Nie liczyłem na rekordową wygraną w Lotto (50 baniek!), bo szansę miałem podobno 1 do 14 milionów, ale kupon kupiłem, jeden „chybił trafił”, by owa szansę sobie dać.
Nie liczyłem też na medal naszych kolarzy w mistrzostwach świata, choć tu statystycznie szansa była znacznie większa (6 do 209), bo stąpam twardo po ziemi i wiem, że biało-czerwoni potęgą nie są i każde miejsce w „10” byłoby już sukcesem nie lada. Rzecz jasna kibic, telewidz, internauta ma niezbywalne prawo oceniać sportowców po wynikach. W końcu to jest efekt ich pracy, każdy przecież startując w zawodach myśli o zwycięstwie. A zwycięstw, medali i wyników… zwyczajnie nie było.
Z drugiej jednak strony, patrząc obiektywnie, w najważniejszych wyścigach mistrzostw świata w Kopenhadze, na trasach startu wspólnego, nasi kolarze prezentowali się przyzwoicie. I młodzieżowcy, i panie, i seniorzy starali się jechać w pierwszej części peletonu szukając szans na zabranie się w konkretną ucieczkę. Takiej jednak nie było, po runda pod Kopenhagą preferowała tylko i wyłącznie sprinterów, a tych u nas jak na lekarstwo. Owszem, mamy całą gamę zawodników kompletnych, co i nieźle po górach, przyzwoicie na czas, a i finisz z małej grupki albo umiejętność zabrania się w ucieczkę, to jednak we współczesnym kolarstwie trochę za mało, by odnosić sukcesy. Kończący się sezon miał, moim zdaniem, cztery gwiazdy. Alberto Contador za Giro, Cadel Evans za Tour, Phlippe Gilbert za klasyki i Cavendish za mistrzostwa świata (plus Tour), a więc – idąc tokiem mojego rozumowania – kolarze konkretni, świetni w określonych specjalnościach kolarskich. Góry, hopki i sprint. Taki jest obecnie świat, że ceni się błysk (żeby nie napisać blichtr, ale na szczęście w sporcie tak bardzo jeszcze nie jest obecny), a nie równą formę, przyzwoitość.
Niestety, Polska mająca tak wspaniałe tradycje kolarskie produkuje ostatnio kolarzy nijakich, dobrych we wszystkim, ale świetnych w niczym. Stąd nasi wybitni, utalentowani wpadając w tygiel grup zawodowych zostają na ogół pomocnikami, kolarzami potrzebnymi w grupie, peletonie, ale bez szans na szturm na pierwsze strony gazet, czołówki serwisów internetowych czy telewizyjnych wiadomości. Są widoczni na trasie, ale mało widoczni w wynikach. A taki układ ciągnie kolarstwo w dół. Nie będzie sukcesów, nie będzie propagandy, nie będzie pieniędzy, nie będzie… niczego.
Apeluję więc do trenerów szkolących narybek kolarski – uczmy wcześniej specjalizacji, szukajmy sprinterów, czasowców, górali. Wiem, że większość z Was pracuje w trudnych warunkach, ale kupon – jak w lotto – trzeba kupić. Za naszą południową granicą taki kupon i to wcale nie „chybił trafił” już mają. Zwycięzca Tour de Pologne Peter Sagan już w wieku 21 lat ma sukcesy, ma pozycję, ma nazwisko i żadnym pomocnikiem nie będzie, a gdybym miał uzupełnić powyższą listę o jeszcze jedno nazwisko, to dopisałbym właśnie Słowaka.
Szkoda, że nie wygrałem 50 milionów, założyłbym grupę kolarską, młodzieżową i uczułbym (a raczej trener) wygrywać. Przede wszystkim. Na szosie i w… totolotka. Bo na razie mamy i chybił, i nie trafił. Łącznie z niżej podpisanym.