
Śmigając za moją towarzyszką rowerowej doli i niedoli myślami byłem już dalej... rozmyślałem o tym, jak będzie mi się jeździć w zimie. Nie będzie to moja pierwsza przejeżdżona zima - zainicjowany w to szaleństwo zostałem rok temu i myślę, że mi zostało. Pewnie ten cholernie skrzypiący pod oponami śnieg lubiący też zacinać prosto w oczy rzucił na mnie urok. Tak, to mi się zdecydowanie podoba.
*budzę się*. Szosa w jesień jest dla mnie zdecydowanie zbyt nudna, nawet nie jestem ciekawy co by było, gdyby wyskoczył mi samochód przed rower w trakcie podobnych rozmyślań. Szybkie klepnięcie Pauli w ramię i zjeżdżamy na pobocze. Zaproponowałem niewinny skrót - zamiast 24km jechalibyśmy z połowę mniej, ale na szczęście nie po szosie, a w lesie !!! Uf, zgodziła się, od razu nabrałem ochoty do jazdy. 30km/h inaczej odczuwa się na zimnym i szaroburym asfalcie, a inaczej sunąc po wystających korzeniach, zmrożonych liściach, kiedy słońce śmigające między drzewami stwarza na Twoich okularach efekt stroboskopu. W połączeniu z zaparowanymi szkłami okularów, sprawa robi się lekko dyskotekowa - zupełnie jak na dobrych imprezach, tylko tutaj troszkę zimniej.
Niespecjalnie się zdziwiłem, kiedy Paula przy wyjeździe na asfalcik zaproponowała następny wariant leśny, a ja ze złośliwym uśmieszkiem stwierdziłem "a nie mówiłem?" czując się przy tym, jak jesienno-zimowy król wszystkich lasów:). Wjechaliśmy zatem w kolejny zalesiony teren, tym razem ścieżka nie była jednak tak szeroka, jak pas jezdni - nie mogliśmy nawet jechać obok siebie, co więcej!! ja nie mogłem jej nawet wyprzedzić! Chyba zauważyła moje próby przy wszelkich okazjach, ponieważ później specjalnie zajeżdżała mi drogę. W końcu nie wytrzymałem i przyśpieszyłem o kilkanaście kmph mając nadzieję na otwarty zakręt bez liści. Nadzieja jednak matką głupich, liście pojawiły się jakby z nikąd, a ja równie jakby z nikąd zaliczyłem dosłownie wystrzał ze ścieżki w środek lasu. Na szczęście wyładowałem w jakimś gąszczu, a nie na jednym z drzew; zaznaczyć jednak trzeba, że lądowanie było kompletnie niekontrolowane (trudno cokolwiek kontrolować, skoro wszystko działo się w czasie 5-10 sekund przy prędkości z 35kmph). Incydent :) ów był chyba jednym z bardziej stymulujących akcentów wycieczki, stymulujących zarówno mój przedni wysłużony już amortyzator Top Gun :), jak i moje nadnercza, co by jak najwięcej adrenalinki wyprodukowały; to drugie szczególnie dobrze na mnie podziałało, adrenalina działa przecież m.in. przeciwskurczowo. Pomyślałem sobie, że w takiej temperaturze przyda się jej jak najwięcej.
5km dalej, już w ponad połowie trasy żałowałem, że myślami wywołałem skurcz. Paulinę dosłownie poskręcało - lewa łydka i tył prawego uda. Próbowałem robić co mogłem, tym smutniej mi się robiło widząc jej oczy pełne łez, jakby gotowe już do płakania. Nie miałem ani pomysłu na pobudzenie jej do produkowania większej ilości adrenaliny, ani idei na transport do domu. Po odpowiednim ustawieniu jej nóg (mięsień, który ma skurcz, musi być maksymalnie rozciągnięty) zacząłem delikatnie masować jej łydkę. Starszy Pan, przejeżdżając na czerwonawym Giancie naszą trasą, zatrzymał się i zaoferował jakąś maść rozgrzewającą dla sportowców. Po etykiecie wiedziałem tyle, że maść jest niemieckiej produkcji; po nasmarowaniu łydki z wielkimi nadziejami zasugerowałem Paulinie odsłonięcie tyłu uda, dziewczyna mnie nieco zaskoczyła rozpinając swoje spodnie od dołu, no ale to nie miejsce na takie zwierzenia :)).
Po wszystkim już serdecznie podziękowaliśmy miłemu pomocnikowi, który odjechał w tą samą stronę, z której wcześniej przybył. Do dzisiaj nie wiemy, czy mu się pomyliło, czy może to tak specjalnie.
Dalsza trasa śmignęła w mgnieniu oka. Po porannych doświadczeniach (mój lot z rowerem i jej skurcze) woleliśmy już nie szaleć, czas więc był przeznaczany głównie na obserwowanie otaczającej nas przyrody; przystanęliśmy m.in. nad rzeką i na wielkiej górze, z której widać dużą część naszego miasta.
No, ale las to nie wszystko, trzeba także poszaleć. Wróciliśmy i przejechaliśmy na drugi koniec miasta. Tutaj zmrożone tereny rolnicze przywitały nas cholernie mocnym wiatrem. Postanowiliśmy się jednak nie dać tak łatwo. Naciągnęliśmy kominiarki (polecam, koszt to zaledwie kilka złotych, to nic że wygląda się trochę dziwnie, ważne że jest cieplutko i nie czuć wiatru w gardło) i jazda. Zmarznięte polne drogi aż do kości, czasem pokryte znanymi już z lasu przymarzniętymi liśćmi oraz nowość! Tafle lodu w postaci zamarzniętych kałuż, cała trasa przypominała trochę puszczę. Tym o to sposobem moje opony po raz drugi w swoim istnieniu zawitały lód, jadąc po cieńszych warstwach kałuży łamałem owe zmarznięte tafle; czułem się przy tym jak lodołamacz. Zaskoczył mnie przy okazji opór, jaki stawiały tak cienkie warstewki lodu - trzeba było naprawdę napierać w pedały, co by nie zamoczyć nóg w miejscu.
Wyjechaliśmy z pierwszej kałuży, rozpędzamy się i czuję jak coś leci mi na kurtkę... . Zonk! Odwracam się do tyłu i moja twarz zostaje dosłownie osikana wodą. No tak, przecież nie mam błotników. Paula się śmieje, zerkam szybko na jej rower i stwierdzam, że ona też ich nie ma. Specjalnie się dziewczyna nie przejęła (twarda sztuka:).
Dalszą trasę spędziliśmy więc w swoim ubłoconym na maxa towarzystwie; ani śniło nam się wtedy zwalniać, powietrze przesiąknęło już cieplutkim słońcem, nie raziło tak w płucach i w nosie jak jeszcze parę godzin temu - miód malina!!! A więc po pedałach, mijam ją, ona mnie, ja ją i zaczynamy się ścigać.
Definitywnie skończyło się na tym, że po 60km mieliśmy już dosyć! I wcale nie chodziło tu o wymarznięte organizmy; miałem na sobie odzież rowerową letnią, na to na nogi dres i twarde ocieplacze kolan, na tułów wiatrochron (specjalna kamizelka bez rękawów), na to jeszcze bluza rowerowa, góra z dresu i jeszcze jeden bezrękawnik z dresu, na szyję/głowę ową kominiarkę. Jej ubiór też nie wyglądał na typowo letni, w końcu mrozy, zimny wiatr, trzeba o siebie dbać,
jeśli nie chce się skończyć tak jak ja teraz pisząc ten artykuł (38 gorączki, angina, katar, zatkane gardło i nos; cholera mnie strzela widząc bikerów śmigających pod moim oknem, bo muszę jeszcze parę dni w domu posiedzieć). Miała pewnie za słabo ogrzane nogi (co to takie jakieś getry) - stąd pewnie skurcz.
Gdy już wróciłem do domu, pofatygowałem się jeszcze do garażu i w minusowej temperaturze umyłem rower. Nie lubię jeździć na brudasie - taką mam już manię i z pewnością, gdybym jeździł spokojniej, nie myłbym roweru co 2 tygodnie :). Oczywiście nasmarowałem łańcuch, kropelkę oleju tu, kropelkę tam i wszystko cacy. W domu szybki prysznic i do łóżka. Już nic ani nikt nie był mnie wtedy w stanie wyciągnąć z łoża - 19:30 a ja już słodko spałem. Takie dni bywają męczące... męcząco radosne!
ps. Autor tego artykułu otrzymał pierwszą nagrodę w urodzinowym konkursie bikeworldu
pps. W tekście zachowana jestoryginalna pisownia, interpunkcja oraz styl autora.
Rowerowy sezon jesienno-zimowy - sama przyjemność!
Jadę. Otulający mnie zimny wiatr czuję tylko na twarzy, omija moje uvexowe okularki nie dostając się do oczu. Mgła, pusta szosa, uwielbiam jeździć w takich porach, kiedy na ulicach ani duszy. Trochę żałuję, że w jesień bywa to od godziny ok 19 do 10 rana. W dzień samochodowy tłok powraca. Z Pauliną umówiłem się pod jej domem. Wybrałem się tak, aby być "w porę", co dziwne jednak dojechałem 4 minuty wcześniej. Ten mały mrozek, ostre jak żyletka powietrze płucach i widoczny jeszcze poranny księżyc chyba dodały mi animuszu. Wyprawa przyszykowana była idealnie - trasa ustalona dzień wcześniej, wyznaczona na mapie - nieco ponad 70km, Ona nie lubi większych dystansów. No cóż, ja też nigdy nie przepadałem marznąć w -8 stopniowym chłodzie przez więcej niż kilkadziesiąt kilometrów. Jestem z natury zmarzluchem; po jakichś 10km zawsze mam wrażenie, że całkowicie już opuściła mnie energia. Pomaga wtedy Carbo i Snickersy (kombinacja ta daje jedną wielką kulę energii rodem z Dragon Balla - po spożyciu tego mixu człowiek czuje się, jakby ktoś włożył mu nowe baterie. Na dodatek alkaiczne