Beskid Sądecki cz. I - Cyrla pod Makowicą - Pisana Hala

Drukuj

Jest godzina 8:00 czwartek 27 listopada 2003. Poranna mgła nad Nowym Sączem zaczyna powoli opadać. Zapowiada się ciepły i słoneczny dzień, którego nie mogę zmarnować siedząc w domu. Zajęć na uczelni we czwartki prawie nie mam - jedynie lektorat z angielskiego o 18:30 ogranicza mój czas, więc postanawiam wybrać się jak najszybciej w trasę. Jako cel wycieczki obieram Jaworzynę Krynicką. <br><br>Nie marnując czasu sprawdzam rower, wymiatam lodówkę do czysta i biegnę do pokoju pakować rzeczy. Spod sterty gratów udaje się mi wygrzebać plecak, do którego wrzucam bluzę z polaru, lekkie luźne spodnie, zapasowego kapcia na wszelki wypadek, pompkę, czekoladę i moją wierną 47-letnią Praktikę FX3. Stara lustrzanka jest może ciężka jak diabli ale Zaissowska optyka i brak autoamtyki robi swoje. Jeszcze tylko bidon z wodą i można ruszać! Od Krynicy dzieli mnie 60 km zakładając, że pojadę przez Piwniczną Zdrój. Generalnie jest to łatwy przejazd asfaltem z nielicznymi wzniesieniami sięgającymi najwyżej kilkudziesięciu metrów. Zrezygnowałem z krótszej trasy przez Łabową i Krzyżówkę ze względu na znacznie większą liczbę podjazdów, czego moje strzaskane kolano mogłoby nie znieść i efekt byłby taki, że zamiast szczyt Jaworzyny Krynickiej zdobyłbym najwyżej deptak w Krynicy

Wyjazd obwodnicą w kierunku Piwnicznej to standardowa męczarnia po nierównym asfalcie i standardowe użeranie się z kierowcami osobówek. Kiedy już udaje się mi wyjechać z miasta czuję znaczną ulgę. Przez podsądeckie Biegonice przejeżdżam z całkiem dobra prędkością oglądając jednocześnie panoramę pasma Radziejowej, które już otrząsnęło się w większej części z porannej mgły i dobrze widoczne góruje nad okolica z prawej strony. Słoneczko zaczyna lekko przygrzewać i wydawałoby się, że czeka mnie bardzo przyjemna jazda... nic bardziej błędnego! Kiedy przejechałem most na Popradzie w okolicy Starego Sącza czuję mocne uderzenie wiatru. Tylko nie to! Okolica ta ma taką właściwość, że wieje tam tak zwany „Ryterski wiatr”, ciągnie on całą doliną Popradu wzdłuż rzeki właśnie w kierunku z którego mnie przyszło jechać. Pech chciał, że dzisiaj taki „Rytrolot” harcuje do woli! Wściekły redukuję bieg i rozpocząłem zacięty bój o każdy kilometr. Wiatr jest mi całkowicie nie na rękę, ponieważ wracać będę i tak inną trasą. Po przejechaniu 5 km od mostu docieram wreszcie do Barcic (ok. 250m n.p.m.), małej miejscowości, z której odchodzi niebieski szlak na Makowicę (948m)... Wiatr dał mi tak popalić, że sapię jak lokomotywa ledwo trzymając 20 kilo na liczniku. W dodatku przez duży wysiłek jaki wkładałem w pedałowanie zaczyna mnie piłować moje nieszczęsne kolano! Nie poddając się jednak targam „ostro” do przodu, przez jakiś wiatr nie będę sobie odbierał przyjemności wydrapania się na solidniejszą górę!
Po przejechaniu w sumie 20 km osiągam Rytro. Rytro to miejscowość letniskowa u ujścia potoku Roztoka Wielka do Popradu, jest to dobra baza wypadowa zarówno w pasmo Jaworzyny jak i Radziejowej. Odchodzą stąd szlaki na Przehybę (1175m), Radziejową(1262m), Szczawnicę, Kordowiec(763m), Wielki Rogacz (1182m), Niemcową (1026m), Cyrlę(848m), Halę Łabowską (1064) i Halę Pisaną (1038m). Nad miasteczkiem góruje zamek obronny z XIII w wzniesiony przez rycerzy niemieckich. Z budowli zachowały się jedynie mury i cześć wieży obronnej, mimo to stanowi on pewną atrakcję, szczególnie dla maniaków MTB, ze względu na strome zbocza Makowicy, na których został wzniesiony. Zostawiając zamek w spokoju, staję na chwilę aby odpocząć i zastanowić się nad dalszą częścią wycieczki. Przejechanie tych 20 km zajęło mi godzinę czasu, zakładając, że nic się nie zmieni w kwestii wiatru czeka mnie jeszcze 2-3 godzinna bitwa o Krynicę... Zaczynam żałować, że nie pojechałem krótszą trasą. Dochodzę w końcu do wniosku, że dalsza jazda według planu jest szaleństwem. Pewnie dojechałbym do celu ale najprawdopodobniej byłaby to moja ostatnia wycieczka rowerowa w sezonie, lub co gorsza w życiu:). Zniechęcony poprawiam opaskę na kolanie i myślę nad wyjściem z sytuacji...wracać? Nigdy!
Krótki wywiad z napotkanym turystą załatwia sprawę, jadę na Cyrlę. Schronisko na Cyrli pod Makowicą istnieje od niedawna, nigdy tam jeszcze nie byłem choć okolicę znam dobrze. Brak mapy nie będzie więc kłopotem, zgubić się niepodobna. Ruszam jeszcze kawałek w kierunku Piwnicznej, przejeżdżam Rytro i skręcam w lewo na most nad Popradem za stacją kolejową. Znalazłem jakiś drogowskaz. Wynika z niego, że do schroniska dostanę się czerwonym szlakiem, czas przejścia to ok. 1.40h więc powinienem być u celu za niecałą godzinkę. Przejeżdżam przez osiedle „Za zamczyskiem”, dumnie brzmi ale jest tam kilkanaście domów. Droga jest wąska ale asfaltowa, wije się w górę jeszcze około 200 m, potem asfalt się kończy. Zatrzymuję się na przecięciu kilku ścieżek i dróg. Jedna prowadzi prosto do góry, jest szeroka i widać, że jeżdżą tędy samochody. Druga to wąska ścieżka prowadząca w lewo prosto do lasu. Kolejna skręca w prawo, ale wydaje mi się, że to chyba tylko dojazd do któregoś z dalej położonych domów. Decyduję się na tę ścieżkę w lewo. Wygląda najbardziej dziko :). Schodzę kawałek w dół, forsuję jakiś strumień i wreszcie pnę się kawałek do góry. Tu można już jechać. Spuszczam trochę powietrza z opon aby się lepiej podjeżdżało i ruszam do góry. Kamienisty, pełen korzeni szlak jest na szczęście całkiem suchy i rower z rzadka mieląc kołem jedzie naprzód. Po przejechaniu może 500 m docieram do jakiś zabudowań. Nigdzie jednak nie ma szlaku... Szukam, szukam, pojeździłem w kółko i nic. Pozostaje wrócić do punktu wyjścia, zjeżdżam z powrotem do skrzyżowania. A diabeł! Jakiś dowcipniś zamalował szlak na słupie! Teraz już wiem gdzie jechać! Zamiast jechać w lewo, tym razem ruszam do góry i po jakiś 30 m skręcam szlakiem w prawo. Droga jest dość szeroka ale kamienista i kieruje się ostro w górę. Niestety podjazd okazuje się zbyt stromy dla mojego Treka i aby nie fiknąć kozła do tyłu muszę kawałek podprowadzić. Zatrzymuję się na moment aby rozejrzeć się po okolicy. W dole po prawej stronie widać wijący się doliną Poprad oraz Rytro, skąd rozpocząłem podjazd, pogoda jest dobra więc dokładnie widać całą okolicę. Zakładam plecak na kierownicę aby wieziony na plecach nie pomagał mi stawać dęba:) i ruszam w górę. Szlak jest tu mokry, na ziemi leży pełno liści, pod którymi czają się śliskie kamienie. Często się ślizgam i miejscami muszę pokonywać podjazd pieszo. Podeszwy butów zalepione błotem trochę utrudniają wpięcie się w SPDki ale jakoś posuwam się naprzód. Droga prowadzi przez las, niewiele więc widać, dopiero po upływie kilkunastu minut docieram do polany „Za halą”. Stąd rozpościera się piękna panorama pasma Radziejowej. Widać dolinę Roztoki i większość znajomych szczytów. Ustawiam do zdjęcia mojego bike’a, który jednak wsparty o kępę trawy fika efektownego kozła pod wpływem porywistego wiatru, zanim złożyłem Praktikę do strzału:). Druga próba wypada pomyślnie i po krótkiej przerwie pedałuję dalej. Teraz z wyjątkiem kilku miejsc czerwony szlak jest przejezdny więc raźno pedałuję do przodu. Dziwne że od wyjazdu z Rytra nie spotkałem nikogo po drodze mimo tak ładnej pogody. Około 2 kilometrów dalej napotykam na jakąś drogę biegnącą z lewej strony, to pewnie dojazd do schroniska. Wreszcie koło godziny 11 z daleka dostrzegam napis Schronisko Cyrla dyndający nad ścieżką! Schronisko znajduję się po prawej stronie w dole, oddalone o kilkadziesiąt metrów od szlaku. Widać, że obecny jego kształt został nadany niedawno, budynek główny wygląda na nowy. Dokoła widać kilka ławek, stół, miejsce na ognisko, jeszcze 2 budynki gospodarcze, jakiegoś starego Uaza i... żywego ducha! Zastanawiam się co dalej, z lewej grozi szczyt Makowicy, przede mną dość ostry podjazd. Jadę zobaczyć co w schronisku. Staczam się z kilkunastometrowej skarpy, zajeżdżam od frontu, stawiam rower pod ścianą i kuśtykam do środka.

W progu spotykam właściciela, który przyjrzawszy się mi badawczo zaprasza mnie do środka. Zamawiam gorącą herbatę i coś co mogę wlać do bidonu. Wnętrze nie jest zbyt przestronne, ale za to jest kominek, ok. ceny i miła obsługa. Przy okazji ucinam małą pogawędkę z właścicielką, która prowadzi kuchnię. Próbuję się dowiedzieć czegoś o planowanych na najbliższą niedzielę Andrzejkach na które się zamierzam wybrać. Blokada informacji jest jednak równie skuteczna jak w biurze PTTK w Sączu. Następnie czas na przemyślenie dalszej trasy. Zaczynam się trochę spieszyć, dobrze byłoby wrócić na 14:00 do domu, więc postanawiam ruszyć w kierunku Pisanej Hali. Jak postanowiłem tak tez robię.

O 12:00 żegnam się, wpisuję do księgi pamiątkowej i pakuję swoje 4 litery na rower. Szlak jest na szczęście suchy, leży na nim więcej kamieni i liści więc i tu czasami prowadzę. 4 kilometry leśnego odcinka przebywam w miarę sprawnie, noga nawet trochę odpuściła i pedałuje się znacznie lepiej. Mijając zejście zielonym szlakiem do Nowego Sącza docieram na szczyt Zadnich Gór (969m) gdzie spotykam o dziwo mojego profesora matematyki z liceum! W takiej sytuacji dłuższa pogawędka jest obowiązkowa. Kiedy już wyczerpaliśmy temat „dawnych czasów” pożegnaliśmy się i popedałowałem dalej. Pisaną Halę (1038m) osiągnąłem około godziny 12:40 po pokonaniu 34km i sumy około 800 m podjazdów w pionie. Po krótkiej przerwie krajoznawczej czyli oglądaniu widoków skręciłem ze szlaku czerwonego na leśną nieoznakowaną drogę. Nie bardzo wiem gdzie dokładnie prowadzi ale to nie jest ważne. Zjazd na północne zbocze pasma zawsze musi mnie doprowadzić do szosy nr 75 prowadzącej z N.Sącza do Krynicy. Okazało się, że się nie pomyliłem. Po kilku kilometrach zjazdu kamienistą i błotnistą drogą przez las dojechałem do asfaltowej. Jadąc dalej dojeżdżam do wsi Wróblówka oraz dalej do Złotnego. Stąd już tylko pedałowanie ile sił w dół. Po drodze spotykam jeszcze dwóch bliżej nie znanych mi osobników atakujących Pisaną Halę na swoich rowerach:) Udaje się jeszcze zmusić jakiegoś „Kaszla” (126p) do kapitulacji na wijącej się w dół szosie i po kilku minutach jestem na 75-tce w miejscowości Frycowa. Staję aby dobić kapcie na jazdę po szosie, robię fotkę przy drodze na dowód odbycia trasy i ruszam w kierunku Nawojowej oraz Sącza. Tu jazda jest samą przyjemnością, wiatru nie ma, asfalt idzie płasko lub minimalnie z góry. Rozpędzam się więc do 40 kilo i daję tak 5 kilometrów do warsztatu kolegi. Znowu krótka pogawędka, pożegnanie i jeszcze 15 km do domu. Tutaj nie ma kompromisu, nawet kolano nie miało wyjścia innego jak przestać piłować, droga jest super, zero wiatru więc zasuwam ile fabryka dała. Z Nawojki wyjeżdżam 45 kilo, potem mała górka w Zawadzie, to już Sącz, idę na kompromis z górą i zwalniam do 40k po wdrapaniu się na wzniesienie skręcam na obwodnicę, tu nie można być gorszym i odcinek kilometra do wiaduktu kolejowego, lekko opadający w dół, rozcinam 55k, teraz już płasko. Przebycie odległości między wiaduktem a domem zajmuje kilka minut, cały czas daję 45-50 k. Aż się sam zdziwiłem :) że tyle jeszcze z siebie wyduszę. Zmęczony ale zadowolony o godzinie 13:30 wpadam do domu! Udało się! Dojechałem!

Obserwuj nas w Google News

Subskrybuj