Będąc zapalonymi enduromaniakami wypatrywaliśmy z uwagą upragnionej luki w naszych napiętych do granic wytrzymałości zawodowych terminarzach. Wreszcie jest! Nie zważając na kasandryczne przepowiednie speców od pogody wbijamy się do samochodów i w sobotę wieczorem zawijamy do Zwardonia. Faktycznie, na miejscu wita nas niewielka mżawka. Meldujemy się w niewielkim, sympatycznym pensjonacie "Zgoda", który był nam już wcześniej znany z przed kilku lat, gdy dżdżystym, październikowym wieczorem, wracając ze Stożka zostaliśmy pomimo "posezonu" podjęci noclegiem i przewspaniałymi pierożkami. Jako że do capstrzyku zostało jeszcze nieco piachu w klepsydrze, popędziliśmy (już na bike'ach) 300 metrów do Dworca Beskidzkiego, aby uzupełnić płyny - dokładnie tym, czego gratulujemy Polakom - zgodnie z regionalizacją...
Poranny rozruch nie stanowił większego problemu, jako że dzień wczorajszy zakończyliśmy w pełni świadomi ewangelicznych przestróg o skutkach nieumiarkowania w jedzeniu i (zwłaszcza) piciu. Szybkie pierożki, obowiązkowo 9.15 Monika Olejnik ze swoimi kolegami i punkt 10.00 siedzimy mocno w siodle. Startujemy ponownie z Dworca Beskidzkiego 716 m.n.p.m. nawadniając organizmy na miejscu i zabierając zapasy. Na początek 500 m asfaltu silnie do góry (za plecami
piękna perspektywa z wiatrakami w tle) i już skręcamy w prawo przez lasek na szuterek - za znakami szlaku rowerowego - i lądujemy na granicznym szlaku czerwonym. Spokojnie kręcąc to ścieżką, to błotkiem, to laskiem, wspinamy się na Beskid Graniczny 868 m.n.p.m., którego szczyt wynagradza nas przecudnej urody panoramą okolicy. Spotykamy też sympatycznych pograniczników na magicznym wehikule, którzy w naprędce instruują nas o zasadach bezkolizyjnego ocierania się o granicę.
Jazdę kontynuujemy szlakiem czerwonym szlakiem. Trasa orientacyjnie jest bezproblemowa, wymaga jednak niemałego wysiłku. Wyjechać można bez mała wszystko, nawet my przy naszym amatorskim statusie w niewielu miejscach popychaliśmy rowerki. Szlak obfituje w urozmaicenia techniczne, jest dokładnie wszystko, czego można sobie wymarzyć i to w dodatku w ilościach umilających a nie uprzykrzających pokonywane kilometry. Są zatem korzonki
(choć nie tak piękne jak te pod Stożkiem) , są kamulce (ale nie tak wielkie jak pod Baranią Górą), są dróżki poryte holowanymi przez drwali pniami drzew, są przeszkody, których nie zawahałbym się nazwać mikrotrialem , są podjazdy wyżymające wątrobę z resztek glikogenu, oraz zjazdy gdzie pęd powietrza wysusza do cna woreczki łzowe. Jest też zapierająca dech w piersiach panorama Doliny Rycerki wraz z otaczającymi ją wzgórzami. My jednak niezmordowanie ćwiczymy nasze interwały aż wreszcie docieramy na wzgórze o nazwie Obłaz (Upłaz) 1030m.n.p.m. Jak wiemy z przewodnika niedaleko stąd przebiega szlak żółty, którym będziemy kontynuować naszą wspinaczkę. Studiujemy mapy, rozmyślamy koncepcje i powoli, wąską dróżką zjeżdżamy by zatrzymać się na niewielkiej płaskiej przestrzeni 1005 m.n.p.m. obok małego,
białego słupka. Jesteśmy dokładnie na przeciwko wąskiej (ale czytelnej) odchodzącej w prawo ścieżki. Ponieważ upragnionego żółtego szlaku ani widu ani słychu (co dziwne, bo w niedzielę turystyczna stonka lubi gremialnie dawać głos) jako najmłodszy z ekipy zostaję oddelegowany na rekonesans, tym bardziej, że ścieżka biegnie mocno w dół i współtowarzyszom prawdopodobnie nie bardzo uśmiechał się ewentualny - w razie mylnego tropu - powrót. Ale kierunek okazuje się jedynie słuszny i mogę z dołu zakrzyknąć tryumfalnie "eureka". Jesteśmy na równym jak stół (prawdopodobnie, aby paniusie z ratlerkami nie gubiły pantofelków) żółtym szlaku wiodącym do schroniska na Wielkiej Raczy. Pozostaje jeszcze około 280 m (w pionie) wspinaczki. Podjazd ów jest niewypowiedzianie smaczny i żaden opis nie oddaje jago uroku - o ile pozostało jeszcze coś niecoś w bidonie. Dojeżdżając do skrzyżowania ze szlakiem czerwonym ignorujemy strzałkę kierującą nas do schroniska i jedziemy jeszcze trochę do góry i w prawo, kamieniście ale urokliwie i już za chwilę lądujemy w schronisku na Wielkiej Raczy 1216 m.n.p.m. a ściślej w jego bufecie. Nieco powyżej schroniska znajduje się platforma widokowa i turystyczne przejście graniczne. Nieco poniżej platformy oferują żurki i schabowe kotlety, więc tą drugą opcję wybieramy.

Po zasłużonym i przydługawym odpoczynku, nieco rozleniwieni kierujemy się czerwonym w stronę przełęczy Przegibek. Na początek odrobinkę wspinamy się po kamyczkach (piękny widok na Welky Rohacz) , zaraz potem zjeżdżamy w kierunku Hali na Małej Raczy. Tu obowiązkowy postój i mała sesja fotograficzna w rozmaitych pozach i układach. WARTO, BO PANORAMA Z TEGO MIEJSCA JEST ZAISTE ARCYWSPANIAŁA.
Jedziemy dalej. Pomimo tego, że nasz cel podróży znajduje się niżej, na przestrzeni ok. 8 km, które pozostały nam do Przegibka pokonujemy jeszcze ponad 300m zsumowanych podjazdów. Poruszamy się bowiem rodzajem grani w zasadzie nieprzerwanie urozmaiconej to wierzchołkami, to przełączkami. Wszystkie one są stosunkowo łagodne i przejezdne dla roweru a pokonywane utrudnienia techniczne pozostają źródłem satysfakcji. Orientacyjnie łatwo, należy jedynie zwrócić uwagę gwałtowny zwrot szlaku w okolicy rezerwatu Śrubita gdzie na skrzyżowaniu leśnych dróżek szlak skręca pod kątem 270 stopni w prawo. Zdecydowana większość tego odcinka przebiega w gęstym lesie, więc upał nie doskwiera i sami nie zauważamy, kiedy znajdujemy się na przełęczy Przegibek.
Schronisko 1013 m.n.p.m. z pełnym wyszynkiem znajduje się po drugiej stronie siodła i nie sposób do niego nie trafić.
Zamawiamy obiady i przystępujemy do opracowywania koncepcji powrotu do Zwardonia. Ścierają się dwa światopoglądy: asfaltowo-rekreacyjno-płasko-nudny z na-ile-się-da-terenowo-podjazdowym. Szczęśliwie ta druga koncepcja przeważa i do końca wycieczki asfaltu będzie jeszcze tylko tyle na ile jest to niezbędnie konieczne.
Zajmujemy pozycje i obniżając się nieznacznie w kierunku siodła przełęczy odnajdujemy po parudziesięciu metrach skręt w drogę w prawo wzdłuż charakterystycznego drewnianego płotu. Pędzimy w dół. Należy pamiętać, aby po kilkuset metrach (wyraźne skrzyżowanie) wyhamować i skręcić pod kątem 270 stopni w prawo w leśną szeroką drogę, która sprowadzi nas aż do Rycerki Górnej. Pędzimy więc znowu, tym
razem znacznie dłużej, bowiem zatrzymujemy się dopiero na asfaltowej szosie przecinającej Rycerkę. Jest to niestety typowy zjazd bez historii, z tych, które ja nazywam marnowaniem wysokości. Lądujemy jak wspomniałem na asfalcie, na wysokości 700 metrów. Asfaltem jedziemy nadal w dół, dość długo i monotonnie, aż znajdujemy się w miejscu gdzie potok Rycerka zmienia swój bieg z lewej na prawą stronę szosy. Za moment odnajdujemy wyraźne, asfaltowe skrzyżowanie 619 m.n.p.m. gdzie skręcamy w lewo w stronę schroniska PTSM Oźna. Drogowskaz informuje nas, że do schroniska 4000m. Droga po jakimś czasie zanurza się w las tak, że raźno nawijamy na koła te obiecane 4000m wypatrując szlaku niebieskiego. A tu niespodzianka ? choć liczniki oznajmiają nam te 4000m
zamiast schroniska znajdujemy kolejny drogowskaz, tym razem Oźna 1000m, w dodatku odcinkiem niezbyt zachęcającym do jazdy na rowerze. Obieramy więc inną koncepcję, i jadąc tą samą drogą (towarzyszy nam niebieski szlak) dojeżdżamy nieomal do leśniczówki a ściślej do szutrowego odbicia w prawo nieco poniżej. Nasza dotychczasowa droga tworzy w tym miejscu łuczek w lewo i znajdują się tu dwie drewniane budy. Odbijamy zatem w sympatyczny szuterek i spokojnie kręcąc wyjeżdżamy niedługo ponownie na znajomy nam z początku wycieczki Beskid Graniczny. Od tego miejsca towarzyszył nam będzie znowu szlak czerwony. Mijamy wyraźne siodła i wierzchołki, troszkę singieltraczków i trawersików i osiągamy ponownie Dworzec Beskidzki skąd rano wystartowaliśmy.
Jest to wycieczka piękna i niemalże dla każdego. Pozwala zasmakować wszystkich uroków rowerowej turystyki górskiej. Przejechaliśmy 47 km ze średnią prędkością 10.0 km/h. Pokonaliśmy 1645m zsumowanych przewyższeń. Jedyną niedogodnością jest dosyć upierdliwy dojazd do Zwardonia, ale z tego też powodu zatłoczenie szlaków jest nieporównywalnie mniejsze niż np. w Szczyrku i okolicach Skrzycznego.
Niedziela w ''worku'' raczańskim
Będąc zapalonymi enduromaniakami wypatrywaliśmy z uwagą upragnionej luki w naszych napiętych do granic wytrzymałości zawodowych terminarzach. Wreszcie jest! Nie zważając na kasandryczne przepowiednie speców od pogody wbijamy się do samochodów i w sobotę wieczorem zawijamy do Zwardonia. Faktycznie, na miejscu wita nas niewielka mżawka. Meldujemy się w niewielkim, sympatycznym pensjonacie "Zgoda", który był nam już wcześniej znany z przed kilku lat, gdy dżdżystym, październikowym wieczorem, wracając ze Stożka zostaliśmy pomimo "posezonu" podjęci noclegiem i przewspaniałymi pierożkami. Jako że do capstrzyku zostało jeszcze nieco piachu w klepsydrze, popędziliśmy (już na bike'ach) 300 metrów do Dworca Beskidzkiego, aby uzupełnić płyny - dokładnie tym, czego gratulujemy Polakom - zgodnie z regionalizacją