Zerkając na Tatry - jesienne Podhale

Drukuj

Wstyd się przyznać, ale ostatnią (jak do tej pory) wycieczką w sezonie 2007, na którą wybraliśmy się ze znajomymi był październikowy wyjazd na Podhale.

Tamtejsze ścieżki i naprawdę bliskie widoki na Tatry śniły mi się po nocach od dłuższego czasu, ale na realizację tych planów przyszedł czas dopiero jesienią. Niestety, już nie tą „złotą, polską”, ale szarą, zimną i mglistą. Nie popsuło to nam w żadnym stopniu zabawy, a wręcz uczyniło ją jeszcze ciekawszą.

Im bliżej byliśmy Chochołowa, gdzie zaplanowaliśmy start naszej eskapady, tym termometr w Vectrze Marcina wskazywał niższą temperaturę. W końcu stanęło na 6 stopniach Celsjusza. Jasny gwint! A ja wziąłem tylko cienką kurteczkę i zapomniałem o bluzie! W tamtym momencie cieszyłem się, że aż do szczytu Magurki Witowskiej czeka nas niekończący się podjazd. Ruszyliśmy spod zabytkowego kościoła zbudowanego we wsi, w której prawie każdy dom zbudowany z tradycyjnych drewnianych kłód, które każda porządna gospodyni szoruje przed największymi świętami. Dzięki temu, wszystkie chałupy, nawet te ponad stuletnie wyglądają jak nowe. Bez wątpienia Chochołów jest miejscem, które warto odwiedzić nie tylko ze względu na wspaniałe tereny do jazdy na rowerze, ale również na możliwość poczucia prawdziwej góralskiej atmosfery i poznania historii tych rejonów.



Droga, jaką obraliśmy, prowadziła w większości terenami znanymi z maratonu w Kościelisku. Szkoda, że nie jest już organizowany, bo była to moja ulubiona impreza rowerowa. Trudna, techniczna trasa i rekompensujące trud wyścigu widoki na Wielkie Góry, oraz piwo i pieczony „łoscypek” na mecie gwarantowały niezapomniane wrażenia i zapewniały miłe wspomnienia. Niestety, „Kościeliska”, tak jak „Danielek” już nie ma, a to wielka szkoda…

Początek to kilometrowy odcinek, świeżo wyremontowaną drogą prowadzącą do przejścia granicznego ze Słowacją. Tuż przed rogatkami, za „kantorem” w zbitej z desek budzie odbiliśmy w nieoznaczoną ścieżkę w lewo. Nie mieliśmy żadnych problemów z trzymaniem właściwego kursu, ponieważ prowadziły nas słupy graniczne i znaki z minionej epoki, zabraniające przechodzeniu na słowackie ziemie. Ścieżka prowadziła początkowo przez łąki, na których pasterze wypasają owce. W pewnym momencie trafiliśmy na całkiem pokaźne stadko, ale widząc pilnujące je, szczerzące ostre kły owczarki woleliśmy nie ryzykować i ominęliśmy je szerokim łukiem.

 



Gdy łąki i polany ustąpiły lasom zaczęła się naprawdę ciekawa jazda. Mimo niedostatków w odzieży podjazd dawał się we znaki i nikt nie narzekał, że mu za zimno. Temperatura jednak ciągle spadała i na szczycie Magury, gdzie znajduje się okresowe przejście graniczne, licznik pokazał dwa stopnie! Dlatego na zjeździe czarnym szlakiem do Witowa musieliśmy ostro dokręcać, żeby nie zamarznąć. A poszaleć było gdzie. Śliska od wszechobecnej mgły ścieżka najeżona przeszkodami dodatkowo podgrzewała atmosferę, dlatego na dole, jeżeli ktoś szczękał zębami to nie z zimna, a z emocji i wrażeń, jakich dostarczył nam ten podhalański downhill.

Przejechaliśmy przez Czarny Dunajec i skierowaliśmy się w stronę Gubałówki. Szlak prowadził chwilę asfaltem, ale szybko skręcił w las i zrobiło się bardzo stromo. Nawet Bartek, największy wymiatacz z całej piątki miał problemy i miejscami musiał prowadzić. Z czasem nachylenie się zmniejszyło, ale pojawiło się straszliwe błoto. Miejscami szlak rozjeździły ciągniki i zamiast drogi pozostawiły za sobą brunatną breję, po której mimo najszczerszych chęci nie dało się jechać. Z braku laku, lepszy kit. Tak przynajmniej mówią. Zniechęceni perspektywą błotnej kąpieli trochę na wyczucie odbiliśmy w las. Okazało się to strzałem w dziesiątkę. Był bowiem na tyle rzadki, że jazda była możliwa. Z drugiej strony musieliśmy ciągle lawirować między wysokimi świerkami i sami sobie wyznaczać ścieżkę. Prawdziwy offroad!

 

 



Szlak w końcu trochę się ucywilizował, a nam znudził się slalom i wyciąganie leśnego poszycia z przerzutek, więc wróciliśmy na czarny i dojechaliśmy nim do Butorowego Wierchu. Mieliśmy szczęście, bo właśnie w momencie, gdy wjechaliśmy na polanę przejaśniło się trochę i Tatry ukazały przed nami choć trochę ze swojego piękna. Otulone grubą chmurą wyglądały jeszcze bardziej tajemniczo, wręcz złowieszczo niż zwykle. Jedni więc gapili się na lekko już ośnieżone granitowe ściany, a ci mniej romantyczni gadali o wymianie smaru w amorze…

 



Pogoda znów zaczęła się psuć, a bezruch w przemoczonych ubraniach powodował szybkie wychładzanie organizmu, dlatego Wielki zarządził odwrót czerwonym szlakiem. Droga wiodła głównie przez pola dobrze utrzymaną ścieżką, która jednak w niektórych miejscach była sakramencko śliska. Kilka razy oglądałem się za plecy, ale niestety szczyty pochowały się już w chmurach.

 

 



W porównaniu do walki o przeżycie w okolicach Butorowego, czerwony szlak do Chochołowa wydawał nam się prawdziwą sielanką i 12 km pokonaliśmy w bardzo szybkim tempie. Nawet się nie obejrzeliśmy, a już widzieliśmy wieżę kamiennego kościoła i zjeżdżaliśmy na parking do samochodów. Nikt jednak nie narzekał na niedosyt głównie ze względu na spore wyziębienie. Gdy zdejmowałem zimne ciuchy już czułem, że „coś mnie bierze”. Rano obudziłem się z bólem głowy i okropnym pieczeniem gardła… Cóż, mądry Polak po szkodzie.

 



I tak chyba największym pechowcem był Marcin, który już w domu, myjąc rower, spostrzegł pęknięcie ramy. Doliczając do tego stówkę mandatu w drodze powrotnej, ten krótki wyjazd mocno trzepnął go po kieszeni. Nie ma co jednak narzekać, tereny które odwiedziliśmy są bez wątpienia znakomite do jazdy i na pewno wrócimy tam, gdy tylko śniegi stopnieją i znów mocniej zaświeci słońce.

 

 

 

 

Punkt po punkcie
Chochołów - Magura Witowska (1233 m) - Witów - Polana Płazówka - Butorowy Wierch - czerwony szlak - Chochołów
  
Dystans
45 km
  
Data
07.10.2007
  
Skala trudności (1-5)
4.0
   
Mapa

 

 


Jeżeli sami chcielibyście przejechać opisywana trasę lub zorganizować inną wycieczkę w tych okolicach polecamy mapę Podhale, Tatry, Orawa, Spisz (skala 1:50000, wydanie 1, rok 2007) wydawnictwa Compass.
Dwustronna, cieniowana mapa obejmuje swym zasięgiem najbardziej znane i najczęściej odwiedzane góry w Polsce - Tatry. Poza Tatrami, na mapie: Orawa, Spiszoraz Podhale.
Mapa posiada siatkę GPS.

Więcej informacji na stronie firmy Compass: https://compass.krakow.pl

 

 

 

 

Obserwuj nas w Google News

Subskrybuj