Pobieram dane...
| Adam Piotrowski (Ampi) 17-08-2005, Środa |
Komentarzy: 9 Tagi: |
Vestlandet-kraina fiordów, gór i najwyższych w Europie wodospadów jest zachodnim rejonem Norwegii położonym nad Morzem Północnym. Swoje niepowtarzalne piękno i charakter zawdzięcza lodowcom, które ukształtowały ją podczas ostatniego zlodowacenia. Prawie nienaruszona przyroda, czyste powietrze oraz krystaliczna woda w rzekach i jeziorach przyciąga w te rejony wielu turystów z całego świata. Vestlandet jest również miejscem, gdzie swoje wakacje spędzają rzesze rowerzystów. W tym roku udało się tam również dotrzeć wysłannikom bikeWorld.pl
Chcąc zwiedzić Norwegie na rowerze trzeba zastanowić się najpierw jaką forma wyjazdu będzie dla nas najkorzystniejsza. My wybraliśmy ofertę jedego z biur podróży. Tego typu rozwiązanie ma jedną zdecydowaną zaletę: jedzie się na lekko, bo całe wyposażenie wiezie bus. Można dzięki temu zabrać więcej jedzenia (co biorąc pod uwagę norweskie ceny jest dużym plusem) oraz innych potrzebnych rzeczy, a także cieszyć się jazdą na nieskrępowanym sakwami rowerze. Minusem jest natomiast to, że trzeba się podporządkować grupie, a przynajmniej spać w wyznaczonych przez organizatora miejscach. Możliwości indywidualnej modyfikacji trasy są również ograniczone. Sakwiarze mogą natomiast jechać drogą, która im najbardziej odpowiada i rozbijać namioty właściwie wszędzie (w Norwegii nie ma zakazu biwakowania na dziko). Wszystko zależy od upodobań i wyznawanej filozofii i nie da się ocenić jednoznacznie, która z opcji jest lepsza.
Niezależnie jednak od tego czy jedzie się z sakwami czy bez, trzeba pamiętać o kilku ważnych rzeczach. Odpowiedni ubiór to podstawa. Pogoda w Norwegii jest bardzo kapryśna i zmienna, dlatego trzeba być przygotowanym na wszystko począwszy od upału na zamieci śnieżnej kończąc. Najlepiej wybierać się tam latem, bo wtedy są największe szanse, że aura będzie nam sprzyjać. Poza tym słońce świeci wtedy najdłużej (mniej więcej od 3:00 do 23:00, a na dalekiej północy nawet cały dzień). Jeżeli mamy zamiar mieszkać w namiocie dobrze jest mieć ciepłe ubrania do spania, ponieważ temperatura w nocy potrafi być bardzo niska.






Nie mogliśmy wyjść z zachwytu patrząc na przepiękne, ośnieżone jeszcze szczyty, krystalicznie czyste jeziora oraz soczystą zieleń. Pogoda była wręcz wymarzona do jazdy. Wyruszyliśmy więc z Haukelisaeter w kierunku Josendal. Po drodze mieliśmy do pokonania kilka większych „premii górskich”, na które wspinaliśmy się niezliczonymi serpentynami często jadąc również długimi tunelami. Wszyscy byli pod wrażeniem trasy, która gorzej przygotowanym osobom dała się we znaki. Jak się jednak okazało to był tylko wstęp do prawdziwych gór. Jeszcze przed Josendal odbiliśmy w prawo w boczną drogę, którą dotarliśmy do Skare, skąd, ponownie skręcając w prawo, dotarliśmy do Hildal. Przed samym polem namiotowym zrobiliśmy jeszcze postój pod jednym z najpiękniejszych Norweskich wodospadów Latefossen. Następnego dnia, nie licząc jednego podjazdu, mieliśmy dość płaski etap. Najpierw udaliśmy się do miejscowości Odda wzdłuż jeziora Sandvinvatnet, skąd skręciliśmy do Buer, żeby zobaczyć lodowiec Folgefonna. W pewnym miejscu musieliśmy zostawić rowery i dalej iść pieszo, ponieważ droga stała się zupełni nieprzejezdna. Im bliżej lodowca tym ścieżka była coraz bardziej stroma i niebezpieczna. Na szczęście na szlaku ustawiono kilka mostków i drabinek oraz zawieszono kilka lin w newralgicznych miejscach. Po wycieczce wróciliśmy do Oddy i udaliśmy się w kierunku Kinsarvik. Jechaliśmy wzdłuż Sorfiorden powycinaną w skałach drogą. W Tyssedal odbiliśmy na chwilę w prawo, żeby obejrzeć zabytkową tamę oraz elektrownie wodną. Wszyscy byli jednak bardziej zainteresowani rosnącymi przy drodze pysznymi poziomkami niż osiągnięciami norweskiej inżynierii wodnej.


Gdy dotarliśmy do górskiego schroniska Finse zrobiło się bardzo zimno. Dookoła w wielu miejscach leżało sporo śniegu, zaczął wiać wiatr a niebo zaczęło pokrywać się chmurami. Ponieważ mieliśmy spory zapas czasu postanowiliśmy dotrzeć do lodowca Hardangerjoskulen. Prowadziła do niego najeżona głazami wąska dróżka. Dało się jechać, ale było naprawdę ciężko. W wielu miejscach trzeba było przejeżdżać przez górskie potoki. Czasem trzeba było zsiąść z roweru i prowadzić. W tamtym miejscu po raz pierwszy cieszyłem się, zabrałem ze sobą fulla. Zjazd z lodowca był po prostu bajkowy. Odpuściłem sobie nawet robienie zdjęć tylko z szerokim uśmiechem na ustach mknąłem super techniczną ścieżką w dół. Na dole nikt nie krył swojego zachwytu. Niech żałują ci, którzy z nami wtedy nie pojechali! Gdy już trochę ochłonęliśmy ruszyliśmy dalej Rallsvegen. Okazało się jednak, że mniej więcej na odcinku 30 km trasa jest w połowie zasypana śniegiem. Jazda wyglądała więc tak, że 200 m można było pedałować, a następne 200 trzeba było już prowadzić w głębokim śniegu. Gdy już pokonaliśmy ciężki odcinek, czekało na nas zwieńczenie wspaniałego dnia-20 km szybkiego zjazdu. Myślałem, że będę krzyczał z zachwytu. Prawdziwa rowerowa ekstaza. Właśnie dla takich momentów jeżdżę na rowerze!


Oberwanie chmury trwało godzinę. Gdy dotarliśmy do Aurland deszcz nie był już tak dokuczliwy. Wtedy zaczęła się dopiero zabawa. Krętą asfaltową szosą ruszyliśmy w górę. Po pewnym czasie wjechaliśmy w chmurę. Wilgotność wynosiła chyba 100% i bardzo ciężko się oddychało. Poza tym nic nie było widać. W pewnym momencie rozjaśniło się i ujrzeliśmy słońce. Przebiliśmy się przez pierwszą warstwę chmur. Pięliśmy się więc dalej w górę. Widoki były alpejskie. Rozległe łąki, na których pasły się owce i ośnieżone górskie szczyty. Tuż przed przełęczą przebiliśmy się przez kolejną warstwę chmur. Końcówka była bardzo ciężka, ale uczucia jakie towarzyszyło na górze nie da się z niczym porównać. 17 km podjazdu i 1400 m przewyższeń to nie przelewki. Na przełęczy spotkaliśmy wielu bikerów z całej Europy. Porozmawialiśmy chwilę z młodym Niemcem, który chwalił się swoimi wyczynami na Transalpie i namawiał nas na start w wieloetapówce, na którą właśnie przyjechał do kraju wikingów. Na zjeździe cięliśmy grubo ponad 7 dych. W pewnym momencie o mało nie zderzyłem się z motocyklistą, gdy zagapiłem się na trzy śliczne blondyneczki podjeżdżające z przeciwka. Na szczęście wszyscy cało dotarli do celu. Kolejny nocleg mieliśmy w Laerdals nad Vaerdalsfjorden.




Zobacz także...Turystyka: Wyprawy zagraniczne
19.05



KomentarzeKomentarze
komentarzy 9
| Patronat medialny - IMPREZY |
|
| Patronat medialny - DRUŻYNY |
|
© bikeWorld.pl 2011 Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie oraz rozpowszechnianie materiałów zawartych na niniejszej stronie jest zabronione!