Pierwszy dzień naszej wyprawy to drogi wiodące przez niezwykle popularna polska część Tatr Wysokich, a następnie słowackich. Takich miejscowości jak Tatrzańska Łomnica, czy Smokowiec u naszych południowych sąsiadów, czy choćby naszego Zakopanego nie trzeba specjalnie reklamować.
Zakopane przytłacza swoimi rozmiarami, tłumem turystów i wszędobylskimi samochodami. Po drugiej stronie gór miasta i wioski wydaja się cichsze.
Zupełnie jakby czas biegł inaczej. Wolniej. Może, dlatego, ze okolice te i je ludzi zamieszkujący nie zwykli do gwałtownych działań. Wichry historii zdawały się oszczędzać te podgórskie wioski. Wszystko mogłoby się rozpłynąć w zapomnieniu i nikt nie miałby nic przeciwko. Takie wrażenie towarzyszyło nam i w podgórskich wioskach i w cygańskich osiedlach. W dolinie Wagu i Tatrach. Nie opuszczało nas przez całą Słowację. Trasa, która wybraliśmy na rozgrzewkę okazała się niezwykle wymagająca. Ponad 130km w wysokich górach. Strome podjazdy w piekącym słońcu. A prawdziwe upały miały dopiero nadejść.
Następnie dni to górzyste drogi Słowacji. Miało być płasko, a praktycznie każda wioska leżała w dolinie, co oznaczało stromy zjazd i równie stromy podjazd. Wszystko to podczas niesamowitych upałów. Nagłówki gazet brzmiały podobnie. Najbardziej chwytliwy tytuł, oddający cala atmosferę, brzmiał "Peklo v Slovensku". Ponad 40 stopniowe upały wymusiły na nas zmianę taktyki. Zaczynaliśmy wcześnie rano, tak by miedzy 10 a 11 znaleźć się w okolicach jakiegoś jeziora. Gdzie po przeczekaniu największych upałów moglibyśmy ruszać dalej. Taki styl jazdy z powodzeniem zdawał egzamin w całej Słowacji.
Odwiedziliśmy Bańska Bystrzyce - jedno z najładniejszych miast rejonu o urokliwym rynku pełnym gotyckich, renesansowych i barokowych kamieniczek; Nitre - konkurującą z Bratysławą o miano najstarszego miasta na Słowacji, która jednak nie zrobiła na nas wielkiego wrażenia oraz sama Bratysławę.
Jak przystało na stolice oczarowała nas do reszty. Pięknie odrestaurowane stare miasto i górujące nad nimi strzeliste wieże gotyckiej katedry św.
Marcina. Fenomenalny widok. 4 godziny, które poświęciliśmy na podziwianie miasta to zdecydowanie za mało, ale wiemy juz gdzie chętnie wrócimy.
Tego samego dnia odwiedziliśmy również Wiedeń. Podobno nocą wygląda niesamowicie. Chcieliśmy to sprawdzić. Specjalnie zrobiliśmy długą przerwę nad Dunajem, by dopiero o 22 znaleźć się na przedmieściach stolicy Austrii. jeszcze 10 km i jesteśmy w 1,6mln metropolii. Przejazd główną ulica - światła miasta odbijają się w leniwie płynącym Dunaju i jeszcze silniej kontrastują z ciemnym, nocnym niebem rozjaśnianym od północy pojedynczymi błyskawicami. Sceneria jak z bajki, a samo miasto również ma swój urok. Labirynt wąskich brukowanych uliczek ginących w mroku, to znów zalewanych światłem latarni i neonów. Stolica cesarstwa Habsburgów olśniewa swa uroda. Tak, tylko w takim miejscu jak to, można było rozłożyć mapę XIXw Europy i myśleć o ekspansji.
Za horyzontem coraz jaśniej. Helios ruszył swym rydwanem. My tez musimy jechać. Wiedeń nocą - cos wspaniałego!
W piekącym słońcu przemierzamy rolnicze rejony Austrii, by znaleźć się w St Polten. Zadbane jeziorko, nad którym spędzamy trochę czasu, ale przede wszystkim samo miasteczko. Rzuca na kolana! Bogato zdobione kamienice, niesamowity rynek, uliczki pamiętające najlepsze czasy Cesarstwa. Widać ze Habsburgowie nie szczędzili funduszy.
Dalej na południe zaczęły się Alpy. Wcześniej majaczące na horyzoncie, teraz przybrały całkiem realne kształty. Wysokości zaczęły rosnąć. Droga coraz częściej pięła się stromo w gore malowniczymi serpentynami. Podjazdy zaczęły przekraczać 20%. Stawały się coraz większym wyzwaniem. Jednak warto było się pomęczyć by odkryć, co skrywają Alpy we wschodniej Austrii.
Niezwykle widokowo położone przełęcze, strome zbocza i malownicze wioski. Kirchberg, Marbach, Wildalpe. Soczyście zielona trawa, kwiaty w odcieniach różu, czerwieni i fioletu, a w tle wysokie góry. Widoki jak z pocztówki.
W Mitterbach pojawił się jeszcze jeden element, którego wcześniej brakowało - alpejskie jezioro. Czysta woda o lekkim turkusowym zabarwieniu, stosunkowo ciepła jak na Alpy, Przygotowane plaże, wybudowane pomosty, zjeżdżalnie i przystanie dla żaglówek i surferow. Świetne miejsce na spędzenie upalnego popołudnia.
5 km na południe znajduje się Mariazell. Największy ośrodek kultu maryjnego w Austrii. Spokojne miasteczko cale wygląda jak zabytek. Wąskie uliczki, otoczone starymi, ale zadbanymi kamienicami i najważniejsze - Katedra. Strzeliste wieże, portal wejściowy w charakterystycznym kształcie oślego grzbietu. I wnętrze. Niesamowite, olbrzymie, robi piorunujące wrażenie. Gotyk w czystej formie. Tak jakby późniejsze style architektoniczne nie istniały.
Ruszyliśmy w dalsza drogę. Dalszy tekst, gdy znajdziemy kolejna kafejkę na naszej trasie. Pozdrawiamy Marcin i Karol.