Author BikeChallenge 27-31.07.2005. Relacja, część 3.

Drukuj

<a href=javascript:Fotka('ppg_fotki/foto_big/8_3327_14_08_05.jpg','','')><img src=ppg_fotki/foto_small/8_3327_14_08_05s.jpg border=0 align=left vspace=5 hspace=5></a><b>Etap czwarty, Przesieka Świeradów Zdrój, 31.07.2005.</b> Podczas odprawy technicznej wieczorem przed pierwszym etapem Grzegorz Golonko wspomniał, że ostatni etap może zostać skrócony. Po trzech wyjątkowo upalnych dniach i pechowym drugim etapie decyzja taka była jak najbardziej uzasadniona. W ostatnią niedzielę lipca uczestnicy Author BikeChallenge mieli zatem do pokonania 50km, z czego około 25 po szybkich izerskich szutrach i asfaltach. Zanim jednak maratończycy wyruszyli na trasę czekała na nich decyzja co do ubioru i wyposażenia rowerów. Całą noc bowiem nad Przesieką szalała burza, jeszcze nad ranem siąpił deszcz. Upał, który przyprawił nie lada cierpień zawodnikom w minionych trzech dniach zniknął jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. W jego miejsce pojawiła się mżawka i chłodne porywy wiatru. Decyzja krótki czy długi rękaw oraz z błotnikami czy bez dla wielu zespołów była tego dnia kluczowa

Etap czwarty, Przesieka – Świeradów Zdrój, 31.07.2005. Podczas odprawy technicznej wieczorem przed pierwszym etapem Grzegorz Golonko wspomniał, że ostatni etap może zostać skrócony. Po trzech wyjątkowo upalnych dniach i pechowym drugim etapie decyzja taka była jak najbardziej uzasadniona. W ostatnią niedzielę lipca uczestnicy Author BikeChallenge mieli zatem do pokonania 50km, z czego około 25 po szybkich izerskich szutrach i asfaltach. Zanim jednak maratończycy wyruszyli na trasę czekała na nich decyzja co do ubioru i wyposażenia rowerów. Całą noc bowiem nad Przesieką szalała burza, jeszcze nad ranem siąpił deszcz. Upał, który przyprawił nie lada cierpień zawodnikom w minionych trzech dniach zniknął jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. W jego miejsce pojawiła się mżawka i chłodne porywy wiatru. Decyzja „krótki czy długi rękaw” oraz „z błotnikami czy bez” dla wielu zespołów była tego dnia kluczowa. Pierwsza część trasy wiodła dokładnie tak jak na maratonach w Przesiece i Karpaczu. Podjazd zniszczonym asfaltem na Dwa Mosty a następnie szybkie zjazdy. Po nich jednak nastąpił fragment bardziej technicznych i błotnistych zjazdów oraz sztywny asfaltowy podjazd w Jagniątkowie. Po zjeździe do Piechowic i przecięciu drogi Jelenia Góra – Szklarska Poręba rozpoczynał się podjazd znany z 2002r z Górzyńca, który prowadził do Rozdroża Izerskiego, gdzie usytuowany był bufet i pomiar czasu i dalej szutrami na Rozdroże pod Kopą. Łącznie zafundowano zawodnikom ponad 16km, niezbyt stromego, ale systematycznie wznoszącego się podjazdu. Następnie pozostawały kamieniste zjazdy do Chatki Górzystów oraz asfaltowy podjazd do Polany Izerskiej a później już tylko bardzo szybkie zjazdy smolistymi asfaltami do Świeradowa Zdroju. Tego dnia niewiele brakło aby zwycięski zespół Intel Action zaskoczył organizatorów. Andrzej Kajzer z Robertem Banachem pokonali 50km w zaledwie 2h9' i o mały włos a przybyliby do Świeradowa przed pomiarem czasu! Na drugiej lokacie tradycyjnie zameldowali się Vena Hornych i Radek Dite z Rock Machine a na trzeciej Wojciech Rakowski i Szymon Cebula z Borna i taka też była kolejność w klasyfikacji generalnej. Podobna sytuacja miała miejsce w Mixtach, gdzie Born (Agnieszka Krok, Marek Tyniec) przyjechał przed Legionem (Agnieszka Zych, Marek Jędrzejewski) i Thule (Magdalena Zeman, Tadeusz Miężalski), który to zespół stoczył zaciętą walkę na trasie ostatniego etapu z A pomyliło Misie (Anna Ożóg, Michał Sadowski). Ci ostatni dostali na pocieszenie nagrodę fair play. W kategorii Masters pewnie, z przewagą blisko 1,5h, triumfowali faworyci, zespół Wsół Sport Kielce (Jarosław Wsół, Zbigniew Orłowski) przed Wsół Sport&Poznań (Andrzej Erbel, Marek Witkiewicz) oraz Thule (Wojciech Jurasz, Tomasz Kaczmarek). Ostatni etap wygrała w tej kategorii para Cyclo BIGos. Na koniec warto kilka słów poświęcić dwóm zespołom kobiecym, które wystartowały i ukończyły Author BikeChallenge. „Upadłe Anielice Opel Gliwice” (Aneta Lamik, Iwona Seweryn) oraz „Red Frog” (Katarzyna Jurkiewicz, Magda Gaweł). Dziewczyny znakomicie radziły sobie z górskimi szlakami, niejednokrotnie przyjeżdżając na metę przed wieloma, pozornie silniejszymi, zespołami męskimi. Pokazały znakomity hart ducha, szczególnie podczas najtrudniejszych drugiego i trzeciego etapu. Z pewnością przetarły szlak dla kolejnych par, które chciałby się zmierzyć i z ciężkimi górskimi trasami jak i z wymagającymi rywalkami. Wrażenia własne: Nasza przewaga przed ostatnim etapem wynosiła sześć minut. Z jednej strony dużo, zwłaszcza, jeśli wziąć pod uwagę średnie prędkości, jakie uzyskiwaliśmy na poprzednich etapach oraz fakt, że ostatni odcinek, choć krótki, obfitował w kilka treściwych podjazdów. Z drugiej jednak choćby jedna przebita dętka wprowadzić mogła niepotrzebną nerwowość. Pierwsze kilometry są jakby stworzone dla nas. Długi, miejscami sztywny podjazd umożliwia oderwanie się od rywali, których tempo, podobnie jak na poprzednim etapie spada po kilkuset metrach wspinaczki. Na Dwa Mosty docieramy w towarzystwie mastersów z Thule, jednak do końca etapu, w przeciwieństwie do poprzednich etapów jedziemy praktycznie sami. Miejscami mijają nas tylko pojedynczy zawodnicy z czołówki, którzy mieli problemy ze sprzętem. Mijający nas Vena Hornych przejeżdża z prędkością TGV, choć po etapie mówi, że jechaliśmy całkiem żwawo („Blatu, blatu” ;-) ). Drobne problemy techniczne sprawiają, że na błotnistym odcinku przed Jagniątkowem tracimy nieco czasu i ostatecznie pozwalamy odjechać naszym towarzyszom z poprzedniego etapu, zespołowi Wsół Sport&Poznań. Trzymamy jednak równe tempo i w Piechowicach rozpoczynamy najdłuższy tego dnia podjazd. Jest chłodno i wieje nieprzyjemny wiatr, całe szczęście w tej części trasy szutrowa droga prowadzi częściowo między drzewami. Na Rozdroże Izerskie docieramy z bezpieczną przewagą, jednak do Rozdroża pod Kopą trzymamy równe tempo, po drodze mijając zbieraczy borówek, które w tym roku wyjątkowo obrodziły. Osoba tym się trudniąca potrafi zebrać bez większych problemów i 30l jagód! O ile zbieracze nie przerywając pracy przyglądają się maratończykom, o tyle turyści i obsługa schroniska Chatka Górzystów wydają się nimi w ogóle nie przejmować. Nam przd kołami przebiega pies, inne zespoły napotykają na swojej drodze tace zastawione szklankami z herbatą ;-). Ciekawy rodzaj gościnności. Przed nami ostatni asfaltowy podjazd i po chwili zastanowienia na Polanie Izerskiej rozpoczynamy zjazdy do mety. Jedziemy tak spokojnie, jak tylko w tym miejscu jest to możliwe, chcąc uniknąć jakichkolwiek problemów. Zakręty pokryte są śliskim żwirkiem, popularnym szlakiem porusza się też sporo turystów. Głupio byłoby przez nieuwagę doznać kontuzji i zaprzepaścić czterodniowy trud. Meta w Świeradowie, zapięcie koszulek, ręce w górę. Wygraliśmy. Mimo kilku kontrowersyjnych sytuacji udało się w 100% wykonać plan: pojeździć po górach, przeżyć ciekawą przygodę i wygrać wyścig. Podsumowanie: Author BikeChallenge 2005 był imprezą udaną. Świadczy o tym chociażby to, że już niecały tydzień po zakończeniu zmagań uczestnicy wymieniający między sobą opinie nie pamiętali wpadek organizatora. Wyraźnie więc widać, że pomysł jest dobry a i wykonanie nie było złe. Z pewnością była to dobra i momentami ciężka lekcja dla organizatorów, jednak wyszli z niej obronną ręką. Oczywiście zawsze można coś poprawić, jednak ogólne założenie wydaje się być jak najbardziej w porządku. Osobiście najbardziej żałowałem, że brakło czasu na dokładniejsze poznanie okolic, przez które wiodła trasa zawodów, szczególnie tych miejsc, które były nieznane z dotychczas rozgrywanych maratonów (np. Bystrzyca Kłodzka). Jeśli zaś chodzi o same trasy etapów, to były po prostu znakomite. Szczególnie zwraca tu uwagę etap trzeci – bardzo trudny, ale za razem bardzo piękny. Pechowy etap drugi, z którego, po drobnych modyfikacjach można by zbudować dwa bardzo ciekawe odcinki również mógł się podobać – nie kończące się podjazdy w lasach Gór Sowich, poprzedzone szybkim dojazdem przez Bardo, gdyby nie „niespodzianka” w ilości 30 dodatkowych kilometrów mogłyby się zapisać w historii polskich maratonów złotymi zgłoskami. Elementy, które budziły moje największe obawy przed startem, czyli wyżywienie, nocleg i sanitariaty były zorganizowane bez większych problemów. Jedzenia było dużo, smacznie i z możliwością wyboru, namioty przestronne i dobrze rozbite a prysznice i toalety, przynajmniej przy takiej ilości osób działały jak należy, podobnie jak serwis zapewniony przez Velo i stanowiska do mycia rowerów. W sytuacji, w której spędza się 4 – 6h dziennie na rowerze, gwarancja, że na miejscu wszystko przygotowane jest profesjonalnie a w razie awarii czy innych problemów ze sprzętem można liczyć na pomoc jest bardzo ważna. Poziom sportowy zawodów stał na dobrym poziomie. Co prawda zawodnicy Intel Action wygrali pewnie, jednak Czesi z Rock Machine i ekipa Borna były na tyle blisko, że przy najmniejszych problemach Andrzej Kajzer i Robert Banach znaleźliby się pod presją. Również za nimi toczyła się ciekawa rywalizacja – w Author BikeChallenge wzięła udział spora część ścisłej czołówki Ligi BikeMaraton!. Dobrze zaprezentowały się zespoły Twomarku, które wszystkie znalazły się w pierwszej dziesiątce. Ciekawa i wyrównana rywalizacja toczyła się w kategorii Mixtów, równie interesująca była walka o drugie i trzecie miejsce na podium Mastersów. Bardzo dobrze zaprezentowały się również zespoły z zawodnikami reprezentującymi bikeWorld.pl/team rowerowy w składzie: para „A pomyliło Misie” z Anną Ożóg zajęła czwarte miejsce a na królewskim etapie do Przesieki stanął na drugim stopniu podium. Trapiony licznymi defektami „bikeWorld.pl Born/team rowerowy” z Krzysztofem Szareckim zajął trzynastą lokatę open i dwunastą w kategorii. O nie wejściu do pierwszej dziesiątki zadecydowały trzy defekty na drugim etapie, z czego jeden w kluczowym momencie przed matą kontrolną. Część zespołów startujących w BikeChallenge weźmie również udział w Trans Carpatii, imprezie choć o innym charakterze, to jednak gromadzącej podobny tym ludzi na starcie: pasjonatów roweru, którzy bez względu na okoliczności potrafią stworzyć wspaniała atmosferę sportowego święta. To bowiem a nie upały, problemy z trasą, nocna burza czy sportowa rywalizacja jest głównym wrażeniem, jakie dominuje w wspomnieniach z BikeChallenge. To, co stworzyli przez raptem cztery dni uczestnicy zawodów jest wspaniałym dowodem na to, że „wystarczy” wspólna pasja obcych sobie ludzi by połączyć ich we wspaniałą sportową rodzinę. Foto: https://www.bikechallenge.pl/, Krzysztof Szarecki Przeczytaj również: Author BikeChallenge 27-31.07.2005. Relacja, część 1. Author BikeChallenge 27-31.07.2005. Relacja, część 2.

Obserwuj nas w Google News

Subskrybuj