
Dokładnie jak przed rokiem - wybrałam się na kolarską wyspę Majorka w celu hmm... odnowy psychologicznej ze względu na cudowne widoki oraz poprawy swojej formy. 15 marca przywitało nas słonko, zielona trawka, pasące się baranki, ćwierkanie ptaszków (czytaj RAJSKA wiosna!).



Już pierwszego dnia zaliczyliśmy wstępny trening, zwiedzanie bliskich terenów hotelowych, a także inauguracyjne zrywanie słodziutkich pomarańczy i mandarynek. W ubiegłym roku mieszkałam blisko lotniska, w miejscowości Playa de Palma. Było świetnie ( dobry wypad w góry jak i w płaskie tereny), jednakże ceny wygórowane, standard średni i zbyt duży natłok niemieckiej geriatrii.



Tym razem nasz hotel mieścił się małej miejscowości na wschodzie wyspy - dokładnie Sa Coma.
100 metrów do deptaka i piaszczystej plaży. Spokojne, ładne miejsce, w którym można wypocząć i ostro potrenować.
Nie będę się rozwijała w tematach treningowych dzień po dniu, podam jedynie finalne podsumowanie.
14 dni = 1200 km, prawie 10 km przewyższeń. Może nie są to rewelacyjne osiągi dla niektórych, jednakże zważywszy na to, iż pogoda była "w kratkę" - jestem zadowolona. Już w 4 dniu naszego pobytu dopadł nas grad a np. siódmego dnia odbyliśmy cały sześciogodzinny trening po górach w temperaturze jedynie 8 stopni i praktycznie non stop padającym deszczu. Mieszkańcy Majorki stwierdzili, że trafiliśmy na najgorsze warunki od 2 miesięcy.



Jedną z ciekawszych wycieczek, jakie udało się nam odbyć był to wypad w góry. Pojechaliśmy z samego rano autobusem do "stolicy" - czyli do Palmy i stamtąd wyruszyliśmy w dalszą podróż rowerami. Jadąc przez takie miejscowości jak Calvia, Galilea, Andtrax itp. - zrobiliśmy rundkę 102 km z całkiem niezłym przewyższeniem. Wszystko byłoby po prostu cudownie, gdyby nie wspomniana wcześniej pogoda... 8 stopni i okropny męczący deszcz....na swojej drodze spotkaliśmy tylko trzech kolarskich "niedobitków"... jednakże "Polak potrafi". Jechaliśmy górami, dolinami, tunelami, podziwiając uroki hiszpańskiej architektury po naszej lewej, oraz błękit morza po naszej prawej.



Drugą godną polecenia "rundką" jak to nazywam jest trasa położona nieco wyżej, na północ, wiodącą przez Valdemossa oraz Soller. W ubiegłym roku sporo jeździłam po tamtych trasach i muszę przyznać, że dają ostry wycisk! Np. jeden podjazd trwa około 1,5 godziny a sam zjazd 40 minut! Bardzo charakterystyczne są seeetki wąziutkich zakrętów, więc o odpoczynku nie ma mowy!



W połowie naszego zgrupowania postanowiliśmy odwiedzić sam cypelek wyspy, położony skrajnie na północy. Formentor - stał się celem naszego sobotniego treningu, który dla odmiany odbywał się w słonecznej, ciepłej aurze - bez cienia chmurki! I znów jak poprzednio, dłuuugie podjazdy ze setką zakrętów i jeszcze bardziej pokręcone zjazdy...wszystko po to by z ostatniego zakrętu wyłonił się przepiękny widok na Formentor (na zdjęciach). Wycieczka godna polecenia, jeśli nie powiedzieć obowiązkowa!



Oczywiście nie są to jedyne ciekawe miejsca, które warto zwiedzić. Wyspa kryje wiele ciekawych zakątków, praktycznie na każdych 10 kilometrach znajduję się jakieś sanktuarium położone na dużej wysokości, z którego rozpościera się widok na co najmniej połowę wulkanicznej wyspy.



Jeśli mielibyście jakieś konkretne pytania, piszcie śmiało, a ja postaram się na nie odpowiedzieć!
Przepraszam za niezbyt staranny język, ale jestem właśnie w przerwie między zajęciami na uczelni i czas mnie goni. Pozdrowienia i do zobaczenia, mam nadzieje za rok, na nienagannych szosach kolarskiej wyspy!!!
foto: Krzysiek Szarecki