Dzień 1: Zawiercie Kraków 5:45 Dzwoni budzik, wstaję, ubieram się i ruszam po bułki żeby zrobić sobie jakieś kanapki na drogę.
Mogłem się tego spodziewać, w Boże Ciało raczej sklepy są pozamykane, kanapek więc nie będzie. Wsiadam na rower i ruszam na stację benzynową po batony i napoje izotoniczne. Śniadanie w biegu, dobrze, że wczoraj wrzuciłem trochę rzeczy do plecaka.
Ekwipunek jest podzielony równo 1/3 zajmują ciuchy: bielizna na zmianę będąca jednocześnie pidżamą, polar i mały ręcznik, 1/3 miejsca to zapas 2 l wody w bukłaku, w resztki miejsca upycham niezbędne akcesoria rowerowe (dętka, łyżki, pompka, narzędzia, lampki), aparat, szczoteczkę do zębów i mini-żel pod prysznic, apteczkę. Niby niewiele tego a 30 litrowy plecak jest pełen. Wyruszam na dworzec z przeświadczeniem, że czegoś zapomniałem, ale nie ma już odwrotu. Spotykam się z Maćkiem przy kasach, kupujemy bilety do Zawiercia i wsiadamy do pociągu. Przypinamy rowery na korytarzu, ładujemy się do przedziału. Po 30 minutach rozmowy zasypiam. Kontrola biletów wyrywa mnie z głębokiego snu, idę sprawdzić czy rowery jeszcze stoją. Podróż mija szybko. Spojrzenie na mapę (polecam wydanie: Jura Krakowsko Częstochowska 1:50000 Euromapa ExpressMap Polska), aby doprecyzować prosty plan dotarcia do Krakowa szlakiem i ustalamy, że do Ogrodzieńca jedziemy asfaltem żeby zaoszczędzić trochę czasu, a potem cały czas do celu szlakiem pieszym Orlich Gniazd. W Zawierciu jednak przypadkiem wjeżdżamy na niebieski szlak i nim podążamy do Podzamcza, gdzie czekają na nas piękne ruiny zamku. Zwiedzanie malowniczo wkomponowanych w skały pozostałości zajmuje nam około pół godziny i ruszamy w dalszą drogę. Szlak nasz pokrywa się częściowo ze szlakiem rowerowym Orlich Gniazd, gdzie przyjemnie pędzimy szutrówką, marząc o tym, że może uda się kiedyś namówić nasze dziewczyny na wspólne przebycie wersji rowerowej.


Mijamy zamek w Smoleniu i zatrzymujemy się na chwilę przed zjazdem w dolinę Wodącą, aby nacieszyć oczy pięknem przyrody. Otwarta przestrzeń, w oddali obnażone skały wapienne, a wokół nas sielskie pola i snopki siana. Po szybkim asfaltowym zjeździe wjeżdżamy do lasu. Pniemy się mozolnie pod górę, dwa razy gubimy szlak z uwagi na wyrąb drzew. Wracamy do ostatnio widzianego znaku i odnajdujemy drogę. Sytuacje takie niestety zdarzały się nam dosyć często ( 4-5 razy), a pod Krakowem zgubiliśmy szlak zupełnie, żeby odnaleźć go po ok. 4 km, podczas których jechaliśmy na azymut. Jedziemy całkiem szybko, bez ociągania się i często rezygnujemy ze zwiedzania, a czas na robienie zdjęć ograniczamy do minimum. Czasem przychodzi mi na myśl pytanie, gdzie będę dziś nocować, ale przeżywanie wycieczki powoduje, że odkładam te rozterki na później. Jadąc szlakiem na odcinku wieś Góry Bydlińskie - Zawadka zaliczyliśmy zjazd, który będę pamiętał długo. Twarde podłoże, umiarkowane nachylenie i łatwość techniczna sprawiły, że pomykaliśmy leśną ścieżką w dół przez około 1,5 km, lekko zwalniając na zakrętach i dokręcając na prostych. Adrenalina, drobne uskoki, i w dół... w dół. W Bydlinie zahaczamy o ruiny kościoła obronnego i ruszamy w dalszą drogę. Od tego momentu czasem na szlaku pojawiał się piach, sypki, głęboki piach. Na szczęście szlak prowadził przez okoliczne wzniesienia (Ostra Góra, Góra Zubowa, Góra Jastrząbka, Góra Januszowa), gdzie żegnaliśmy się z piaskiem. Na jednym z podjazdów zauważyłem, że kończy mi się woda, a wszelkie próby odnalezienia sklepu kończyły się fiaskiem (Boże Ciało). Podjechaliśmy pod zamek Rabsztyn, zrobiliśmy kilka ciekawych ujęć i w drogę. W kolejnej wsi moje pragnienie było na tyle silne, że zdecydowałem się za wszelką cenę znaleźć sklep i w razie potrzeby zmusić właściciela do jego otwarcia. Przy sklepie robimy drugą dłuższą przerwę. Nic tak nie stawia na nogi jak słodka bułka i pepsi. Kiedy odjeżdżamy mam wrażenie, że zupełnie się zregenerowałem, czuję się świetnie, mimo, że to mniej więcej połowa trasy.



Leśne podjazdy i piach dały nam dość dużo opóźnienia, zwłaszcza, że plan zakładał żeby zdążyć na 17:00 do Krakowa na pociąg do Łodzi. Robimy skrót jadąc asfaltem prowadzącym nas do Ojcowskiego Parku Narodowego. Tutaj przy Pieskowej Skale zapada decyzja: Nie ma sensu gnać na pociąg, tu jest zbyt pięknie, żeby po prostu wszystko minąć. Skręcamy w wąwóz Sokolec i żółtym szlakiem przez Dolinę Sąspowską wracamy do szlaku Orlich Gniazd. W tym miejscu jeszcze raz obiecuję sobie, że zabiorę tutaj swoją ukochaną. Szlak żółty był całkowicie przejezdny dla amatora, za to widoki i miejsca, które można zobaczyć są wprost niezwykłe. Doliną Prądnika prowadzi szeroki asfalt zmieniający się następnie w szutrówkę. Doskonałe miejsce na rower. Kilka razy biję się ze sobą w myślach zostać w Krakowie i jeździć kolejnego dnia samemu czy wracać do domu? Samotna jazda nie daje tyle samo radości, jednak mimo wszystko decyduję się zostać i pojeździć po okolicznych dolinkach. Do Krakowa wjeżdżamy szlakiem i tutaj rozstaję się z Maćkiem, który musi wracać do Łodzi.
dystans dnia: 115 km 17,2 km/h Dzień 2: Dolinki Krakowskie Pobudka o 7:00 szybkie pakowanie i ruszam w kierunku Lasku Wolskiego. Dojeżdżam do Wisły, oglądam z daleka Wawel i decyduję się na śniadanie w barze mlecznym Flisak. Jadąc po mieście uświadamiam sobie czego zapomniałem: dźwięki dochodzące z napędu to suchy łańcuch. Nic już na to nie poradzę, następnym razem zabiorę ze sobą trochę tego specyfiku do smarowania łańcucha. Teraz przede mną dolinki Krakowskie, miejsca, które znam ze zdjęć i opisów tras. Na początek rezerwat dol. Mnikowska, to miejsce zionie aurą duchowości. Spędzam tam chwilę w zadumie i raźno pedałuję dalej niebieskim szlakiem. Nie sądziłem, że wysokości względne będą tak duże, ale mozolne podjazdy są szybko rekompensowane zjazdem do kolejnej doliny.


Przejeżdżam doliną Brzoskwinki, zmieniam szlak na czarny, później znów na niebieski "Warowni Jurajskich". Ciągłe podjazdy w tej wilgotności powodują, że zapas wody szybko się zmniejsza. Zaczynam zastanawiać się czy popijam wodę żeby odwrócić swoją uwagę od zmęczenia, czy rzeczywiście mam tak duże zapotrzebowanie organizmu na płyn. Dojeżdżam do dolinki Kobylańskiej i tu ciekawostka, kamienistą drogą prowadzącą pomiędzy domami płynie płytki potok. Dolina Kobylańska to miejsce całkowicie opanowane przez wspinaczy, jedno wielkie obozowisko, tu tlą się ogniska, grupki wspinaczy pokonują trasy instruowani z dołu przez kompanów. Moja trasa wiedzie dnem doliny, kilka razy przekraczam niezbyt głębokie strumyczki. Niestety w jednym z nich wylądowałem podczas nieudanego przejazdu (wstyd się przyznać). W tym momencie uzmysławiam sobie, jak mocno dały mi się we znaki poprzednie podjazdy i obiecuję sobie utrzymywać bardziej rekreacyjne tempo.


Kolejno przejeżdżam przez doliny Będkowską, Szklarki, pokonując wzniesienia pomiędzy nimi. Bardzo ciekawy i atrakcyjny wydał mi się szlak poprowadzony doliną Racławki, drewniane mostki, cisza i spokój, bardziej odludne miejsce niż poprzednie dolinki. Kolejne wzniesienie, które powoduje, że dobitniej odczuwam trudy wycieczki i kolejny szybki asfaltowy zjazd. Jestem w dolinie Eliaszówki. Robię sobie postój przy ruinach mostu i jadę do Krzeszowic. Z uwagi na czas, jaki pozostał do odjazdu pociągu decyduję się na zwiedzanie pobliskiego zamku w Tęczynie. Warto było wdrapać się na szczyt wzniesienia, aby zobaczyć zamek w pełnej okazałości i choć przez chwilę poczuć chłód grubych murów zamkowych. Podróż pociągiem ma swoje zalety. Zimne piwo i drzemka w pustym przedziale jako tako rekompensują czas 4 godzin, które muszę spędzić w pociągu zanim zjem kolację i obejrzę zdjęcia w wyprawy. Obmyślam, jaką trasą pojadę z narzeczoną o ile się zgodzi. Trasa przebyta drugiego dnia. dystans dnia: 95 km, średnia 16,2 km/h