Niskie Tatry, czyli wycieczka z półprzewodnikiem

Drukuj

Ciężkie chmury na niebie nie wróżą nic dobrego pomyślałem sobie spoglądając w niebo. Niedzielny poranek nie wyglądał obiecująco, przez całą wiosnę deszcz padał niemal codziennie. Słońce wyglądało rzadko zza chmur i dni, kiedy pogoda pozwalała na dłuższe wyjazdy było zaledwie kilka w ciągu ostatnich 2 miesięcy. Zaopatrzony w dodatkowe ubranie i buty trekkingowe byłem przygotowany na niemiłe niespodzianki. Była godzina 5:40, włożyłem kask na głowę, poprawiłem plecak i ruszyłem. Dojechawszy na miejsce zastałem już czekających znajomych. Po chwili nadjechał Waldek, trzeciego zawodnika się nie doczekaliśmy najwyraźniej pogoda skutecznie go odstraszyła. Jego miejsce zajął znajomy kartograf, który postanowił spędzić niedzielę w siodełku swojego trekkinga objeżdżając wokoło Słowacki Raj

Ciężkie chmury na niebie nie wróżą nic dobrego – pomyślałem sobie spoglądając w niebo. Niedzielny poranek nie wyglądał obiecująco, przez całą wiosnę deszcz padał niemal codziennie. Słońce wyglądało rzadko zza chmur i dni, kiedy pogoda pozwalała na dłuższe wyjazdy było zaledwie kilka w ciągu ostatnich 2 miesięcy. Zaopatrzony w dodatkowe ubranie i buty trekkingowe byłem przygotowany na niemiłe niespodzianki. Była godzina 5:40, włożyłem kask na głowę, poprawiłem plecak i ruszyłem. Dojechawszy na miejsce zastałem już czekających znajomych. Po chwili nadjechał Waldek, trzeciego zawodnika się nie doczekaliśmy – najwyraźniej pogoda skutecznie go odstraszyła. Jego miejsce zajął znajomy kartograf, który postanowił spędzić niedzielę w siodełku swojego trekkinga objeżdżając wokoło Słowacki Raj. Załadowaliśmy rowery do bagażnika autobusu i o 6:00 ruszyliśmy w trasę. Cel – Niskie Tatry – Kralowa Hola (1946,1m npm). Wyjazd na szlak z miejscowości Liptovska Teplicka, położona na wysokości 919m npm. Przed nami zadanie dość męczące, pokonanie około 30km w większej części nowowyznaczonego szlaku, jeszcze dzikiego i nieprzetartego.

Krótko przed godziną 9:00 docieramy na miejsce. Naszym oczom ukazuje się dolina otoczona 2 pasmami średniej wysokości trawiastych wzgórz. Na zboczach schodzących ku nam zbudowano kilka wyciągów narciarskich, obecnie rozmontowanych w oczekiwaniu na sezon. Rozpoczynamy jazdę stromym podjazdem w kierunku Dostianki (1234,7m npm), droga pnie się dość ostro w górę i zmusza do wrzucenia „młynka”. Nawierzchnia w początkowej części to bita droga, lekko błotnista i pokryta niewielką ilością gruzu. Kawałek dalej zaczyna się już trawa, mokra i śliska po nocnych opadach, jazda po niej nie nastręcza jednak problemów. Szerokie opony doskonale radzą sobie z podjazdem. Gorzej z moją kondycją, gdyby nie SPD to musiałbym zsiąść z roweru i podchodzić. Waldek radzi sobie znacznie lepiej ze zmęczeniem, choć ślizga się i czasem podprowadza aby na bardziej sprzyjającym podłożu znów wskoczyć na rower. Pokonawszy wysokość około 200m i około 500m podjazdu znaleźliśmy się na grzbiecie. Stąd można obserwować już piękną panoramę okolicy... Szkoda, że niebo zakrywają szczelnie chmury. O ile ten widok byłby piękniejszy, gdyby wszystkie szczyty, dolinki i zbocza widoczne w oddali były malowniczo doświetlone słońcem. Jak na razie musimy się zadowolić widokiem snujących się po szczytach porannych mgieł. Kierujemy się powoli w kierunku Smrecin (1364m n.p.m.), po lewej stronie mijamy zabłąkaną, pasterską kapliczkę, stojącą samotnie pośrodku polany. Na okalającym ją płotku stawiam szybko aparat i uwieczniam na zdjęciu widok roztaczający się po drugiej stronie masywu górskiego. Znów lekki podjazd i znajdujemy się w dolince, położonej na znacznej wysokości. Przed nami widać już grzbiet Smrecin. Tam zastanowimy się nad dalszą częścią trasy. Szlak jest nowy i słabo oznakowany, więc liczymy na bystrość naszego przewodnika.

Po małej przerwie na posiłek ruszamy w dalszą drogę. Posuwamy się wolno łąkami, na których z trudem można zauważyć, którędy wiedzie szlak. Pod samym szczytem wjeżdżamy w gęstą, rosnącą kępami trawę. Pomimo płaskiego terenu, nie ma innego wyjścia, jak skorzystać z młynków. Jazda po tym zielonym dywanie jest tak uciążliwa, że wolałbym w tym momencie pokonywać jeden z katowskich podjazdów. Na szczęście niedaleko napotykamy ubitą drogę. Kilkaset metrów dalej jest rozwidlenie. Jedna droga wiedzie w lewo do lasu, żółty szlak natomiast prowadzi w dół. Przewodnik decyduje się jednak poprowadzić nas do lasu. Powoli zagłębiamy się w leśny gąszcz. Niby łatwy trakt przeradza się po chwili w wąską ścieżkę. Na domiar złego trafiamy na coś, co przypomina trochę niewielki wiatrołom. Pokryte mchem, wilgotne kłody stanowią barierę ciężką do przebycia. Rower ślizga się na mokrych gałęziach i korzeniach. Wreszcie rozdzieram sobie prawy ocieplacz. Tego już za wiele! Przewodnik-kalosz pomylił szlaki. Stanęliśmy nad stromym zboczem, którym można było jedynie zejść i to z wielkim trudem, pod warunkiem, że się ma nie więcej niż 50 lat. W grupie pieszej są jednak osoby starsze i dla nich taka przeprawa byłaby zbyt ryzykowna.

Wracamy do nieszczęsnego rozwidlenia. Czerwony ze złości ruszam w dół żółtym szlakiem. Wybór okazał się właściwy... Zastanawiam się tylko do czego ten „półprzewodnik” się nam przydaje? Jak na razie jestem przez niego stratny o ocieplacze na buty i rozdarty podczas ratowania się przed upadkiem prawy ochraniacz łydki. Droga od tego miejsca jest szeroka, ubita i trudno się zgubić. Pogoda nas nie rozpieszcza, choć jak do tej pory nie spadła ani jedna kropla deszczu. Wreszcie docieramy do Panskiej Holi (1429,3m n.p.m.) Szkoda, że stąd niewiele widać. Cały czas jedziemy lasem i tylko miejscami dostrzegamy puste przestrzenie, gdzie widać skrawki okolicy. Taka jazda trwa jeszcze kilkanaście minut. Wreszcie wypadamy stromym zjazdem na otwarte zbocze. Droga, przecinając wesoło pluskający strumyczek, wiedzie do Żdiarskiej Doliny. Tędy prowadzi niebieski, rowerowy szlak na Żdiarskie Sedlo. Ponieważ na przemyśleniach naszego „półprzewodnika” zeszło bardzo dużo czasu musimy się kierować w stronę autokaru. Wydawałoby się, że to już koniec wycieczki... nic bardziej błędnego. Pierwszy zwiastun poprawy nastroju – SŁOŃCE! Tak, chmury wreszcie ustąpiły i cała okolica zmieniła się nie do poznania. Ruszamy w dół. Droga jest wspaniała do testowania amortyzatorów: wertepy, dziury, kamienie to mniej więcej dokładny opis trasy. Nagle wrzask! Przed drogę przed nami wielkim susami przebiegł niedźwiadek. Zapiszczały hamulce i zanim opadł kurz, już biegłem z aparatem w las... Niestety, sprytna leśna bestia była na tyle szybka, że zdążyła dać nura w zarośla. Chodzę, szukam, zaglądam w każdą dziurę, badam pobliskie wąwozy i nic... Zrezygnowany wracam do roweru. Szkoda... może innym razem.

Nieco niżej zaczyna się asfalt. Wyjeżdżamy na długą prostą, z tyłu widać szczyty, po których jeszcze niedawno jeździliśmy szukając właściwej drogi. Kilometry szybko mijają, ponieważ teren cały czas się obniża. Wreszcie po lewej stronie naszym oczom ukazuje się stary kamieniołom. Takiej okazji nie można przegapić! Bez zastanowienia wdrapuję się na górę, siodełko wraz ze wspornikiem wkładam do plecaka:) Jest tu za stromo aby go użyć. Zaciskam tylny hamulec, siadam na oponie i wio w dół! Na szczęście zjeżdżam cały. Dalej droga się wyrównuje, mijamy po lewej stronie Skorkovec (1156 m n.p.m.) i wreszcie wydostajemy się z doliny na otwartą przestrzeń. Niedługo docieramy do miejsca, gdzie niebieski szlak rowerowy krzyżuje się z zielonym, prowadzącym na Kralową Holę. Cóż, pozostaje nam sobie na nią popatrzeć z odległości 8-9km. Na pocieszenie zaczęło mocniej przygrzewać słoneczko i mgła całkowicie zniknęła. Dzięki temu mogliśmy nacieszyć się widokiem okolicznych wzgórz. Ostatnia fotka i ruszamy powiadomić kierowcę o tym, gdzie znajdują się pozostali uczestnicy. Kilkanaście minut później stoimy z głupimi minami pod dużą mapą w samym centrum Liptovskiej Teplicki. Okolica jest mi zupełnie nieznana i za nic w świecie nie mogę skojarzyć gdzie znajduje się miejsce, z którego wyruszyliśmy. Pamiętałem jedynie panoramę okolicy z wyciągami narciarskimi, tych jednakże może być więcej. Przeczucie jednak mówi mi, aby jechać w najmniej prawdopodobne miejsce. W końcu nasz „półprzewodnik” pomylił dzisiaj wszystkie szlaki jakie mógł, więc najprawdopodobniej również źle wybrał miejsce, skąd mieliśmy ruszyć na Kralową Holę. Nie myliłem się! Znalazłem autokar zaparkowany w (jak się później okazało) najgorszym i najdalszym możliwym miejscu, z którego można było zacząć dzisiejszą wycieczkę:) Zapakowaliśmy rowerki i kierowca ruszył we wskazanym przeze mnie kierunku. Po drodze napotykamy pedałującego pod górę Jacka. Wrócił ze swojej objazdowej wycieczki w samą porę. Przeprawiwszy się przez dziurawą drogę, którą wcześniej pedałowaliśmy, docieramy do miejsca, gdzie spotkaliśmy zielony szlak. Tam również czeka cała grupa. Dojechaliśmy w samą porę, właśnie niebo się zaniosło i zaczął padać deszcz. Kilka minut później 49 osób, wściekłych na „półprzewodnika” siedziało już w autokarze. Miejmy nadzieję, że następnym razem weźmiemy mapę... Wracamy do domu.

Podsumowanie:
długość trasy - 33km
średnia prędkość - 12,3km/h
zalecane opony - >2,0"
trasa - 30% łatwa/50% trudna/20% bardzo trudna
najwyższy punkt - Panska Hola 1429,3m n.p.m.
najniższy punkt - Vypad 907m n.p.m.
suma podjazdów - ok 1100m
dojazd - do Liptovskiej Teplinky. Wyjście lub wyjazd na szlak wg mapy. Na Kralową Holę wyjazd zielonym szlakiem z Vypadu (907m n.p.m.)

Ogólnie:
Trasa ciekawa widokowo i bardzo urozmaicona. Trzeba jednak trafić na ładną pogodę. Mgła i zła widoczność mogą skutecznie popsuć całą atrakcję. Dobrze mieć najnowsze wydanie map, aby nie zabłądzić (szlak, którym jechaliśmy został wytyczony nedawno).

Obserwuj nas w Google News

Subskrybuj