Jedna noc w pociągu, dwa dni w górach, cz.1

Drukuj

Październik 2000 r. był nadzwyczaj ciepły. Już od dawna pragnąłem wyrwać się z Warszawy i pojeździć po Beskidach.

Październik 2000 r. był nadzwyczaj ciepły. Już od dawna pragnąłem wyrwać się z Warszawy i pojeździć po Beskidach.Poprzednim razem byłem w górach rowerem, dwa lata wcześniej i to przez raptem jedną godzinę. Za to zapadła mi ona w pamięci. Z byle jakiego, włoskiego roweru z wypożyczalni, w trakcie zjazdu do Szklarskiej wyciągnąłem wszystko co tylko się dało. Zdaje mi się, że nie jechał on nigdy szybciej i głośniej.

Są ludzie pokonujący setki kilometrów po to, aby przez chwilę pojeździć na nartach, na krótko spotkać bliskich, zobaczyć spektakl w teatrze i w wielu innych celach. Dlaczego więc nie mógłbym przebyć kilkuset kilometrów w celu pojeżdżenia przez kilkanaście godzin rowerem po górach? A chęć miałem ogromną. Wobec perspektywy nadciągających zimowych i mrocznych miesięcy decyzja była prosta - w piątek wieczorem wyjeżdżałem nocnym pociągiem, mającym jak najgorsza sławę ze wzgledu na napady i kradzieże, w stronę Nowego Targu. Mój rowerek, postawiłem na sztorc w przejściu między wagonami, zapiąłem linką i udałem się na drzemkę do przedziału. Nie powiem, że spałem snem sprawiedliwego, wszak zostawiłem sprzęt poza zasięgiem wzroku.

Słoneczny, trochę chłodny poranek na uroczej stacyjce PKP w Pyzówce opromienił mnie blaskiem słońca, przenikliwym, wilgotnym zapachem świerków. Czułem się jak przeniesiony do innego świata i czasu, wydawało się, że szczęście, którego tak pragnę, znajduje się tuż obok, nieomal na wyciągnięcie ręki.

Na chybcika ułożony plan gry zakładał trasę: Pyzówka - Turbacz - Lubań - nocleg w Krościenku - Przechyba – N.Sącz. Główne punkty tej wycieczki można by nazwać beskidzką klasyką, elementarzem, rowerową jazdą obowiązkową itd. Jeszcze dawno dawno temu układałem sobie w marzeniach pierwszą trasę w górach do jazdy na rowerze. Zauważyłem, że najlepiej rozpocząć ją właśnie stąd, z Pyzówki, z wysokości 700 m n.p.m. dokąd wdrapuje się zwykły pociąg. I oto jest.
Początkowo jadę asfaltową drogą, za chwilę rozpościera mi się przed oczami widok na odległe góry. Jedynie krótki przejazd ruchliwą zakopianką, niebieskim szlakiem na Obidowiec na moment przydusiły moje zachwyty.

Świadomie wybrałem się z minimalnym ekwipunkiem, bez śpiwora, ciepłych ubrań, naczyń i innych niezbędnych rzeczy. Jakby na to nie patrzeć doświadczenie z różnych górskich wypraw teraz zaprocentowało – nie uginam się pod ciężarem zbędnych przedmiotów. Postanowiłem zaufać pani od prognozy pogody - ma być pogodnie i ciepło. Śpiwór nie jest potrzebny, na pewno znajdzie się jakaś kwatera z pościelą, a od cywilizacji daleko nie ucieknę. Stosując starą, dobrą zasadę, że po co sobie ułatwiać jak można sobie utrudnić, postanawiam nie jechać z Obidowca w stronę gór, które są tuż tuż, ale zjeżdżam przez Rdzawkę do Chabówki, by zakupić bilet na powrotny ekspres z N. Sącza. Może nie jest to konieczne, ale przed wyjazdem nie zdążyłem tego załatwić, więc teraz mam okazję do fajnego porannego downhilliku.
Nierówny asfalt, liczne zakręty, bliska zabudowa i prędkość ponad 60 km/h na rowerze bez żadnej amortyzacji, zapewniają mi podwyższony poziom adrenaliny w zastępstwie porannej kawy. Na szczęście żadne dziecko, ani pies nie wtargnęło mi pod koła, lecz trochę szkoda, że nie przekroczyłem 70. Martwiło mnie co by się mogło stać gdybym tak nagle wyleciał nad rower i trafił o kant dziury w drodze, albo walnął w maskę wytaczającego się znienacka Ursusa.
Z Rabki podjeżdżam, chwilami podchodzę na Maciejową, serce mi wali. Gdzieś w tym miejscu wyprzedzam pana dzielnie pchającego pod górę swojego rometa - górala. Każdy orze jak może... , może ja za dwadzieścia lat też tak będę podawać na turnusie w sanatorium. Zasłużenie robię odpoczynek na małe co nieco w przytulnym, maleńkim, drewnianym schronisku i jadę dalej. Luźne kamienie przeskakują to na lewo, to na prawo, a lubię patrzeć jak pod moją wodzą rower dzielnie walczy z takimi przeciwnościami. Sprzęt jest po to żeby pracował i się zużywał na chwałę jego i moją.
Teraz częściej pojawiają się płaskie odcinki, odkryte hale z widokiem na Tatry, krótkie podejścia. Nie mam niestety górskich przełożeń (min to 28/30), ani zatrzaskowych pedałów. Ale mi to tak bardzo nie przeszkadza. Ja lubię mój prosty, tani rowerek, a on lubi mnie. W tak pięknych i niepowtarzalnych “okolicznościach przyrody” dzielnie zmierzamy w stronę Turbacza. Dziwię się, że tu w Gorcach jest tak sucho. Jednym słowem, wszystkie zmienne programu wypadowego dopisują. Po południu docieram na Turbacz - najwyższe wzniesienie na trasie.

Świadomie napisałem „docieram na wzniesienie na trasie”, a nie np. „zdobywam szczyt”. Nie wiem jak dla innych, ale ja zdecydowanie bardziej odczuwam, przejechany dystans, sumę wszystkich zrobionych przewyższeń, a radość czerpię z osiąganych na zjazdach prędkości w zestawieniu z terenowymi przeszkodami. Dla piechura osiągnięcie wierzchołka góry to jeden z celów i zwieńczenie wycieczki, dla rowerzysty to dopiero preludium, przedsmak najwspanialszych emocji, to jak spojrzenie na jeszcze ubraną kobietę, której zapach zapowiada chwile szczęścia i rozkoszy. Wszystko to umiejscowione w górskim krajobrazie, wywołuje radość, lekkie poddenerwowanie, poczucie wolności. Rower w górach nakłada pewne ograniczenia co do wyboru trasy, tak aby dało się jechać. Z drugiej jednak strony daje nam więcej władzy nad przestrzenią - po prostu wszędzie jest bliżej niż na piechotę (zwłaszcza w dół). Rower daje pierwotną dla każdego zwierzęcia i człowieka radość z samego ruchu, szybkiego przemieszczania się, dążenia i osiągania celu, który sami wybieramy na horyzoncie. Istotna jest prędkość jaką osiągamy względem otaczającego krajobrazu, zapewniająca intensywność przeżyć i zdrowy dreszczyk emocji, jakże innych od tych trapiących nas na co dzień w szkole, pracy czy w domu.

Pora przystąpić do dzieła, teraz będzie z górki. Jak zwykle pobłądziłem tuż koło schroniska, nie wiedząc, w którą mam jechać stronę, aż obrałem prawidłowy kierunek na Długą Halę. Radosny zjazd, wjazd, trawa się złoci, ludzi znacznie mniej. Po wąskich ścieżkach, przez rozległe polany, zmierzam przez Kiczorę w stronę przełęczy Knurowskiej. Patrząc wcześniej na mapę wiedziałem, że nastąpi tu pewien krótki odcinek stromego zjazdu. Dojechałem do miejsca gdzie się on rozpoczyna. Widzę przed sobą strome, gładkie, nie licząc patyków i sterczących pieńków, okryte liśćmi zbocze porośnięte drzewami. Przez te liście jest potencjalnie ślisko, zjechać będzie ciężko, ale spróbować trzeba. Po dojechaniu do połowy, zeskakuję z roweru i postanawiam grzecznie schodzić, ledwo trzymając się na nogach. Niedługo potem nachylenie maleje na tyle że wsiadam i zjeżdżam już w miarę spokojnie. Na końcu stromego zjazdu moim oczom ukazał się jakiś pieszy turysta, stojący przed tą stromizną i z niebywałym zdziwieniem patrzący na mnie. No tak, ten gość, któremu jeszcze daleko do Turbacza pewnie sądzi, że ja tak po prostu zjechałem po tych liściach, po których on będzie się teraz wdrapywać na czworakach. Oczywiście nie wyprowadzam go z błędu - mówimy „cześć” i niech ma respekt przed wszystkimi rowerzystami, których wielu jeszcze spotka. Po 7 godzinach od wyjazdu z Rabki jestem na przełęczy Knurowskiej. Pomyślicie, że nieźle się obijałem, ale ja kwalifikuję się tylko jako „niedzielny wojownik” i lekko spasiony mieszczuch, w tym momencie bez żadnych sportowych ambicji.

Nawet lato w październiku ma jedną wadę - dzień jest krótki. Analiza zapisów znanego, rowerowego przewodnika „Najlepsze wycieczki na rowerze górskim -Beskidy cz. zachodnia” ostrzega, że Pasmo Lubania nie jest gładkie, a sam zjazd do Krościenka może odbywać się już po ciemku. Postanawiam więc zrobić sobie odpoczynek i rundę honorową przez jedną z najdłuższych w Polsce wsi czyli Ochotnicę. Ok. pół godziny nieprzerwanego, asfaltowego zjazdu, z prędkością nie mniejszą niż 30 km/h i najczęściej bez konieczności pedałowania, aby ją utrzymać. Do połowy jest fajnie, ale potem lekko nudnawo, bo mój blat i tylna koronka 13 nie pozwala na dokręcanie powyżej 50 km/h. Monotonię tego zjazdu zakłóciły dwa zdarzenia, zaskakujące niczym gol strzelony przez polską reprezentację w piłce nożnej. W pewnym momencie dostrzegam nacierający na mnie z przeciwka, poruszający się lewą stroną drogi obiekt. Porusza się szybko, w moim kierunku, a najgorsze, że nie przypomina niczego co dotąd widziałem. Ani to samochód, koń, traktor, motor, nie widać też żadnego człowieka. Ufo w Ochotnicy to może być, ale w jakimś komiksie. Spotykałem już różne wiejskie wynalazki łączące taczkę z motocyklem, czy motopompę z wozem drabiniastym, jednak ta zagadka długo pozostaje bez rozwiązania. Aż zza obiektu wychyla się jakaś głowa, skręca on w ostatniej chwili na swój prawy pas, a moim oczom ukazuje się terenowy motor gnający na tylnym kole. A więc to co widziałem to był spód motocykla. W sumie to cieszy mnie, że duch freeridu w narodzie się rozwija. Rozluźniony przejeżdżam wzdłuż zabudowań i łąk, na których leniwie pasą się krowy. A tu kolejna zagwozdka. O co można potknąć się na równej drodze? Nagle, gdy widzę gromadkę bosych dzieci po obu stronach drogi i metalowy łańcuch leżący w poprzek, do mojej świadomości dociera, że wyjścia są dwa. Albo naciągną ten łańcuch i wylecę nie wiem gdzie i czy w jednym kawałku, albo nie stanie się nic. Na szczęście skończyło się na przyspieszonym biciu serca.

Przed dotarciem do szosy N. Sącz - Krościenko, oczarowuje mnie różnorodność wszystkich barw jesieni, najróżniejszych żółci, brązów, czerwieni i zieleni okrywających strome zbocza doliny Dunajca i Ochotnicy. Jako że jadę drogą wpadającą prostopadle do doliny Dunajca, widzę przed sobą potężną, jakby pionową, intensywnie ciemno żółtą ścianę, obrośniętą drzewami. Myślę sobie - no tak to jest ta słynna polska jesień, piękna rzecz - w żadnym kinie tego nie pokażą, bo nie będzie tak wielkiego ekranu. Zaraz po wjeździe do Krościenka trafiam na możliwość zakwaterowania na jedną noc z pościelą za 15 zł. Potem prysznic, pstrąg w barze na rynku, chwila zadumy i odpoczynku nad szumiącym Dunajcem, w blasku księżyca. Jutro też będzie słoneczny dzień, a za dzisiejszy wypada mi tylko Bogu podziękować.

Obserwuj nas w Google News

Subskrybuj