My, Polacy kochamy jubileusze. Świętowanie przy każdej okazji ma głęboki sens. Wówczas wytężamy pamięć, przypominamy sobie wydarzenia ładne, miłe i przyjemne, często zapominając o otaczającej nas szarej rzeczywistości. Widocznie tak być musi.
Może zresztą i dobrze, bo przecież myślenie pozytywne ma wielkie znaczenie w psychologii człowieka. Poczucie własnej wartości również. Rok 2010 to dla kolarstwa naszego Jubileusz 90-lecia PZKol. Po odzyskaniu niepodległości mogliśmy powołać do życia wiele organizacji narodowych, również związki sportowe, narodowe, bo przecież – jeśli pozostaniemy przy kolarstwie – stowarzyszenia istniały już wcześniej, choćby Warszawskie Towarzystwo Cyklistów, od daty powstania właśnie WTC (1886) liczy się historia polskiego kolarstwa.
W tych dniach na welodromie w Pruszkowie, przy okazji premierowych mistrzostw Europy elity, odbędzie się skromna uroczystość 90-lecia związku kolarskiego. PZKol w roku jubileuszowym nie prezentuje się krzepko. Długi, długi i jeszcze raz długi – to bagaż nie 90-lecia, a ostatniej dekady. Kiedyś związki sportowe były towarzystwem skupiającym ludzi kochających daną dyscyplinę sportu, po wojnie z jednej strony stały się terenem penetracji partyjnych propagandzistów, którzy musieli pilnować wszystkiego i wszędzie, z drugiej jednak strony pewną oazą demokracji, bowiem delegaci nie zawsze chcieli wybierać prezesa przyniesionego w teczce. Dziś związkom potrzebni są menedżerowie, znający prawa rynkowe. Doskonale to widać po kondycji Jubilata. Z tego co wiem są plany, przymiarki, chęci (jak zwał, tak zwał) do nowoczesnego zarządzania polskim kolarstwem. Co z tego wyjdzie, okaże się pewnie w grudniu.
Dziś jest święto, więc z nostalgią patrzę na listę sukcesów polskiego kolarstwa w owym 90-leciu. Nikt nie zorganizował plebiscytu na największe dokonanie w tym czasie, więc na własny użytek (i Internautów czytających bikeWorld.pl) próbuję sobie owe triumfy ustawić w pewnej hierarchii. Wychodzi mi na to, że najważniejszym wydarzeniem było zdobycie złotego medalu przez Ryszarda Szurkowskiego na górze Montjuich w Barcelonie, na drugim miejscu ustawiłbym wygranie przez Stanisława Królaka Wyścigu Pokoju w 1956 roku, a na trzecim trzecie miejsce Zenona Jaskuły w Tour de France w 1993 roku. To taka moja prywatna kolejność. Brałem przede wszystkim pod uwagę wydźwięk społeczny i popularność wydarzenia (plebiscyty zwykle odnoszą się do popularności). Myślę, że każdy może ustalić inną kolejność. Zapraszam więc do dyskusji, a przy okazji powspominamy chwile zwycięstw i chwały, co zawsze bywa przyjemne.