
, a niektórzy trzeźwieli po ubiegło dniowej imprezie). Małe pstrykanie fotek wschodu słońca

przez niezawodnego Grzesia i po 1,4h docieramy do Ustronia Polany. Serdeczne pożegnanie z kierownikiem pociągu (ten to ma zdrowie, od 6 rano jak go zobaczyłem to ledwo na nogach się trzymał od alkoholu we krwi :D ) i zaczynamy nasz trip. Powolutku podjeżdżamy sobie do szlaku na Szyndzielnię, tu część osób robi sobie jeszcze mini śniadanko i zaczynamy... wprowadzanie!!!!

:(, tragedia, nie dawało się podjeżdżać, mokre liście zrobiły się strasznie śliskie, pod spodem kamienie no i wyszło na to ze troszkę będzie tego spacerowania...,

ale to nas troszkę rozgrzało, bo po drodze wiał niemiły wiaterek i dość chłodno było (na trawie był szron,

a miejscami śnieg na drzewach). Pod koniec, już prawie na szczycie, dało się trochę popedałować, ale i tak było tego tylko troszkę niestety:( Za to na szczycie pięknie słoneczko grzało, mrozik, po prostu bajka,

więc mały postoik zrobiliśmy sobie, a ja nie namyślając się długo wziąłem sobie małe piwko grzane z imbirem, mmmm..., po chwili żałowałem ze to tylko małe, bo każdy próbował i próbował i mi ledwo co zostało:)
Następny cel: stożek, rozgrzani różnymi herbatkami, kawami itd., jedziemy w stronę zjazdu dla DH, (ja w przypływie energii zaliczam wszystkie napotkane zamarznięte kałuże, pryskając na kilka osób wodą), ale koło wieży

odbijamy na kamienisty zjazd i już po chwili "psssss", ktoś łapie snejka,

wiec znowu postoik, podczas którego nasz Grześ znowu zaczyna dokumentacje fotograficzna. Wszystko naprawione, jedziemy dalej, puściliśmy z przodu cala młodzież, same staruchy;) jada z tylu a tu nagle przede mną wspomniany Grześ zalicza OTB, (ja awaryjnie hamując wjeżdżam na jakąś zarośniętą hopkę), na szczęście ochraniacze na kolana robią swoje. Grzesio uśmiechnięty wsiada na swoja maszynę i odblokowuje drogę. Po chwili doganiam Witka, i nagle on robi OTB, niestety tak dziwnie, że powyginał kierownice, ale u niego to dość częste, sztyce, kierownice wygina tak często jak niektórzy łapią snejki:), po chwili dostrzegam przerażenie w jego oczach! Nie umie chłopak ustawić kierownicy z zerowej pozycji:), ale szybko dochodzi do tego co ma zrobić, żeby było ok., udaje mu się przywrócić normalny kierunek kół ( kierownica była skręcona w prawo, a on skręcał jeszcze bardziej żeby ja odkręcić w dobra stronę;) ). Wtem na drodze pojawili się turyści, jakaś grupka facetów, która najpierw była pod wrażeniem Natalii ( naszej jedynej kobitki w tej wyprawie), która zjechała tam gdzie niektórzy sprowadzali..., a potem zastanawiała się co my w tym widzimy? nieważne, nie zrozumieją chyba dopóki nie wsiada na rowerek:)
Po kilku minutach spotykamy koło jakiejś chatki następnego członka wycieczki: Mirka, szybka wymiana zdań i uderzamy na Stożek, fajne zjazdy, kilka mniej fajnych podejść po korzonkach,

i wreszcie prosta! szybki zjazd, dojeżdżam do grupy i słyszę nagle jakieś krzyki i śmiech przede mną, okazuje się ze ktoś za mną ( nie widziałem tego bo wciąż pedałowałem) miał konkretne OTB..., s@gi nie rusza się..., wsiadamy na rowerki i zasuwamy do niego, okazało się ze jakiś dziadek kumplowi zaszedł drogę i ten przy prędkości 40km/h wjechał w jakieś pole "dość" nierówne..., na szczęście nic mu się nie stało, szybka reakcja grupy, opatrywanie jego "szlifów",

a tymczasem Alan zabiera się z Mirkiem do naprawy troszkę pokiereszowanego rowerka. Nagle koło nas przemyka człowiek rakieta! Witek nie wiem czy nas nie widział czy co, ale zeskakiwalismyy mu z drogi tak chłopak pędził:).
Po tej dość długiej przerwie zasuwamy już dalej po w miarę równej drodze żeby dotrzeć do schroniska, przy którym spotykamy jeszcze jednego rowerzystę, no ale ten akurat nie chciał dołączyć do takiego tłumu bo już był zmęczony czy cos w tym stylu... W schronisku jak to w schronisku, herbatka, rozgrzewające napoje:) i wsiadamy znowu na rowerek..., Kolejne kilkaset metrów, czy kilka kilometrów takiej lajtowej dróżki..., Troszkę blotka, troszkę kamieni, jakiś gość z naszej wycieczki efektownie zeskakuje z któregoś kamyka-telewizora i zamiast skręcić w lewo w dół, zablokowuje mi drogę, efekt: rozwalona podstawka z licznika:(, no, ale trudno, da się skleić, moja awaria nie jest znowu taka duża, za chwile okazało się ze nasz Pan Witek znowu leciał przez kierownice bidoczek...
Dalej już było mniej tragicznie, raz jeszcze ktoś z naszej ekipy miał szybki zjazd w lewo na zbocze i w krzaki, ale wychodzi cało ( nie wiem nawet, kto to był, polowy tych ludzi nie znalem:)) i to właściwie tyle z latania by było. Później była już bardzo przyjemna jazda gora-dol, gora-dol w błotku, widać po niektórych z nas było ze wdepnęliśmy w kałuże, bo do polowy łydki miałem śladu na spodniach:) a następnie prowadziłem już rowerek, bo dwukrotny OTB`owiec miał awarie kolana i nie mógł nawet po prostej jechać..., W końcu dojeżdżamy do parkingu gdzie część z nas się rozdziela, 11 osób jedzie do Wisły na pice ( mniam) a pozostałe 6 osób chce zaliczyć Barania Gore. Niestety, zjazd do Wisły to przez 500m kamyki i trawka a później już tylko asfalcik i asfalcik, z prędkością cos Kolo 50-55km/h jedziemy w dół i widać, kto jest najgłodniejszy, ja i willard:) szybko rzucamy się na ławki na ogrodu picceri koło dworca ( polecam, świetna picca pepperoni po 12,5 zł duża) i już czekamy aż będzie to jedzono. Po jakiś 20 minutach, gdy już połknęliśmy te placki, dojeżdża reszta wycieczki, która się wybierała na Baranią Górę ( właściwie to sam nie wiem, czemu zawrócili?) i oni zajmują nasze miejsca, a my, czyli: ja, willard i Grześ, zasuwamy poszukać jakiegoś lokalu żeby napić się "herbatki" chmielowej;). W wesołych humorkach wracamy do naszym kompanów, ja próbuje sprzedać „kilka” rowerów

przypadkowym przechodniom :-) ale nikt nie chciał kupić :( . Już mamy się zbierać na dworzec,


a tu nagle się okazuje ze ktoś ma dziurę w dętce..., pechowy to był dzień dla Witka..., no, ale szybko się uporał z tym problemem. Później tylko wsiąść do pociągu, zablokować dwa przedziały, i wracamy do domu albo w wesołych humorach ( jak ja i Alan),

albo śpiąc jak dwoje członków wycieczki z największymi przeżyciami ( S@gi i Witek). Na dworu była jeszcze mała szarpanina z rowerkami, bo w Tychach tylko dwie osoby wysiadały, no, ale jakoś się udało, i wtedy znowu zonk! Witek łapie kolejnego kapcia:D, na szczęście spokojnie było na dworcu i po wymianie dętki rozstajemy się i każdy z nas dociera do domu, aby wsiąść do wanny z gorącą woda i pomyśleć: a rano nie chciało mi się jechać...:-))).
Info:
- moje straty: raz snejk( to i tak sukces, kiedyś było 4 razy w jednym dniu:); złamana podstawka
- średnia prędkość: ? [brak sprawnego licznika]
- dystans: podobno około 40km...
- ubranko: czapa z windstopera pod kask ( świetna sprawa przy mrozie, gorąco polecam), kalesonki pod bojówki
butki spd a zamiast ocieplaczy, z folii nakładki na palce żeby nie wiało:), rękawiczki z długimi palcami, koszulka bawełniana, na to koszulka rowerowa, na to bluza z pseudowidnstopera i było w sam raz.
Moje rady:
- nie warto się zbyt ciepło ubierać, bo potem robi się zbyt ciepło, temperatura nagrzanego ciała jest dość duża, wiec jak się na nią założy jeszcze kilka koszulek, bluz, kurtkę to można się troszkę spocić, a przy temperaturze takiej, jaka wtedy było to można się było ładnie załatwić.
- warto mieć ze sobą cos ciepłego do picia, ja wlałem bardzo ciepłą wodę do worka z kamela, zawinąłem w folie do pieczenia kurczaka i to wsadziłem do plecaka, trzymało ciepło jakieś 5 godzin, wiec dało się wytrzymać
- cieple małe piwko, bardzo fajnie rozgrzewa:)
czapa pod kask to podstawa, jak wieje po uszach to nie jest to najprzyjemniejsze uczucie…
a teraz puenta (czy jak to się tam pisze:): jeśli ktoś to przeczyta to oczywiście będzie miał prawo skrytykować moje rady, nasza wyprawę, ale cóż, ja pisze to co wydaję mi się ważne, na pewno o czymś zapomniałem, ale zrobiłem to specjalnie żeby każdy z Was mógł dopisać jakiś komentarz:)
ps. Wszystkie fotografie zostały wykonane przez Grzegorza Kudybę.
pps. Autor tego artykułu otrzymał drugą nagrodę w urodzinowym konkursie bikeworldu.
ppps. W tekście zachowana jestoryginalna pisownia, interpunkcja oraz styl autora.