Duszak Team Ekspedycja Andy (cz.2).

Bez walki, tylko prosto do celu - Andy

Drukuj

Potraktowanie góry jako wroga nigdy nie przynosi zamierzonych efektów. Nie można osiągnąć czegoś, co już na samym wstępie traktuje się negatywnie.

Dlatego z przyrodą, by okiełznać jej najdzikszą i najbardziej nieprzyjazną naturę, trzeba pertraktować, aż w końcu się w nią człowiek wtopi i stanie się jej prawdziwą, nierozerwalną częścią.

Tak też było w przypadku Aucanquilcha (6176 m n.p.m), której zdobycie do czasu naszej wyprawy pod wieloma względami było niemożliwe. Dwie ostatnie eskapady, które ruszyły na podbój tego wzniesienia (rok: 2006 i 2008) skończyły swoją misję bez satysfakcjonujących efektów.

Nasza recepta na sukces wydawała się prosta: dążyliśmy do celu, nie spuszczając z niego oka, ale jednocześnie nie skupiając się na nim. Myśleliśmy o innych, mniejszych celach, które traktowaliśmy równie poważnie jak główny. To dzięki temu dystansowi do własnych marzeń pozwoliły nam one się spełnić. Nasze starania były na optymalnym poziomie. Nie za duże, nie za małe, ale takie, które zwizualizowały nasz główny cel i sprawiły, że stał się on realny.



Najważniejsza okazała się aklimatyzacja, to właśnie ona stanowiła 90% naszego sukcesu. Pozwoliła poruszać się w ekstremalnych warunkach, gdzie normą stało się silne promieniowanie słoneczne, na przemian z przeszywającym do szpiku kości wiatrem i chłodem. Mróz, który przeplatał się z upałem bywał niekiedy nie do zniesienia. Jednak myśl o zaprzestaniu wyprawy pojawiała się na tyle rzadko, że nie można jej było traktować zbyt poważnie. Zamiast tego staraliśmy się poznać cały krwiobieg przyrody. Osiągnąć najwyższe z nią wtajemniczenie – każdym oddechem, każdym obrotem koła, każdą myślą o tym, że realizacja naszego planu jest coraz bliżej.

 



Dzięki takiej miksturze na szczęśliwą wyprawę zdobycie jej ważnego pułapu – dumnie górującego wzniesienia – zajęło nam trzy dni. Innym potrzeba było na to samo 7-10. Już w pierwszym dniu dotarliśmy na wysokość 5000 m. I właśnie chyba to osiągnięcie zdecydowało o szczęśliwym zakończeniu naszej wyprawy – wykorzystaliśmy czas, kiedy pomnik przyrody był dla nas łaskawy. Zbyt długie przebywanie w ekstremalnych warunkach z pewnością skończyłoby się szybką zmianą pogody i uniemożliwiło nam dalszą drogę.

 

 



Skąd ta pewność? Już trzeciego dnia podczas zjazdu z Aucanquilcha z „zawrotną” prędkością 12 km/h, góra przykryła się metrową warstwą śniegu. Nagle zrobiło się zimno i niesympatycznie. Wszystko naokoło przybrało białe maski. Jednak nam ta nagła zmiana aury i otoczenia już nie groziła. Przyjęliśmy ją z pokorą, ulgą, a jednocześnie z satysfakcją. Jedyne co mogłoby nam wtedy popsuć na chwilę humory to myśl, że drugiego równie ambitnego celu nie uda nam się znaleźć. Bo w końcu wyżej wjechać się już nie da....

 

 



Kolejne cele, które stanęły w namacalny sposób przed naszymi oczami wydawały się tylko formalnością. Ich zrealizowanie przyjmowaliśmy z przekonaniem, że musi się udać i że teraz to właściwie wracamy już do domu. Na dłużej nie myśleliśmy o drugim szczycie „Korony Ziemi” Aconcagua (6962 m n.p.m), Narodowym Rezerwacie Edurado – dotarcie do nich to tylko „chwilka”, przerywnik pomiędzy prostą pokonywaną trasą.

 

 



Oryginalny Sylwester
Zamiast tradycyjnych fajerwerków na niebie oraz w głowie sylwester zaskoczył nas blaskiem błyskawic, grzmotami oraz piorunami. W tym stylu w dość obfity sposób oznajmił nam serię kolejnych burz, które od tego dnia nękały nas na każdym kroku. Jednak nie tylko one....Kapryśna pogoda, pełna wahań temperatury, które potrafiły zmieniać się jak w kalejdoskopie, wskazując wartość -10 do nawet +40 stopni. „Białe Piekło” pokazało nam czym naprawdę jest wiatr, który wieje z prędkością 150 km/h. W takich warunkach jak nigdzie indziej człowiek czuje się mały i bezbronny w walce z siłami natury. Zabawa z burzami przypominała niczym nie przewidywalną grę losową: rozkładanie namiotów, ich składanie, poszukiwanie chmur oraz pojawienie się ich nie wiadomo skąd. Brak sprzymierzeńców – nawet na horyzoncie czasami bolało. Przyroda toczyła walkę, w której człowiek ma szansę zwyciężyć jedynie siłą umysłu.

 

 

 



Zaskoczeni na Pustyni Atakama uświadamiamy sobie, że burze, które do tej pory były naszymi przeciwnikami są niekiedy bardzo potrzebne. Na pustyni, której ziemia nie odczuła przez 400 lat kropli wody, można zachwycać się pięknym krajobrazem, ale można mieć wątpliwości, jakim cudem to jeszcze wszystko istnieje.

Kolejny cel to leżący nad Pacyfikiem – Antofagasta. To tutaj zsiadamy z rowerów i przemierzamy dalszą część drogi na nogach. Ponownie znajdujemy się na wysokości 0 m.n.p.m. Przychodzi następne wyzwanie – wejście na Aconcagua (6962 m).

 

 



Drugi szczyt „Korony Ziemi” zostaje zdobyty przez nas także bez skorzystania z pomocy z zewnątrz. Jest to o tyle niepopularne, że 99% podróżników na samą górę dociera w otoczeniu mułów, które niosą ich bagaże. W naszym wypadku cały bagaż dźwigaliśmy na plecach. Każdy plecak ważył 55 kilogramów (jeden muł, który można wynająć za 100 $ dziennie może ponieść maksymalnie 50 kilogramów). Decydujemy się na trudniejszy wariant drogi, zaczynając ją z Punta de Vacas, poprzez dolinę i wzdłuż rzeki Rio de Las Vacas.

 

 



Nagłe zmiany pogody i kapryśne warunki nie wydawały się dla nas niczym nadzwyczajnym. Jedyną niespodzianką było dla nas to, że uniemożliwiły nam one dostanie się na górę przez „Lodowiec Polaków” (trudną trasę górską wytyczoną przez naszych rodaków). Przebrnięcie na sam szczyt wiązało się z wpadaniem w wysoki śnieg. Jednak nie tylko. Wymagało również szybkiego i głębokiego oddychania z częstotliwością niczym nie podobną do przeciętnej. Pozostało nam skończyć z taką uciążliwością i zmienić drogę na Falcos Polacos.

 

 

 



Następnego dnia po długiej, nieprzespanej nocy przystępujemy do próby zdobycia szczytu. Warunki specjalnie się nie poprawiają. Co prawda wiatr w porównaniu z nocną wichurą wydawał się lekko powiewać i takiej oceny jego intensywności nie zmieniał nawet fakt, że jego prędkość wynosiła aż 100 km/h. Na naszą niekorzyść wpływa również zdecydowanie gorsze wyposażenie sprzętowe. Alpiniści, których mijamy spoglądają na nas ze zdziwieniem, zdaje się, że tylko z uprzejmości powstrzymując się przed popukaniem się w czoło. O dziwo to jednak  my jako pierwsi trafiamy tego dnia na szczyt góry.

 

 



Jako pierwsi podziwiamy niezwykłą panoramę, którą zapamiętujemy wszystkimi zmysłami. Uwieczniamy ją również na fotografii. Po takim doświadczeniu możemy spokojnie wrócić do Best Camp Plaza de Mulas.

Realizacja naszych celów dała nam mocny zastrzyk energii i wywołała....silną potrzebę zdobycia kolejnych nieznanych, nieprzyjaznych i niebezpiecznych zakątków. Już planujemy kolejną podróż, która będzie łączyć to, co lubimy – trekking w wysokie góry oraz jazdę na rowerze.

 

 



Zapraszamy na wirtualną wycieczkę po Parku Narodowym Aconcagua: www.aconcagua.wyprawy.org

Opis pierwszej części wyprawy znajdziecie TUTAJ.

Za pomoc w realizacji wyprawy dziękujemy:
www.kross.pl
www.extrawheel.com
www.szumgum.com
www.marabut.com.pl
www.makropix.com
www.nawigacja.pl

Oficjalna strona DuszakTeam:
www.wyprawy.org

Patronat medialny:
www.bikeWorld.pl