Przy okazji Giro, a może nawet nieco wcześniej wyniknęła sprawa motorków, ewentualnie montowanych w rowerach kolarzy szosowych. Taki motorek umieszczony w ramie lub pod siodełkiem przez ca 45 minut (pojemność baterii) pozwala na znacznie przyjemniejsze kręcenie pedałami i rzecz jasna oszczędza klientowi nieco sił.
Podczas Giro powstał nawet film, który można znaleźć w sieci. Davide Cassani, były kolarz mający na koncie dwa wygrane etapy w Giro, dziś komentator telewizji RAI, pokazuje na czym polega przekręt. Cassani, niestrudzony pogromca kolarskich oszustów, twierdzi iż ów patent znany jest od kilku lat bez mała. Mój dociekliwy włoski kolega już raz wywołał wielką burzę w kolarstwie. To on zeznał, że widział Michaela Rasmussena w Dolomitach, choć duński kolarz na papierze miał przebywać w Meksyku. Tamta afera w 2007 roku zakończyła się, jak pamiętamy, wykluczeniem „Kurczaka” z Tour de France. Teraz Cassani wziął na tapetę Fabiana Cancellarę. Filmik pokazuje manewry „Spartakusa” przy kierownicy podczas tegorocznej Flandrii i Roubaix. Po tych kombinacjach Fabian odjeżdżał rywalom – właśnie – jak motorek. Film skojarzył mi się z miejsca z podobnymi enuncjacjami w sprawie katastrofy smoleńskiej. W necie też krążyły obrazy, na których widać było niestworzone rzeczy, oczywiście i tu, i tu, widz (oglądacz) poddawany jest olbrzymiej sugestii. Jeśli ktoś mówi, że jest motorek, to ten motorek widzisz, podobnie jak strzelających komandosów rosyjskich.
Jakby na sprawę nie patrzeć problem jednak jest, być może UCI, która chyba na razie odcięła się od problemu, zdecyduje się na dokładniejszą kontrolę rowerów. Silniczek to przecież nie pastylka, którą dopingowicz może połknąć w każdej chwili. W wielu sportach, np. narciarstwie czy biathlonie narty czy karabiny są badane i znakowane przed startem. W kolarstwie torowym mierzy się kąty ramy, podobnie bywa przed szosowymi czasówkami. Problem, owe plotki trzeba ukrócić i wyjaśnić jak najszybciej. Dość mamy już doperów czy byłych doperów, na których zawsze będzie ciążył cień podejrzenia.
Gdyby jednak okazało się, że Szwajcar miał silniczek nie w nogach a w ramie, byłaby to jedna z większych afer w sporcie. Oczywiście takie przypadki już się zdarzały, że przypomnę tylko spryciarza z ZSRR niejakiego Borysa Oniszczenkę specjalistę w pięcioboju nowoczesnym i nie tylko jak się okazało. Na igrzyskach w Montrealu (1976) podczas rywalizacji w szermierce, cześci składowej w pięcioboju, Anglik Jim Fox zauważył, że Oniszczence zaliczane są trafienia, choć szpada nie trafiła w cel. Fox (jakby nie było lis) zgłosił protest. Okazało się, że Oniszczenko miał w swojej szpadzie zainstalowany przycisk, który włączał lampkę sygnalizującą trafienie. Po wykryciu oszustwa zdyskwalifikowano całą drużynę ZSRR, a sportowiec podobno został zesłany na Syberię i słuch po nim zaginął. Nie życzymy Cancellarze podobnej przyszłości. Zwłaszcza, że ze Szwajcarii na Syberię daleko.