Turystyka rowerowa, zwłaszcza w górach to domena ludzi młodych, a jeżeli starszych to takich, którzy cechują się ponadprzeciętną w naszym narodzie, aktywnością fizyczną i zdrowiem. Wobec ciągłego postępu w dziedzinie konstruowania rowerów i rozwoju rynku, na górskim szlaku spotykać będziemy wielu debiutantów lub początkujących użytkowników dwóch kółek. Najprawdopodobniej dotrą oni ze swoim rowerem nie przypadkowo, ale po jakimś namyśle lub kontakcie z kimś, kto tam był. Mogą mieć pewne wątpliwości, obawy - czy na pewno warto, gdzie jeździć, jak dojechać, jak to naprawdę jest? „Tak górskim szlakiem, rowerem jechać... toż to panie ektremum jakieś?!”. Gdy pogoda ładna, sucho i odpowiednio dobrana trasa to nadzwyczajnej odwagi czy umiejętności, przejechanie beskidzkiego grzbietu nie będzie wymagało
Jestem tu pierwszy raz, widzę porozstawiane przy szaro-jasnej, kamienistej drodze wapienne skałki, małe „bramy”, zbocza doliny, jasno oświetlone przez poranne promienie słońca, ujmującą bliskość stoków, jawiących się w ciepłych, złotawych odcieniach jesieni. Jest tu pięknie, przytulnie, niby w górach, ale bardzo bliskich, łagodnych, stworzonych chyba dla dzieci - czarujące miejsce. Gdy oglądam się za siebie i widzę Trzy Korony z zupełnie nowej perspektywy, a na bliższym planie poprzecinane miedzami, poplamione różnymi kolorami stoki, na których gdzieniegdzie, luzem rośnie drzewo, stoi brzydka chałupka - ogarnia mnie jakaś tajemnicza więź i poruszająca jedność z tym krajobrazem. Niedawno spędziłem tydzień w austriackich Alpach, gdzie podziwiałem głębokie doliny, wysokie granie, lodowiec, jaskrawo ośnieżone szczyty. Pogoda była tam idealna, a przestrzeni zarówno tej naturalnej jak i przetworzonej przez człowieka nie można nic zarzucić. I co teraz? Na widok tych bałaganiarsko rozrzuconych polskich chałup, nierównych linii skraju lasu, nitek polnych dróg wgryzionych na dwa metry w glebę, odczuwam mistyczny dreszczyk emocji, kontakt z autentycznym pięknem, moją własną ziemią, ojczyzną. Jestem daleki od patosu, wygłaszania patriotycznych haseł, ale po prostu raz w życiu coś mnie tak naszło i na króciutko za serce ujęło. Aż się nie mogłem nadziwić, przecież w tych górach i innych zakątkach Polski byłem nie raz, a przyjechałem tu tylko dla nieskomplikowanej rozrywki. Lecz cóż może każdemu, kiedyś, w sielsko-anielskim rodzimym krajobrazie, taka chwila się trafia.
Za końcem dolinki droga robi się niejednoznaczna, żółty szlak gdzieś się gubi. Na skróty pcham się więc razem z rowerem, pod stromą górę, pod wiatr, w kierunku widocznej przełęczy Rozdziela. Zdaje mi się, że to wdrapywanie trwa bardzo długo, a przecież wysokość 862 m n.p.m. nie jest imponująca. W nagrodę, teraz czekają na mnie ścieżki biegnące w lesie, grzbietem, z którego co jakiś czas rozpościerają się górskie widoki. Nie trzeba schodzić z roweru, nawierzchnia jest twarda, sucha, urozmaicona gdzieniegdzie korzeniami i kamieniami w idealnie dobranych ilościach. Jest to odcinek granicy państwa, więc gdyby wopiści jeździli tu na rowerkach ich służba nabrałaby dużo sensu. Mijając jednego rowerzystę docieram do Obidzy, a dalej przez Wlk. Rogacz, omijając Radziejową, trochę błądzę pod stokami Złomistego. Miejscami brakuje mi przełożeń i podchodzę, zapewne wzbudzając litość u przygodnych spacerowiczów. Pot się ze mnie leje, ale ja wiem swoje - jest tu fajnie, za chwilę będę znowu jechać, a oni pomalutku będą dalej dreptać, nie zaznając tych rozkoszy co ja. Nieco za bardzo zapragnąłem sobie ułatwić jazdę napotkaną szeroką drogą. Jako że opadała lekko w dół, nie mogłem się powstrzymać i dałem po blacie tyle mocy ile miałem w nogach. Wytrzęsło mi ręce i zęby, aż uświadomiłem sobie, że za bardzo opadam w dół nie na tą stronę co potrzeba. Zatrzymałem się, rzuciłem okiem na mapę i postanowiłem wdrapać na skróty, na piechotę, na główny grzbiet, po którym biegnie czerwony szlak na Przechybę. Po mozolnych, długich minutach dotarłem, na kamienistą dróżkę i skierowałem się w stronę schroniska. Wąski szlak biegnący grzbietem, powyżej 1200 m n.p.m., z licznymi kamieniami lub innymi drobnymi utrudnieniami to kwintesencja Beskidów na rowerze. Nie można się za nadto rozpędzić, ale coś zapiera dech w piersiach i wyrywa z przeciętności. Tuż przed Przechybą spotykam kolejnego rowerzystę, a chwilę później zajeżdżam pod schronisko z hałasem uciekających spod kół kamieni.
Góry widziane z perspektywy siodełka, z towarzyszącymi nam odgłosami toczących się po patykach i kamieniach opon, to coś bez porównania innego niż gdy spoglądamy na nie przyodziani w plecak, duże buty i gdy co jakiś czas ktoś mówi nam „dzień dobry”. Różnicę między tymi dwoma sposobami uprawiania turystyki porównałbym do różnicy między fotografią, a filmem. Jadąc, świat widzimy jako dynamicznie zmieniający się obraz, pełen nieprzewidzianych sytuacji, szybko zmieniających się klatek, nie mamy za wiele czasu na kontemplację dowolnie wybranych szczegółów, istotne jest to co „w środku kadru”, mamy cały czas skupioną uwagę, aby nie zgubić „wątku”. A na piechotę częściej można się zatrzymać, popatrzeć daleko, blisko, w lewo, w prawo lub za siebie, gadać z towarzyszami lub dumać o niebieskich migdałach. W górach na rowerze, w pewnym sensie opuszczamy strefę turystyki i to co wyrabiamy kwalifikuje się już bardziej jako uprawianie sportu. Skupiamy się na jak najlepszym wykonaniu konkretnego zadania, tu dużo zależy od naszego ciała, przygotowania, sprzętu, umiejętności. Pozwolenie sobie na chwilę nieuwagi może być niebezpieczne. Życiowe rozważania, metafizyka czy zachwyty nad pięknem przyrody są możliwe w czasie odpoczynku, gdy już złapiemy oddech, a czasem na podjazdach. Różne rzeczy wtedy do głowy przychodzą. Pogadać, pożartować z towarzystwem też najlepiej na postoju, albo wieczorem przy zastawionym stole.Tatry z Przechyby są ledwo widoczne na horyzoncie. Czas nagli, bo za 1,5 godziny mam ekspres z N. Sącza. Czeka mnie ostatni, duży zjazd, warto się wyluzować i odsapnąć. Sprawdzam czy wszystko jest na swoim miejscu i zaczynam gnać na ile mi głowa i ręce pozwalają. Szeroki, opadający w dół szuterek - co ja mogę powiedzieć? Aaaa! uuu! Yyyy! Aż tu nagle po minucie, co widzę? Asfalt. Jestem dość wysoko w polskich Beskidach i trafiam na równiuteńki, szeroki na kilka metrów asfalt. Jestem lekko zaskoczony, ale wcale mnie to nie martwi. Spieszę się na pociąg. Teraz często towarzyszą mi niecodzienne odczucia związane z ostrym, a jednak wydłużonym hamowaniem, a potem bardzo szybkim, wręcz błyskawicznym osiąganiem szybkości 60-70 km/h. Gdyby nie pojawiające się co chwila zakręty i ludzie idący tą samą drogą, pomyślałbym, że to sen jakiś. Nie byłem tu wcześniej, nie wiem gdzie i jakie są te zakręty, więc „tylko” zjeżdżam niecałe 70 km/h. Ten zjazd staje się apogeum mojej dwudniowej wycieczki. Myślę sobie, że „gdyby tak jeszcze tych piechurów stąd pogonić, bo muszę przez nich zwalniać..., ciepły jesienny weekend wygarnął naród z betonowych domostw”. Kilka minut i po wszystkim - koniec kilkukilometrowego zjazdu. Od parkingu koło leśniczówki Gaboń, niby też jest w dół i to do samego Sącza, ale to co najlepsze trwało zbyt krótko. Trzeba będzie tu wrócić. Jeszcze kilka godzin, cały i zdrowy docieram na Dworzec Centralny, a stamtąd w blasku ulicznych latarni do domu, prysznic i spać, wszak jutro będzie poniedziałek.
Część pierwszą artykułu znajdziecie tutaj.