Jako wielki sympatyk kolarstwa od kilku lat nie mogę wyjść z podziwu jak bardzo w Polsce jest popularna ta dyscyplina.
Nie mam tu na myśli zestawień pokazujących słupki zainteresowań naszych kibiców czy oglądalność danego rodzaju sportu w telewizyjnych okienkach. To są rzeczy, które przemijają, związane z sukcesami czy medialną osobą. Zainteresowanie kibiców szybko się kończy, gdy mistrz odchodzi na emeryturę lub przestaje uprawiać czynnie ten sport. Doświadczyliśmy to na przykładzie kontuzjowanego Kubicy w przypadku Formuły 1, czeka nas to w kontekście skoków narciarskich…
Kolarstwo jest sportem, który cierpi na brak wielkich sukcesów. Sama Maja Włoszczowska nie jest w stanie „pociągnąć” polskiej cyklistyki, mimo wzorowej akcji wizerunkowej i nawet biorąc pod uwagę same niewątpliwie przymioty naszej wicemistrzyni igrzysk olimpijskich. Od lat jestem zwolennikiem tezy, że na pierwsze strony gazet kolarstwo są w stanie wepchnąć tylko szosowcy i tylko wtedy, kiedy zaczną odnosić sukcesy w Tour de France. Już w roku 1993 Zenon Jaskuła zajął drugie miejsce w plebiscycie „PS” na najlepszego sportowca Polski, mimo że w Wielkiej Pętli był dopiero (i aż!) trzeci. Gdyby sukces Jaskuły miał miejsce w dzisiejszej rzeczywistości, byłby idolem mas i mógłby nawet startować w tańcu z gwiazdami (choć nie wiem, czy Zenon jest biegłym tancerzem). Jeśli więc za rok, za dwa, za pięć doczekamy się podobnych sukcesów, to kolarstwo wyjdzie w rankingach popularności na drugie miejsce, oczywiście za piłkę nożną (bo z futbolem – nie widzieć czemu – nikt nie wygra), no może jeszcze za żużel.
Na czym opieram ten optymistyczny rys. Otóż na owym fakcie popularności w najczystszej formie. Miliony Polaków jeżdżą na rowerach! A ilu uprawia skoki i jeździ na bolidach? I większość z nich, nie tak jak ja – do sklepu po bułki i gazetę, traktuje ten sport jako czynną, bardzo czynną formę rekreacji, zabawy, spędzania wolnego czasu, rywalizacji wreszcie. To potencjalni fani, którym potrzebny jest rowerowy idol. Mam kilkaset osób wśród znajomych na FB, większość z nich ciągle się ściga, w każdy weekend organizowane są maratony w różnych częściach Polski, w każdym z nich startują nie dziesiątki, a setki uczestników, od małych szkrabów do weteranów rowerowych tras. Zawody trwają cały rok, w zimie, latem i teraz jesienią. Trzeba mieć dużą determinację, by nie chować roweru do garażu, na balkon czy piwnicy. Z tej mąki będzie chleb. Bo są już kibice, jest masowość i za kilka lat, o ile państwo i PZKol będzie w stanie stworzyć jakie takie warunki już do profesjonalnego uprawiania sportu, to powinniśmy dochować się nowych Szurkowkich, Szozdów i Jaskułów, a może nawet Contadorów i Cavendishów.
Przykład? Proszę Szymon Bregier z Płocka, niespełna 10-letni młodzieniec startujący w Legia MTB Maraton przedstawił jasno swój plan – najpierw wygram „legię”, następnie mistrzostwo Polski, później mistrzostwo świata, no i igrzyska olimpijskie… a po drodze może Tour de France. Tak jechać! Szymon na idola!
Fot.: Krzysztof Jakubowski