Taktyka (z greckiego taktiká), to wedle Wikipedii teoria i praktyka posługiwania się jednostkami wojskowymi dla osiągnięcia zamierzonego celu. Taktyka jest jednocześnie najniższym poziomem sztuki wojennej.
Recz jasna od dawna taktyka jest nieodłącznym elementem rywalizacji sportowej. Wojska w sporcie nie ma, ale są wojny, bitwy, zwycięstwa i porażki, jest też walka. Taktyka była wszechobecna podczas dwóch brukowanych klasyków tej wiosny. Na Flandrii i Roubaix było jej nawet zbyt dużo, co – lekko ujmując – wypaczyło nieco rezultaty. Patrząc na oba wyścigi bez problemu możemy wytypować najmocniejszych kolarzy. Na Tour des Flandres wedle zgodnej opinii obserwatorów był nim Francuz Sylvain Chavanel, w „Piekle Północy” miano herosa można przyznać bez wątpienia Szwajcarowi Fabianowi Cancellarze. Tak się akurat śmiesznie złożyło, że obaj zajęli drugie miejsca, główną premię zgarnął kto inny – Nick Nuyens i Johan van Summeren.
Obaj najmocniejsi, a jednak przegrani polegli będąc w okowach taktyki. Na Flandrii Chavanel oglądał się cały czas na Toma Boonena, bo właśnie Belg miał być liderem (i zwycięzcą) ekipy Quick Step. Na trasie, a w zasadzie w końcówce, do Roubaix Spartakus nie chciał ułatwiać zwycięstwa innym, mając bez przerwy kilku rywali na kole. W końcu odpuścił, otwierając drogę do zwycięstwa tyczkowatemu Summerenowi, który zresztą tak się ucieszył tak bardzo (poprzednie i jedyne dwa zwycięstwa odniósł w Polsce, w Karpaczu, na Tour de Pologne), że z rozpędu oświadczył się swej dziewczynie, wręczając jej w miejsce pierścionka zaręczynowy kawałek bruku.
Oba wyścigi przez owe zawiłości taktyczne były bardzo ciekawe i emocjonujące do końca. Cancellara chciał tak jak przed rokiem ustrzelić dublet, ale tym razem rywale byli czujni i nie dali Szwajcarowi pognać bezkarnie do mety. W 2010 w obu monumentach mieliśmy teatr jednego aktora, tym razem herosów było kilku, a skorzystało na tym widowisko, no i telewidzowie.
Kolarska taktyka bywa czasami kompletnie nieczytelna. Po wyścigu można snuć długie opowieści, kto zrobił dobrze, a kto źle. I to chodzi, by wyścig, jego wyniki i bohaterowie żyli w naszej pamięci nieco dłużej niż te kilka godzin spędzonych na rowerze. Nawet jeśli mielibyśmy gdybać co by było gdyby. I o to chodzi w sporcie, a więc posługujcie się panowie dyrektorzy (niezależnie czy wam zabiorą łączność radiową czy nie) swoimi jednostkami kolarskimi do osiągnięcia zamierzonego celu. A my to będziemy oglądać z zapartym tchem.