ziemi bardzo ciężko było dostrzec jakiekolwiek zabudowania. Tymczasem robiło się coraz ciemniej i musieliśmy się rozglądać za dogodnym miejscem na nocleg. Znaleźliśmy je znów na podwórzu farmera, tuż przed niewielką osadą Wairau Valley.





Był to kolejny upalny dzień. Na Nowej Zelandii trzeba bardzo uważać żeby się nie oparzyć. Dziura ozonowa jest tu znacznie bardziej uciążliwa niż na naszej szerokości geograficznej i ilość promieniowania UV, która dociera do skóra jest też znacznie większa. Dlatego normą są tam kremy z faktorem 20. My mieliśmy ze sobą mleczko z filtrem 30 i smarowaliśmy się nim regularnie. Pomimo tego Adam, który pierwszego dnia zapomniał na jednym z postojów powtórzyć ten zabieg oparzył sobie ręce do tego stopnia, że po kilku dniach wyskoczyły mu na skórze bąble. Te mniejsze lub większe niedogodności nie przysłaniały nam jednak podstawowego celu - trzeba poruszać się naprzód.
Dystans: 181 km
Średnia prędkość: 18,3 km/h


31 grudnia 2002 - 3 etap
Wairau Halley – wąwóz rzeki Bulle
Analizując mapę zakładaliśmy, że ten dzień będzie ulgowy. Zapowiadała się jazda doliną rzeki, lekko pod górę, ale bez żadnych ostrych podjazdów. Jednak od początku zdarzenia nie przebiegały po naszej myśli. Już po kilku kilometrach w tylnym kole roweru Adama pękła szprycha. Z doświadczenia wiedzieliśmy, że może być to początkiem serii tego typu awarii. Tymczasem kolejne kilkadziesiąt kilometrów było dla nas po prostu koszmarne. Silny wiatr wiejący nam w twarz nie pozwalał jechać szybciej niż 14-15 km/h. A nieraz bywało gorzej.



Nagrodą za 70 km takiej jazdy, okraszonej na koniec kilkukilometrowym, stromym podjazdem był widok na przepięknie położone, górskie jezioro Rotoiti. Nad jego brzegiem leżała turystyczna miejscowość St. Arnoud, gdzie wreszcie udało nam się kupić odpowiednią butlę gazową do naszego palnika. Bowiem do tej pory wrzącą wodę do zalania liofilizatów, zupek i herbaty zdobywaliśmy prosząc o nią w restauracjach, na stacjach benzynowych lub w sklepach. Szczerze musimy zresztą przyznać, że prawie zawsze nie było z tym problemu. Tyle, że przed sobą mieliśmy do pokonania kilkaset kilometrów drogi przez dżunglę, gdzie osiedla ludzkie rozrzucone były znacznie rzadziej. Za St. Arnoud było już właściwie tylko jedno miasteczko - Murchison, a dalej droga wiodła wąwozem rzeki Buller. Po obydwu jej stronach rósł gęsty las, składający się w dużej mierze z najprzeróżniejszych paproci. Były tam paprocie wielkości sporych drzew, a także bardziej swojskie, o wiele niższe paprocie tworzące zbitą ścianę poszycia. Tu wody było o wiele więcej. Właściwie widać i słychać ją było na każdym kroku. Na szczęście niebo wciąż było pogodne. Na nocleg wybraliśmy małą polankę przy drodze, w miejscu, w którym mapa wskazywała istnienie miejscowości o nazwie Lyell. My zauważyliśmy tylko kompletne bezludzie, gdzie po raz pierwszy mieliśmy możliwość zetknąć się z krwiożerczymi muszkami o nazwie sandflies. Tego wieczora wyjątkowo starannie rozbiliśmy nasz namiot, gdyż silnie wiało, a kilka metrów za nami urwisko wąwozu stromo spadało kilkadziesiąt metrów w dół.
Dystans: 163 km
Średnia prędkość: 17,0 km/h




1 stycznia 2003 - 4 etap
Lyell – Hokitika
Powitanie Nowego Roku smacznie przespaliśmy. Zresztą całkiem zasłużenie. Spać chodziliśmy często około 23.00, a wstawać próbowaliśmy już o 5.30. Na początku nawet się udawało. Później jednak zdarzało nam się opóźniać czas naszej pobudki nawet o godzinę. Nawarstwiające się zmęczenie dawało znać o sobie. Dlatego ten krótki czas nocnego odpoczynku trzeba było wykorzystać jak najlepiej. Życzenia złożyliśmy sobie dopiero w południe, kiedy Nowy Rok witano w Polsce. Ranek przywitał nas jednak bardzo nisko wiszącą mgłą i wszechogarniającą wilgocią. Szybko zwinęliśmy obóz i ruszyliśmy naprzód bez śniadania, aby jak najszybciej się rozgrzać. Po kilku minutach zauważyliśmy wreszcie znak wskazujący wjazd do miejscowości Lyell. Nieco dalej kolejny znak wskazywał, że miejscowość ta już się skończyła. W międzyczasie mogliśmy dostrzec jedynie splątaną gęstwinę lasu deszczowego i pojedynczą przyczepę kempingową zaparkowaną na mikroskopijnym, trawiastym parkingu. No comments. Krajobraz przez następne kilkadziesiąt kilometrów nie ulegał zmianie. Wszędzie było pełno wody. Rzeka Buller, której wąwozem jechaliśmy, płynęła bystrym nurtem kilkadziesiąt metrów pod nami. Za wyjątkiem zabitej dechami dziury o nazwie Inangahua Junction, gdzie zjedliśmy śniadanie brak było domów, samochodów i co za tym idzie ludzi. Droga wiodła raczej w dół, a wiatr nie był zbyt silny, wiec jechaliśmy znacznie szybciej niż zwykle.



Większość dróg na Nowej Zelandii jest bardzo wąska, a mosty mają zazwyczaj jeden pas ruchu. Czasem takie mosty mają nawet kilkaset metrów długości i trzeba uważać na pojazdy jadące z przeciwka. Osobną sprawą jest to, że samochody trafiały się tam naprawdę z rzadka, a innych rowerzystów na tym odcinku w zasadzie nie spotkaliśmy. Chwilowy powrót do cywilizacji zasygnalizowało nam miasteczko Reefton. Jest ono wspomnieniem złotych czasów tych okolic. Złotych nie tylko w przenośni. Pod koniec XIX wieku wybuchła tu gorączka złota, a szybko bogacące się Reefton było pierwszym miastem na całej południowej półkuli, w którym zainstalowano elektryczne oświetlenie na ulicach. Teraz jest to senna, prowincjonalna osada z małym centrum turystycznym przypominającym o minionych czasach. Od tego miejsca wjechaliśmy do prowincji o nazwie West Coast. Zachodnie Wybrzeże miejscami nieodłącznie kojarzy się z Dzikim Zachodem. Wrażenie to sprawiają szczególnie małe miasteczka z jednym sklepikiem, czymś w rodzaju saloonu i stacją benzynową z pojedynczym dystrybutorem. Wyrwane dżungli pastwiska wykorzystywane są do wypasu bydła i owiec. A ponad wszystkim wznoszą się góry. To typowe dla Nowej Zelandii. Raz są ośnieżone, raz całkowicie porośnięte gęstym lasem, ale są dosłownie wszędzie. Pod koniec dnia dotarliśmy do Greymouth. To największe miasto na całym Zachodnim Wybrzeżu. W zasadzie jedyne miasto na przestrzeni kolejnych czterystu kilometrów. Dalej jechaliśmy wzdłuż wybrzeża na południe przyglądając się, jak słońce zachodzi ponad Morzem Tasmana. Pogoda ciągle nam sprzyjała, chociaż okolice te słyną z wyjątkowo obfitych opadów. Tuż przed Hokitika wraz z zapadającym zmrokiem zatrzymaliśmy się na nocleg na piaszczystej, nadmorskiej wydmie, zaledwie kilka metrów ponad uderzającymi o brzeg falami. W nogach mieliśmy już ponad 700 km i zdecydowanie dawało się to odczuć. Pewnie dlatego zasnęliśmy w ułamku sekundy.
Dystans: 179 km
Średnia prędkość: 18,9 km/h




2 stycznia 2003 - 5 etap
Hokitika - Lake Matheson
Za Hokitika krajobraz od razu stał się na powrót dziki. Odjechaliśmy drogą kilka kilometrów od oceanu i tak podążaliśmy naprzód równolegle do jego brzegu. Po obydwu stronach wznosiła się nieprzebyta ściana bardzo gęstego lasu deszczowego. Kilka niewielkich osad w dalszym ciągu przypominało nam o złotej przeszłości tych terenów. Czasem trafiały się nawet nieczynne już kopalnie złota. Praktycznie aż do południa bardzo gruba mgła ograniczała widoczność do minimum. Gdy się w końcu podniosła ujrzeliśmy ośnieżone szczyty Alp Południowych, sięgających tutaj ponad 3000 m n.p.m. Widok zapierał nam dech w piersiach. Gęsty las deszczowy, a ponad nim skały uwieńczone białymi czapami śniegu. Krajobraz urozmaicały jeszcze ukryte w dżungli jeziora oraz podjazdy, z których najbardziej stromy okazał się wjazd na Mt. Hercules.





Taką okolicą podążaliśmy aż do turystycznej osady Franz Josef Glacier. Jest to jeden z dwóch tutejszych kurortów, których główną atrakcją są lodowce schodzące z najwyższych szczytów i wdzierające się na wiele kilometrów w głąb dżungli. Napór świeżego śniegu padającego ciągle w najwyższych partiach gór jest tak duży, że topniejąca wraz z obniżaniem się terenu dolna część lodowca stanowi swego rodzaju zjeżdżalnię dla nowych zwałów lodu. Powoduje to powstawanie mnóstwa najprzeróżniejszych jaskiń, naturalnych rzeźb i innych wytworów lodowej wyobraźni. Atrakcje te można podziwiać podchodząc kilkaset metrów w górę lub przyglądając się im z lotu ptaka w wynajętym śmigłowcu. Wiecznie żywy lodowy jęzor bywa jednak niebezpieczny. Zdarzały się bowiem przypadki, że odpadające bryły lodu potrafiły zabić na miejscu podziwiających je turystów. Z lodowca Franciszka Józefa ostatni odcinek drogi tego dnia zaprowadził nas do drugiego z kurortów o nazwie Fox Glacier. Było to zaledwie nieco ponad trzydzieści kilometrów, jednak trzy kolejne „Salmopole” zupełnie pozbawiły nas sił. Nocleg znaleźliśmy nad jeziorem Matheson, kilka kilometrów obok głównej drogi. Mogliśmy stamtąd podziwiać najwyższy nowozelandzki szczyt Mt. Cook, który właśnie zaczął spowijać mrok. Kolację zjedliśmy w towarzystwie miłej holenderskiej pary zwiedzającej wyspę wynajętym samochodem.
Dystans: 173 km
Średnia prędkość: 17,9 km/h


Wkrótce zapowiedź nowej wyprawy Andrzeja i Adama!!
Zobacz też:
Nowa Zelandia 2002. Część II.
Nowa Zelandia 2002. Część III - ostatnia.
oraz zapowiedź najnowszej wyprawy Andrzeja i Adama!
Rowerem Przez Islandzkie Bezdroża.