Trwa Giro d’Italia, w którym najwięcej dyskusji wzbudza dobór trasy. I nie chodzi tu o góry, które są solą kolarstwa, a już na pewno wyścigów etapowych. Czy Zoncolan, czy Gavia, czy Mortirolo jest już sprawą drugorzędną, byleby kilka takich podjazdów trafiło do programu wyścigu.
Co do tego mamy jasność. Kontrowersje wzbudził fakt organizacji pierwszych etapów na zwodniczych holenderskich trasach, gdzie w każdej miejscowości czyhają pachołki, śpiący policjanci, wysepki, zwężenia i inne cuda oraz fakt poprowadzenia sobotniego etapu białymi drogami w Toskanii, czyli szutrami. Cierpieli na tym kolarze, bo kraks i w Holandii, i w Toskanii było sporo. Niektórzy z faworytów, czy zawodników liczących na miejsce w czołówce usieli dopisać na swe konta sekundy czy nawet minutowe straty. Z drugiej rzecz jasna strony owe „dziwne” etapy były bardzo widowiskowe. Ponadto smaczku dodawał jeszcze fakt, że pogoda nie była najlepsza, nie bójmy się słów – padało, co znacznie „uatrakcyjniło” przekaz telewizyjny. No właśnie i tu jest pies pogrzebany, czy to atrakcja czy nie? Szefowie RAI z dumą donieśli, że oglądalność w sobotę Giro we włoskiej TV była rekordowa. Kolarze zaś dodawali, że trochę, a nawet więcej ich kosztem. Kosztem zdrowia, ryzyka kontuzji.
Moim zdaniem i jedni, i drudzy mają rację. Dzięki takiemu stwierdzeniu mogę sobie przed nazwiskiem dodać imię Salomon. Jednak zaraz objaśnię mój wyrok. Jak to w życiu bywa punkt widzenia zależy od innego punktu - siedzenia. W przypadku kolarzy, to nawet istotny element rywalizacji. W sumie jednak owo uatrakcyjnianie (tym razem bez cudzysłowu) trasy działa korzystnie także dla zawodników, i oni powinni o tym pamiętać. Z drugiej strony organizatorzy muszą hamować swoje zapędy w utrudnianiu rywalizacji, bo zamiast wyścigu zrobią jatkę. Zatem elastyczność. Złoty środek. Branie pod uwagę potrzeb, możliwości, bezpieczeństwa wszystkich uczestników imprezy. Słupki telewizyjne nie mogą przysłaniać zdrowego rozsądku. Ładnie to brzmi, ale widać zgłaszam akces do partii naiwnych. Tak nigdy nie będzie, bowiem w dzisiejszych czasach liczą się pieniądze. Jest oglądalność, są sponsorzy, są pieniądze dla kolarzy na godne premie. Niestety, nie da się od tego uciec. Krezus wygrywa z Salomonem. Kolarze muszą cierpieć dla idei, ściganie musi być ciekawe, bo inaczej widzowie (i czasem komentatorzy niestety) zapadną w objęcia Morfeusza (to już trzecia antyczna postać).
Kocham sport, lubię kolarstwo, ale zdaję sobie sprawę, że nie da się odseparować od bieżących trendów. Nie inaczej jest przecież w polityce. Ot, czy naprawdę wszystkim kandydatom tak bardzo chodzi o Polskę? Czy media podkreślają jakieś mądre zdania „przyszłych” prezydentów, czy raczej skupiają się na wpadkach?
Życzę dalszych emocji, i kolarskich, i wyborczych.