Jak już działacze kolarscy coś wymyślą, to płakać się chce. Od lat mówiło się, że radiowa łączność pomiędzy dyrektorami sportowymi a kolarzami sprawia, że wyścigi stają się jeśli nie nudne, to przynajmniej pozbawione nutki romantyzmu. Z wyjątkami oczywiście.
Komunikacja ta pojawiła się w połowie lat 90. ubiegłego wieku jakby nie było za sprawą ekipy Motorola. Najpierw troszkę raczkowano, ale ostatnio słuchawki w uszach mają wszyscy i wszędzie. Z wozów technicznych idą w eter ostrzeżenia, komunikaty, porady, polecenia, informacje a czasem dowcipy. Wszyscy słuchają radia. Ba, niektórzy bez niezbędnego zestawu informacji nie są w stanie podjąć prostej decyzji. Radio służy też oczywiście poprawie bezpieczeństwa i komfortu zawodników. Błyskawicznie są w stanie zameldować o technicznych problemach i pomoc nadchodzi znacznie szybciej.
Wracam do działaczy. Zamiast reagować na problem znacznie wcześniej, czekano i czekano, aż wreszcie podjęto decyzję, że to 10. etap Tour de France będzie poligonem doświadczalnym w kwestii „dzień bez radia”. I trafili jak chory w kubeł. Ekipy zaczęły protestować, Jens Voigt powiedział przewrotnie, że w takim razie zróbmy dzień bez hamulców w Pirenejach, co rzecz jasna zagraniem z cyklu „nie o to chodzi” i odwracaniem kota ogonem. W końcu kolarze pojechali bez łączności i zakpili z działaczy. Etap przejechali w niezłym tempie, aczkolwiek treningowym. Ucieczkę kontestujących tę decyzję francuskich kolarzy potraktowano jak zabawę kotka z myszką. Etap, który wedle zapowiedzi miał być wydarzaniem był jeszcze nudniejszy niż inne. Oprócz finałowego sprinty nic się nie działo, bo ucieczka miejscowych plus jadący bez zmian Ignatiew przez 193 km jechała z przewagą góra 3 minut, też specjalnie się nie przemęczając.
Czemu chce się płakać? Bo działacze wprowadzili ten swoisty test podczas najbardziej medialnego, najbardziej cenionego wyścigu. I, mówiąc szczerze, ośmieszyli siebie i ów projekt. Kolejny etap „bez radia” został już, jak słyszę, odwołany. Kompletna porażka. A podobną decyzję można było podjąć na którymś w klasycznych wyścigów, gdzie presja dojechania do mety za wszelką cenę i odniesienie sukcesu przy jak najmniejszym nadwyrężeniu sił jest decydująca.
Czy projekt zmiany przepisów jeszcze wróci? Nie wiem, ale wiem, że przeprowadzić go będzie bardzo trudno. Myślę jednak, że zawodnicy sami muszą dojść do wniosku, że bezpieczeństwo i wygoda to jedno, a sportowe emocje to drugie. W końcu wygodnie i bezpiecznie może być w fotelu, bo przecież nikt nikogo nie zmusza do ścigania się. Nikt też nikogo nie zmusza do oglądania kolarstwa w telewizji i reklamowania się poprzez tę dyscyplinę sportu. A jak powieje na dobre nudą, to mogą zniknąć fundusze. I wtedy pozostanie słuchanie nam radia, w fotelu.