Jaroński: Dał nam przykład Bonaparte…

Felieton Tomasza Jarońskiego z cyklu "Nie taję, że..."

Chris Froome (Team Sky) Sirotti

Nie taję, że 104. edycja Tour de France była odmienna, dziwna, inna, niż choćby te z ostatnich lat. Christopher Froome wygrał dzięki jeździe na czas i pełnej kontroli na górskich etapach, kontroli za sprawą wspaniałej ekipy Sky na czele z Michałem Kwiatkowskim.

Patrząc wstecz z pozoru można powiedzieć, że to styl (czasówki) Miguela Induraina, a jeśli chodzi o siłę ekipy, to również Lance’a Armstronga. Ten pierwszy wygrywał dzięki etapom jazdy na czas, a w górach był nie do zgubienia. Ten drugi i drużynę miał galaktyczną, podporządkowaną sobie, ale i wygrywał czasówki oraz dominował w górach. Rzecz jasna później się okazało dlaczego… Ekipa Sky chyba najdokładniej przeanalizowała trasę „Wielkiej Pętli”, dostosowując swoją taktykę do zaproponowanego przez organizatorów terenu. W sumie było mało jazdy na czas (co i tak Froome’owi nie przeszkodziło), mało ciężkich podjazdów na metę, dużo zjazdów i dużo płaskich czy pagórkowatych terenów. Chris poprzednie trzy zwycięstwa odnosił na podstawie prostego patentu – czasówki i jeden etap w górach. Tym razem okoliczności nie sprzyjały tego typu taktyce, a i tak wygrał, co świadczy o klasie Brytyjczyka, choć przeszedł do historii nie tylko jako poczwórny triumfator całego wyścigu, ale także jako zwycięzca (siódmy) bez wygrania etapu. Tyle tylko, że takie zwycięstwo, na siłę, nie było mu potrzebne. Tour de France jest jak wojna, którą trzeba wygrać, a potyczki czy bitwy po drodze już niekoniecznie. „Można przegrać bitwę, ale ostatecznie wygrać wojnę” – kłania się Napoleon Bonaparte. W Sky chyba dokładnie przeanalizowali polski hymn (Kwiatkowski? Sawicki? Gołaś? Walczak? Wiśniowski? Kto podpowiedział?) – dał nam przykład Bonaparte, jak zwyciężać mamy…

 

 

 

 

I wygrali. Drugi na mecie Rigoberto Uran, choć drużynę miał słabszą, śledził poczynania Froome’a i dobrze na tym wyszedł, zwłaszcza że w Marsylii przypomniał sobie jak się jeździ na czas. Romain Bardet próbował nieśmiało atakować, zwłaszcza w swoich rodzinnych stronach, ale dopóki Francuz nie nauczy się jeździć na czas, to musi liczyć tylko na to (jeśli chce miejscowym przywrócić żółtą koszulkę na Polach Elizejskich, pamiętamy – Bernard Hinault 1985!), że dyrekcja Tour de France zorganizuje wyścig bez czasówek i tylko na jego terenie. Zamieszać w tym układzie mógł jeszcze Fabio Aru (i Włoch na chwilę zamieszał), ale forma z biegiem wyścigu mu ulatywała, czemu nie należy dziwić, bo początek sezonu miał stracony. Zamieszać mógł jeszcze Richie Porte, ale Australijczyk przez kraksę wypadł z rywalizacji. Bez formy ścigał się Nairo Quintana (potrzebna zmiana ekipy? Zmęczenie po Giro?), kompletnie nieswój był Alberto Contador (schyłek kariery?). A więc tylko Froome pozostał Froomem.

 

 
 

 

 

Jakby w tym towarzystwie wypadł Rafał Majka? Czasem trzeba się pobawić w gdybanie. Dziesiątka na sto procent, szóstka prawdopodobna, trójka całkiem, całkiem realna, choć musiałby pojechać, jak Maciej Bodnar, życiową czasówkę w Marsylii. Jednak na takiej trasie nie byłoby łatwo, bo rywalom „Zgred” by nie uciekł, a jazda w kołach z najlepszymi umiejscowiłaby go w okolicach Daniela Martina. Kapitalny wyścig pojechał Michał Kwiatkowski. Rolę pomocnika wykonywał perfekcyjnie i z wdziękiem, co przysporzyło mu wielu zwolenników na świecie. Fajne uwagi, że mistrz pomaga mistrzowi. Pojawiają się też głosy, że „Kwiato” powinien jechać na siebie, że go w tym Sky niszczą… Nie zgadzam się. Taka była jego rola. Przyjadą inne wyścigi, przyjdą kolejne „turdefransy” – jak wieść gminna niesie coraz bardziej „pod Michała”. Jestem pewien, że nasz mistrz świata wygra nie tylko klasyki i tęczową koszulkę, ale i wielki tour. Na razie poczekajmy, jeszcze się nie spieszmy… W tym kontekście kapitalnie się stało, że w Marsylii Maciej Bodnar okazał się o sekundę lepszy od Michała. Maciej, takie życie, taka praca, nie ma zbyt wielu okazji do błysku. Dwa razy był blisko etapu Tour de France. Przed rokiem, gdy Peter Sagan chciał mu ułatwić wygraną, ale wtrącił się Froome. I w tym wyścigu, gdy peleton dognał go 275 metrów przed kreską w Pau. W Marsylii jechał sam dla siebie. I dla siebie wygrał. Brawo!

 

 
 

 

 

Przed nami Tour de Pologne. Trasa fajna, bo zróżnicowana. Czesław Lang, jak mawia, dał scenę, a teraz grą muszą ją wypełnić aktorzy. A dobrych graczy nie brakuje – Majka, Sagan, Nibali. Wyścig zapowiada się na nieprzewidywalny – jak zwykle. Oby tylko dopisała pogoda, czego sobie i Państwu życzę.

comments powered by Disqus

Podobne artykuły