Czy są w kolarstwie rachunki krzywd?

Blog Tomasza Jarońskiego z cyklu "Nie taję, że..."

Nie taję, że lubię kolarstwo. W każdym wydaniu, nawet Sześciodniówki, które bywały (a podobno już nie są) klasycznymi ustawkami. Nawet w Londynie rywale robią wszystko, by nie wygrał Cavendish z Wigginsem, choć sir ponoć zapraszał wszystkich kolarzy osobiście na ten start.

Lubię też Wigginsa, choć ostatnio zrobił się podobny do pewnej Teresy, albo ona do niego. W sumie to wszystko jedno. Robi się zimno, kolarze oprócz egzotycznych wypraw mają raczej rowery odłożone na zaś. Wakacje! Wakacje? Prezentują się wyścigi, znamy już trasę Tour de France i Giro d’Italia. Obydwa zapowiadają się ciekawie. Kończy się czas transferów, więc zakupieni zawodnicy spotykają się z nowymi pracodawcami. Jeszcze w starych koszulkach. Zabawnie więc wygląda ekipa Bahrajn-Merida haratająca w gałę gdzieś w Chorwacji. Każdy kolarz w innym stroju. Trochę przypominają przebierańców, ale wiadomo że do końca roku obowiązuje stara przynależność grupowa. Oczywiście jak zwykle czekamy na nowe koszulki zespołów, bo na ogół każdy team coś tam pomiesza w kolorach, by było ciekawiej i trochę na złość redaktorowi Wyrzykowskiemu.

 
 

 

Październik i listopad, to także czas na podsumowania, tabele, wspomnienia. Gdy zastanowię się, co najbardziej zapamiętałem z minionego sezonu, to z miejsca odpowiem, że jednak wyścig o medale olimpijskie w Rio de Janeiro. Ciągle widzę pędzącego samotnie Rafała Majkę i goniących go chartów w osobach Fuglsanga i Avermeata, wywrotki Nibalego i Henao. Aż szkoda, że taki wyścig zdarza się raz na… cztery lata. Wydarzenie numer dwa, to całosezonowe kłopoty Michała Kwiatkowskiego. Mam nadzieję, że nasz mistrz świata z Ponferrady ogranie się w następnym sezonie. Podobno wspólnie ze swoim opiekunem od tych spraw po prostu się przetrenowali. Michał zawsze ładnie mówił, że potrafi wyciągać wnioski ze swoich startów, więc czekamy. Numer trzy, to Rafał na Tour de France. Bez zwycięstwa etapowego tym razem, ale znów z koszulką w grochy. To oczywiście jest mój subiektywny przegląd roku 2016. Każdy z was może mieć rzecz jasna inne odczucia. Ciekaw jestem jakie?

 
 

 

Lubię kolarstwo, bo jest niepowtarzalne. Ot, zerknąłem sobie na wyniki najpoważniejszych wyścigów w tym i poprzednim sezonie i pewnie nikogo nie zaskoczę pisząc, że tylko cztery z nich zakończyły się zwycięstwem tych samych zawodników. Valverde powtórzył triumf w Walońskiej Strzale, oczywiście Froome był najlepszy w Tour de France i przy okazji w Delfinacie i rzecz jasna Sagan obronił tytuł mistrza świata. Moim zdaniem powtórek jest bardzo mało, co świadczy o wyrównanym poziomie czołowych kolarzy. Czas dominatorów już skończył i dobrze, bo pamiętam jak przed laty (już?) zastanawialiśmy się, kto będzie drugi na Tour de France i czy będzie to Ullrich. Kolarstwo ma też to do siebie, że po zimowej przerwie z tym większym zainteresowaniem wracamy wczesną wiosną na szosy i przed telewizory. Są oczywiście – jak chciał już Władysław Broniewski – w kolarskiej ojczyźnie rachunki krzywd, czy raczej wiele niedoróbek, ale i tak żadna dłoń ich nie przekreśli. Działacze jak to działacze, zawsze coś nie bardzo mądrego wymyślą. A propos działaczy, to w grudniu mamy w Polsce jeszcze jeden wyścig. O fotel prezesa. Czołówka zmierzająca do mety przy torze w Pruszkowie jest ponoć bardzo liczna. Tworzą się już pociągi, niektórzy ponoć przesiadają się w biegu do bardziej pospiesznych. Lubię kolarstwo, ale nigdy nie zrozumiem po jakiego grzyba ktoś chce być prezesem związku. Przecież to same kłopoty. Może nie rozumiem, bo nigdy nie byłem i raczej nie będę. Trudno, jakoś to przeżyję. Najlepiej przy lekturze „Zawodowca” Czesława Langa. Recenzja? Na razie mogę powiedzieć jedno – czyta się…

PS. Tytuł nie ma nic wspólnego z tekstem. Idę jednak z duchem czasu (vide największe portale). Może się będzie lepiej klikał.

Podobne artykuły