W ostatnią niedzielę wybrałem się na wyścig kolarski „Szlakiem Majora Hubala” do Nowego Dworu Mazowieckiego.
Niejako z obowiązku, bo był to ostatni wyścig z cyklu Proligi Rometu, więc chciałem wręczyć specjalną koszulkę zdobywcy tego trofeum w tym roku, Jackowi Morajce.
Nie wręczyłem, bo mistrz Polski nie dojechał na wyścig w ogóle, miał inne plany, w związku z tym atrybut zwycięzcy odebrał sponsor, prezes firmy Action, Piotr Bieliński. Sponsor był, nawet w stroju sportowym, zawodników Mroza Active Jet zabrakło, nawet po cywilnemu. Koniec sierpnia, pogoda pod psem, ale co zrobić. W Hiszpanii akurat upały, u nas zimno jak cholera, no i deszcz. Niektórym się jednak chciało, Darek Baranowski był, „najstarszy kolarz w peletonie” Dziadek Romanik także. Przyjechali, ukończyli, choć nie wygrali, ale startowali. Baron de Coubertin byłby zadowolony.
Trochę to przykre. Organizatorzy robią co mogą by przygotować wyścig, znajdują chętnych do wyłożenia pieniędzy, a frekwencja katastrofalna. Podobnie było podczas wyścigu o Puchar MON, choć w Opatowie słoneczko grzało aż miło. Słyszę, że winny kalendarz, bo w planach PZKol są zapisane inne wyścigi w tym samym terminie. A to Puchar Polski do lat 23 bodajże w Mstowie, a to mistrzostwa LZS. Przepraszam bardzo, w epoce komputerów nie można skoordynować kalendarza? Pamiętam jak przed laty szef szkolenia Marian Więckowski i jego zastępca Andrzej Szkoszkiewicz wiosną pieczołowicie na drut nawlekali karteczki w nazwami wyścigów, tak aby zająć jak najwięcej terminów, żeby się imprezy nie dublowały. Teraz jest z tym kłopot i efekt jest taki jaki jest. Władze samorządowe, jeden z ostatnich sponsorów kolarstwa, mogą odwrócić się o tej pięknej dyscypliny, bo po co komu (burmistrzowi, mieszkańcom) wyścig garstki zawodników.
Organizatorzy muszą zabiegać o udział ekip. Paranoja. To co te ekipy w zasadzie robią. Słyszę także, że szkoda jeździć na wyścigi, bo to kosztuje, a kasa musi się zgadzać. Tak podobno działa jedna z drużyn. Co na to sponsor? Pewnie nie szuka miejsc swoich zawodników w wyścigach, bo oprócz Polskiej Agencji Prasowej mało kto je podaje. Także łatkę przypinam portalom kolarskim. Jeszcze kilka lat temu na wyścigach meldowali się dość liczne – pisząc sprawozdania, fotografując, rozmawiając z kolarzami. Teraz młodszych kolegów po fachu jakoś nie spotykam. A pracą zza biurka nigdy nie nauczą się dziennikarstwa, o kolarstwie nie wspominając. Może to gderanie człowieka już z innej epoki, ale nikt nie powinien zadawalać się karteczkami i drutem, jeśli pod ręką ma Excela w komputerze. Zapraszam na wyścigi… ale już chyba w następnym sezonie.